Co dalej z Get Well Toruń? "Nie można udawać, że nic się nie stało"

Joachim Przybył
Joachim Przybył
Get Well Toruń może uratować już tylko cud SłAwomir Kowalski / Polska Press
Potrzeba teraz w klubie ludzi, którzy właśnie tu spędzili swoje najlepsze lata kariery. Oni nie będą jedynie na Motoarenie od piątku do niedzieli, ale poświęcą się i dadzą klubowi dużo więcej - mówi Jacek Gajewski o przyszłości toruńskiego żużla.

Wydawało się, że toruński żużel jest skazany na sukces. Co poszło nie tak?
Na pewno czynników jest kilka. W pierwszej kolejności zwracam uwagę na szkolenie, które jakoś zupełnie nie może ruszyć. KS Toruń Przemysława Termińskiego ruszył w 2015 i przez pięć lat nie wykształcił praktycznie żadnego zawodnika. Moim zdaniem, problem wynikał ze zbyt częstych zmian na stanowisku trenera, był Krzyżaniak, Kościecha, teraz jest Ząbik. Proces szkolenia to skomplikowana kwestia, potrzeba konsekwencji, planu działania, cierpliwości. Nie da się w rok czy dwa wyszkolić dobrego zawodnika. Z różnymi ludźmi pracowałem w Toruniu czy Częstochowie i wiem jedno: Robert Kościecha ma ogromny potencjał, to materiał na bardzo dobrego szkoleniowca. W Polsce takich ludzi jest naprawdę niewielu i jeśli widzisz, że ktoś się sprawdza to trzeba mu zaufać, dać czas i być konsekwentnym. Byłem zaskoczony, gdy usłyszałem, że odchodzi z Torunia.

Szkolenie to praca u podstaw, ale od trzech lat w Get Well źle funkcjonował także proces rekrutacji doświadczonych zawodników. Widział pan tu jakąś myśl czy strategię?
Z pewnością brakowało stabilności, jeśli chodzi o budowanie składu. Nie do końca mogłem zrozumieć pewne ruchy. Niektórzy zawodnicy przychodzili na jeden sezon, choć się sprawdzali na torze. Niezrozumiała była dla mnie sytuacja z Hancockiem, którego się pozbyto, nie było zainteresowania ze strony klubu. Problem stał się jeszcze poważniejszy po rozstaniu z Vaculikiem. To akurat była specyficzna sytuacja. Żużlowiec chciał już rozmawiać w trakcie sezonu, ja uważałem, że trzeba poczekać do końca play off. Zdobyliśmy wtedy srebro, ale okazało się, że ktoś inny nie miał takich zahamowań i dogadał się z nim wcześniej. Generalnie jednak w Toruniu nie zawsze dobrych zawodników wymieniano na jeszcze lepszych.

Przed sezonem rozmawialiśmy o ekstralidze i powiedział pan wtedy: wyniki Get Well będą w największym stopniu uzależnione od umiejętności przygotowania toru na Motoarenie.
To się kompletnie rozsypało, może zbyt wiele osób ingerowało w przygotowania nawierzchni? Znowu sięgnę kilka lat wstecz. Dla mnie ogromnym problemem była sytuacja z Mariuszem Lipińskim. To wybitny specjalista, ale po sezonie 2016 poważnie się rozchorował, nie mógł wrócić do pracy. Sezon 2017 zaczęliśmy bez toromistrza, była szarpanina, nerwy i dopiero później udało się ściągnąć Adama Lipińskiego. On ma doświadczenie, ale specyficzną nawierzchnię na Motoarenie trzeba dobrze poznać. Nie wnikam już w geometrię, bo na ten temat zbyt wiele osób się wypowiadało, a prawda jest taka: gdy były wyniki, nikt na geometrię nie narzekał. W ubiegłym roku był moment, że drużyna dobrze czuła się na tym torze, który stał się powtarzalny. I nagle w tym sezonie znowu wszystko się wywróciło do góry nogami. Nie wiem, może nie kontrolowano materiału, który został dosypany. W każdym razie oglądamy bardzo nudne zawody, ciężko tu się ścigać. Mam wrażenie, że w meczu ze Stalą było za dużo wilgoci i dopiero jak nawierzchnia wyschła, to Get Well doszedł do głosu. W najważniejszym meczu sezonu z Motorem przygotowano z kolei beton, na którym nawet Dawida Lamparta nie dało się dogonić. W żużlu nawierzchnia musi być powtarzalna, inaczej jest źródłem problemów dla gospodarzy.

Od dwóch-trzech lat dyskutuje się o Chrisie Holderze w składzie. Teraz klub płaci za sentymenty?
Z Chrisem długo pracowałem, sam go ściągałem na Broniewskiego. Zrobił bardzo wiele dla klubu, on także się dzięki temu rozwinął. W 2016 roku miałem wrażenie, że wraca do wielkiej formy, ale kolejny sezon to była katastrofa. Nawet na Motoarenie sobie nie radził, miał problemy z silnikami Petera Johnsa. Powinna się wtedy lampka ostrzegawcza zapalić. Myślę, że także dla niego taka zmiana byłaby korzystna. Od tego czasu jeździ w Toruniu na kredyt.

Może problem w tym, że przez fatalnie budowany wizerunek klubu i drużyny mało kto w ogóle patrzy na propozycje Get Well?
To na pewno nie kwestia miejsca czy geografii, ale pewnych zachowań ludzi z klubu. Kwestia budowania wizerunku jest bardzo ważna, skoro widać taką niechęć, to trzeba się zastanowić i zacząć od siebie. To przecież nie stało się dziś, wszystko kumulowało się od kilku lat. Pozytywny przykład jest do podejrzenia kilka kilometrów od Motoareny. Mamy w Toruniu koszykarskie Twarde Pierniki, których marka budowana jest z wielką konsekwencją i pomysłem. Można było na ostatnich finałach zobaczyć, jak to wszystko zorganizować i w jakieś atmosferze tworzyć sport. Zaskakujące zresztą, że dwa kluby z tego samego miasta poszły tam różnymi drogami.

Jak widzi pan przyszłość drużyny po degradacji?
Pozostanie na dłużej niż jeden sezon w I lidze będzie tragedią dla klubu. To może sprawić, że klub utknie tam na dłużej i tego się obawiam. Jeden sezon kibice i sponsorzy przeżyją, o ile zobaczą jakiś pomysł na budowanie drużyny i przyszłość. Przy czym od razu podkreślam: trzeba tak ją zbudować, aby po awansie był gotowy szkielet. W tym roku widzieliśmy, jak duże problemy miał Motor Lublin, żeby zatrudnić doświadczonych jeźdźców, choć miał pieniądze. Gdyby nie historia z Łagutą, to mogło być różnie.

Czy jednak wystarczy teraz wyłożyć duży budżet, wygrać I ligę? Może jednak najważniejsze, żeby wyciągnąć wnioski z tego co się stało?
Utrzymanie wysokiego budżetu będzie trudnym zadaniem, ale faktycznie, nie wystarczy. Musi dojść do pewnych zmian w funkcjonowaniu klubu. Jeśli nie teraz, to znaczy, że nic wielkiego się nie stało, uznajemy, że wszyscy byli przeciwko nam i teraz dopiero pokażemy na co nas stać. To byłaby fatalna droga. Trzeba popracować nad relacjami wewnątrz drużyny, gołym okiem widać, że to nie jest monolit i podziały są oczywiste. Nie wszyscy muszą się głaskać i kochać, ale musi być jakaś wspólnota, cel. To nieprawda, że wyłącznie wynik buduje atmosferę. Właśnie w trudnych chwilach najbardziej potrzebna jest jedność zespołu.

Skoro nie ma na razie szans na torunian w zespole, to może zacząć od parkingu? Tomasz Bajerski, Robert Sawina to pierwsze z brzegu nazwiska.
Jest kilku swoich chłopaków, których wiedzę i doświadczenia można i należy wykorzystać. Tomek Bajerski w Poznaniu sobie świetnie radzi i to na pewno byłby ciekawy kierunek. Potrzeba teraz w klubie ludzi, którzy właśnie tu spędzili swoje najlepsze lata kariery. Oni inaczej na to spojrzą. Nie będą jedynie na Motoarenie od piątku do niedzieli, ale poświęcą się i dadzą klubowi dużo więcej. To są emocjonalne więzi, których z nikim innym się nie zbuduje.

Tokio Flesz

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Andrzej
Jacek Gajewski - człowiek, który zniszczył żużel w Toruniu!
♡Torun
Bajerski Sawina to byłoby to walczmy o ten duet tzn Bajer menago Sawina trener i gitara !
Dodaj ogłoszenie