Człowiek, któremu urosły skrzydła

Renata Kudeł
Waldek Woźniak
Waldek Woźniak fot. Wojciech Alabrudziński
Waldek Woźniak ma słabość do sportów ekstremalnych. - Lubię, gdy skacze mi adrenalina - przyznaje. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jest niepełnosprawny. Kilkanaście lat temu wpadł pod pociąg i stracił obie nogi. Nie lubi o tym opowiadać...

Zacznijmy jednak tę historię od początku. Czyli od dzieciństwa. Pochodzi z Lubienia Kujawskiego, małej miejscowości w okolicach Włocławka. - Traf chciał, że mieszkaliśmy blisko lotniska, gdzie szkolili się skoczkowie - wspomina. Waldek spędzał tam każdą wolną chwilę. I złapał bakcyla. - Lubiłem przebywać wśród tych ludzi, popatrywać ich - wspomina Waldemar Woźniak. - Patrzyłem, jak krzątali się przy układaniu spadochronów, tankowaniu paliwa do Antonowa czy Wilgi. Czasami jakiś Zlin pokręcił akrobację! Było na co popatrzeć. Wkrótce Waldek po raz pierwszy poleciał z kolegami Antonowem 2. - Pilot przewiózł nas dość ostro - opowiada. - W tamtych szczenięcych latach kleiłem też plastikowe modele samolotów - opowiada. - Pamiętam, że po przeczytaniu "Dywizjonu 303" zrobiłem 12 Hurricanów, które później wisiały przyczepione do sufitu, cały dywizjon!
Krzyczałem, płakałem...
Mając głowę pełną marzeń o lataniu skończył szkołę, poszedł do wojska. Wysoki, przystojny chłopak, bardzo sprawny fizycznie - dobrze się sprawdzał podczas służby wojskowej. Szczególnie w biegach był dobry. Czy dlatego feralnego dla siebie dnia był pewien, że zdąży dobiec do pociągu?
Skoczył.
Pamięta sekunda po sekundzie, co się działo. Do dziś ma żal do siebie, że nic nie zrobił, by uratować nogi. Że ich nie cofnął. Że na ułamek sekundy się poddał.
Ale może to tylko złudzenie? Może rzeczywiście jego los, wówczas, na tej małej stacyjce kolejowej, był już przesądzony? Zanim stracił przytomność ludzie przenieśli go na ławkę na peronie. Pamięta, że słyszał sygnał karetki pogotowia... Wybudził się już w szpitalu. - Zobaczyłem pielęgniarkę, która przyniosła mi śniadanie - wspomina Waldek Woźniak. - Nie byłem wcale głodny, choć oczywiście nie zdawałem sobie sprawy, jak poważną operację przeszedłem. Do tego stopnia byłem nieświadomy, że zapytałem pielęgniarkę, czy będę miał amputowane nogi. Gdy nie odpowiedziała, spojrzałem na kołdrę, którą mnie przykryto. Zauważyłem, że w dziwny sposób załamuje się na linii kolan...
Potem krzyczałem, płakałem. To było w 1985 roku. Nagle zawalił się cały mój świat. Wydawało mi się, że to koniec świata. O wypadku nie powiedziano mojej mamie, która była wówczas w szpitalu. Obawiano się o jej reakcję. Dla wszystkich moich bliskich był to szok. W końcu oznajmiła jej o moim nieszczęściu siostra.
Z poziomu wózka
We włocławskim szpitalu, gdzie znalazł się po wypadku, uratował go to, że zobaczył na oddziale ludzi jeszcze bardziej poszkodowanych niż on sam. Może dlatego zacisnął pięści, nauczył się poruszać na wózku inwalidzkim, a tuż potem stanął o kulach. To było w pięć miesięcy po feralnym skoku do pociągu. Rehabilitanci byli zdziwieni, że w takim tempie wraca do życia. Ale on nie pogodził się z niepełnosprawnością. - Nagle zacząłem oglądać świat z innej perspektywy - siedzącego na wózku. Wszyscy są wyżsi, chociaż przed wypadkiem miałeś 180 centymetrów wzrostu - mówi Waldek Woźniak. - Zwątpiłem w siebie - wspomina tamte czasy. Kiedy już miał protezy, zaczął rozglądać się za pracą. Wykonywał coś chałupniczo, ale to nie było to. Chciał być wśród ludzi. - Kupiłem samochód osobowy i tylko mi znanym sposobem uzyskałem licencję taksówkarza - opowiada. Byłem chyba jedynym taksówkarzem w Polsce, który jeździł nie mając nóg, a moje auto nie było przystosowane do ręcznego sterowania.
Próba charakteru
W 2002 roku, przez przypadek, dowiedział się o niepełnosprawnym pilocie motolotni, Waldku Wolskim. Odżyły marzenia z dziecięcych lat. - Znalazłem kontakt, zadzwoniłem i po dwóch tygodniach byłem już na obozie motolotniowym - mówi Waldemar Woźniak. Trafił do 15-osobowej grupy, prawie wszyscy jej członkowie byli niepełnosprawni. Uczył się wszystkiego od podstaw. Także tego, jak przezwyciężyć strach przed lataniem. Bo z jednej strony to zapierające dech w piersiach przeżycie, z drugiej - bardzo niebezpieczne hobby. Nawet dla dobrze wyszkolonych, stroniących od brawury ludzi latanie na motolotni jest nieustającą przygodą, czasami na granicy ryzyka.
Dziś z grupy, w której Waldek zaczynał swoją przygodę z mikrolotami, nieliczni pozostali wierni tej pasji. - Dla mnie była to próba charakteru. Utwierdziłem się w przekonaniu, że można wiele mimo kalectwa. Po pierwszym locie zastanawiałem się, co ja tu robię? Obiecałem sobie, że gdy wylądujemy, to jadę do domu i nigdy już nie wrócę. Bałem się, ale nie pojechałem! Następne loty były już przyjemniejsze. Nabrałem pewności, zaufania do tego, co robię, tym bardziej, że miałem wspaniałego instruktora. To był czas, kiedy nie latałem samodzielnie. Na to musiałem jeszcze poczekać. W następnym roku udało się. - Nigdy nie zapomnę tego lotu - mówi Waldemar Woźniak. - Motolotnia była lekka w prowadzeniu, a świadomość tego, że mam już pewne umiejętności uskrzydlała mnie jeszcze bardziej. Miałem wrażenie, że mogę latać, że urosły mi skrzydła. To było piękne.
Waldek leciutki jest
Od tego czasu minęło kilka lat. - Latam często i dużo i cały czas myślę, że dzień bez latania jest dniem stracony. Często uczestniczę w zawodach - przyznaje. - Sprawni koledzy śmieją się, że mnie jest łatwiej latać, bo nie mając nóg jestem lżejszy - mówi z uśmiechem. Jako pilot moto-lotniowy Aeroklubu Włocławskiego i członek Mikrolotowej Kadry Polski jest wielokrotnym wicemistrzem Polski w Mikrolotowych Mistrzostwach Polski. Brał udział w Mikrolotowych Mistrzostwach Europy i Świata w Niemczech i Czechach.Takie możliwości daje mu trenowanie w przyjaznym Aeroklubie Włocławskim, który na organizowanie obozów dla niepełnosprawnych pozyskuje pieniądze z PFRON.
- Kiedyś sam tak się uczyłem, teraz prowadzę zajęcia dla ludzi z całej Polski. Na moich oczach nabywają pewności siebie, wyzbywają się kompleksów i zahamowań - mówi Waldek. Swoją pasją zaraża nie tylko kursantów. Także jego syn, Adam uwielbia spędzać z tatą każdą chwilę na lotnisku.
Nurkuje, żegluje może pojeździ na nartach?
Od trzech lat Waldek Woźniak stara się o nowoczesne protezy, dzięki którym będzie mógł poruszać się jeszcze sprawniej. Sporo jednak kosztują, więc już od trzech lat zbiera na nie mając konto w Fundacji "Zdążyć z pomocą" Można na nie przekazywać jeden procent z dochodów. Po co mu nowe protezy? Przecież i bez nich lata na motolotni, z pasją nurkuje i żegluje. - Gdybym je miał, zrealizowałbym jeszcze kilka marzeń - przyznaje. - Na przykład nauczyłbym się jazdy na nartach...
Informacje o tym, jak można pomóc Waldkowi znajdziemy tu: http://lotniczapolska.pl/Przekaz-1-procent-swojego-podatku,5556


Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie