Drugie życie byłego milionera

    Drugie życie byłego milionera

    Roman Laudański

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Michał Wojtczak

    Michał Wojtczak ©Fot. autor

    Zdaniem lekarzy nie powinien przeżyć tak rozległego wylewu. Przeżył i rozpoczął zupełnie nowe życie.
    Michał Wojtczak

    Michał Wojtczak ©Fot. autor

    www.pomorska.pl/publicystyka


    Więcej publicystyki znajdziesz na stronie www.pomorska.pl/publicystyka



    Dwadzieścia lat temu Michał Wojtczak był skrajnym liberałem. Zastępca Leszka Balcerowicza. Jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa w rządzie Tadeusza Mazowieckiego likwidował PGR-y. Pod drzwiami jego gabinetu rozpoczynał okupacyjno-strajkową karierę Andrzej Lepper.


    - Po likwidacji pegeerów do dziś mam kaca - przyznaje Michał Wojtczak. Teraz mieszka na wsi w podgnieźnieńskim Skrzetuszewie. - Wieś nie była do tego przygotowana. Nikt nie nauczył ludzi zaradności. Powiedziałem wtedy, że muszą minąć dwa pokolenia, 40 lat, żeby odrodziła się wieś. Ale trzeba było to przeciąć. To był dramat ludzi, ból połowy Polaków, bo tylu ludzi mieszkało wtedy na wsi. Do dziś mi to ciąży. Czy można było zrobić to inaczej?Chyba nie.

    Szare na złote

    Jako wiceminister przemysłu prywatyzował ok. 300 przedsiębiorstw. Założył kilka firm, kupił dwie fabryki z sektora rolno-spożywczego. W Poznaniu, w którym mieszkał, żartowali, że zamienia szare na złote. Uśmiecha się, że wszystko mu się w życiu udawało. Solidne studia, kilka języków obcych, obcojęzyczne publikacje. Propozycja objęcia funkcji premiera (nie przyjął). - Polityka mnie nie interesowała. Po załatwieniu spraw gospodarczych, uciekałem z posiedzeń Rady Ministrów - wspomina.


    Był największym polskim lobbystą. Nad Jeziorem Lednickim kupił ziemię, planował zbudowanie w tym miejscu europejskiego centrum lobbingu i własnej rezydencji. Odwiedzili go tu m.in. Margaret Thatcher i francuski ekonomista Jacques Delors, przewodniczący Komisji Europejskiej.


    W rządzie Jerzego Buzka, w tajnym zespole, odpowiadał za restrukturyzację polskiej armii. Przy wsparciu siedemdziesięciu osób decydował, jaki sprzęt (od samolotów, przez uzbrojenie osobiste po lotniska) kupić, co budować i remontować. W sprawach armii co tydzień bywał w Brukseli. Pracował w Warszawie. Do poznańskiego domu zaglądał raz w tygodniu.

    Wylew przy biurku

    Dziś przyznaje, że był wręcz chorobliwym pracoholikiem. Zaczynało brakować mu wolnych dni. Jako członek rządowej "erki" przechodził co pół roku szczegółowe badania. Zawsze świetne wyniki. Dwa tygodnie przed oddaniem premierowi Buzkowi raportu na temat armii, osunął się przy biurku.


    Bardzo rozległy wylew. Jedna półkula mózgu zalana, przesiąki do drugiej. Nie miał prawa tego przeżyć.
    Pół roku przeleżał w śpiączce. Przyjaciele wozili go z jednego do drugiego szpitala. Przez siedem miesięcy rehabilitowany także w Bydgoszczy. Dwa i pół roku nie mówił i nie chodził. Zostawiła go żona. Zabrała córki i pieniądze. Pozostały nieruchomości.


    - Kiedy leżałem w łóżku, buntowałem się, że pozostanę na łasce i niełasce innych ludzi - wspomina Michał Wojtczak. - Wypominałem Szefowi (tj. Bogu - przyp. Lau.), że odebrał mi możliwość mowy, ruchu, działania. Później zrozumiałem, że brakowało mi pokory. Napatrzyłem się na innych chorych. Kiedyś politycy żartowali, że z drugiego szeregu steruję całym krajem. W szpitalu dotarło do mnie, że życie to nie tylko salony. Teraz wiem, że niepełnosprawnego dziecka nie można oszukać. Ono wytknie każdy fałsz. Bycie wśród nich, zauważanie każdej ich radości, bardzo mi się podoba. Co z tego, że nie tańczę, pozapominałem języków i nie mogę prowadzić samochodu?

    Przebudzenie do innego życia

    - Na filmach człowiek budzi się ze śpiączki i od razu wszystko może robić, ale tak nie było - opowiada. - Dwa i pół roku rehabilitacji. Nauka mówienia, chodzenia. Napatrzyłem się na beznadziejność służby zdrowia, głównie wobec dzieci z porażeniami, po wypadkach. Często samotnych, porzuconych.
    Cztery lata temu postawił wszystko na jedna kartę. Założył Fundację Patria. Nad Jeziorem Lednickim, w sąsiedztwie bramy-ryby, przez którą przechodzą uczestnicy lednickich spotkań, buduje ośrodek na 500 miejsc. Połowa dla dzieci, drugie tyle dla lekarzy, rehabilitantów i wolontariuszy. Zainwestował w niego już 12 milionów złotych. Brakuje jeszcze 15 mln, ale jest dobrej myśli. Miesiąc temu ktoś z Krakowa podarował fundacji 50 tys. zł. Przed naszym spotkaniem odebrał telefon od pani z Opola, która chce przekazać kilka tysięcy złotych. Zapewnia, że wdzięczny jest za każdą złotówkę, za szlachetność i gest. I uspokaja, że Szef czuwa, w co głęboko wierzy.


    - Mieszkam w pokoiku na poddaszu, sześć metrów kwadratowych - mówi. - Cała reszta należy do fundacji. I jest mi z tym dobrze - uśmiecha się.


    Ludzie komentowali, że to chwyt reklamowy lub socjologiczny Wojtczaka. A może mu odbiło? - zastanawiali się niektórzy. Inni mówili, że za te pieniądze mógł urządzić sobie wygodne życie na Karaibach lub Wyspach Dziewiczych. I to podejrzane, że zrobił inaczej, przeznaczył je dla niepełnosprawnych dzieci.


    - Może i mi odbiło, ale staram się to robić z pasją i szczerze. Przekonuję się, że to ma sens. Znalazł się wariat, który wskoczył do pustego basenu i próbuje pływać. I to drugie życie, po wylewie - uśmiecha się - bardziej mi się podoba.

    Rehabilitować i rozwijać

    W sąsiedniej wsi Imiołki stoją już pierwsze budynki fundacji. Będzie tu osiem domów dla niechcianych niepełnosprawnych dzieci, basen, sala gimnastyczna, dom dla osób starszych w ramach wolontariatu złotego wieku. Ostatnie prace trwają przy stajni hipoterapeutycznej z krytą ujeżdżalnią. Będzie centrum rehabilitacyjne, hostel dla wolontariuszy, sala konferencyjna, warsztaty terapii zajęciowej, basen i sala gimnastyczna.


    - Osieroconym i chorym dzieciom trudno znaleźć życiową drogę. Najpierw trzeba je rehabilitować, nauczyć mówić i chodzić, żeby nie były zamknięte w domach dziecka i domach pomocy społecznej Chcemy uczyć dzieci garncarstwa, wikliniarstwa, tkactwa, zielarstwa. Rehabilitując rozwijać je - tłumaczy Michał Wojtczak. - Wczoraj zgłosił się do mnie starszy pan, który chciałby hodować u nas kozy, owce i wyrabiać z ich mleka ser. Teraz to mnie zajmuje.


    Prezes fundacji dodaje, że Lednica - miejsce powstawania ośrodka jest wręcz kultowe: początki państwowości, chrzest Polski.

    Najważniejszy drugi człowiek

    Podkreśla, że w życiu nie ma czasu na letnie klimaty. Zawsze interesowały go rozwiązania czarno-białe, bez szarości. Dlatego teraz na całego zaangażował się w fundację.


    Tłumaczy, że w polityce i w życiu ważne jest zauważenie drugiego człowieka, któremu trzeba podać rękę
    - Może wszystko miało się właśnie tak potoczyć? - zastanawia się. - Jestem przedmiotem w rękach Szefa - wymownie podnosi palec. Nawet jeśli mam propozycje, podszepty, żeby wrócić do tego pierwszego życia, odrzucam je. Nie zostawiam sobie żadnej furtki. Mam pola przed sobą, na których stanie cały ośrodek. Nie dla mnie. Potrzeba mi jeszcze dobrych ludzi, z którymi będę mógł podzielić się obowiązkami. Czuję się szczęśliwy i spełniony.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo