Janusz Walczak: - Największym wrogiem rolnika jest brak stabilizacji cenowej

Lucyna Talaśka-Klich
Lucyna Talaśka-Klich
Janusz Walczak prowadzi rodzinne gospodarstwo w Golskiej Hucie. Mógł być kolejarzem, został rolnikiem i nie żałuje tej decyzji
Janusz Walczak prowadzi rodzinne gospodarstwo w Golskiej Hucie. Mógł być kolejarzem, został rolnikiem i nie żałuje tej decyzji Lucyna Talaśka-Klich
Rozmowa z Januszem Walczakiem, przewodniczącym NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” Województwa Kujawsko-Pomorskiego, gospodarzem z Golskiej Huty.

Niedawno obchodzono 40. rocznicę bydgoskiego strajku chłopskiego. Cztery dekady temu nie był pan jeszcze rolnikiem. Jak pan wspomina tamte czasy?

Czterdzieści lat temu byłem nastolatkiem, który poszedł do szkoły kolejowej i tam zapisał się do zawodowej „Solidarności”. Miałem nadzieje na zmiany, chciałem by w sklepach były pełne półki…

Tak zmieniło się polskie rolnictwo przez ostatnich 10 lat. Wyniki Powszechnego Spisu Rolnego 2020

Sklepowe półki z żywnością zapełniały m.in. towary z gospodarstw. Jak pan - wówczas chłopak z miasta - postrzegał rolników i życie na wsi?
Coś tam wiedziałem o rolnictwie, bo miałem rodzinę na wsi, ale gospodarstwa postrzegałem przede wszystkim przez pryzmat tego, czego w mieście brakowało. Widziałem np., że rolnicy mają lepszy dostęp do towarów takich jak wędliny czy mięso (pochodzące głównie z własnych gospodarstw). Tego im zazdrościłem.

To też może Cię zainteresować

No i wydawało mi się, że życie na wsi jest generalnie beztroskie. Nie wiedziałem wówczas, ile gospodarz musi włożyć pracy i starań, by móc cokolwiek wyprodukować, wyhodować.

A kilkadziesiąt lat temu rolnicy czasami musieli nawet nocą stać w kolejkach, by kupić środki ochrony roślin, czy nawozy. Wtedy także takich towarów brakowało.

No i chłopak z miasta, kolejarz, zakochał się w córce gospodarza z Golskiej Huty, ożenił się i został rolnikiem. Nie brał pan pod uwagę innej drogi zawodowej?
Wspólnie z żoną braliśmy pod uwagę także życie w mieście. Ja kolejarz, ona ukończyła średnią szkołę ekonomiczną i mogła pracować gdzieś w biurze, ale wspólnie zdecydowaliśmy, że zostajemy na wsi i będziemy prowadzić gospodarstwo. No i stało się to w roku 1987. Zaczynaliśmy od dwunastu hektarów.

Skończył pan jakiś kurs dla rolników?
Nie, wtedy to nie było konieczne, by prowadzić gospodarstwo. Rolnictwo poznałem z pomocą szwagra i książek. Można powiedzieć, że jestem rolnikiem – samoukiem.

Zaczynał pan w czasach niedoborów. Nie tylko półki w sklepach były puste. Nawet maszyn rolniczych brakowało.

Owszem, gdy jako młody rolnik w 1988 roku dostałem przydział na ciągnik, to oczywiście bardzo się cieszyłem, ale miałem problem z maszynami towarzyszącymi. Kupiłem używany kultywator, pług… Pewne rozwiązania podpatrzone u innych rolników wprowadzałem u siebie, przerabiałem maszyny, wprowadzałem rozwiązania pozwalające np. oszczędzić paliwo.
Chociaż z perspektywy czasu widzę, że te oszczędności nie były takie duże, bo kiedyś paliwo było znacznie tańsze niż dziś.

Kujawsko-pomorscy rolnicy często wspominają tamte czasy twierdząc, że na znacznie więcej było ich stać.

I wcale się nie dziwię, ponieważ wówczas rolnik znacznie więcej dostawał za płody rolne, a sytuacja była bardziej stabilna, przewidywalna. Oczywiście komunizm był zły, ale w tamtym czasie jeśli sprzedałem zboże do geesu, a ono potem nagle podrożało, do dostałem rekompensatę. Dziś taka sytuacja jest nie do pomyślenia, bo mamy wolny rynek.

Jednak nie zawsze sytuacja była tak przewidywalna. Czasów reform Leszka Balcerowicza rolnicy dobrze nie wspominają.

To był straszny czas dla wielu rolników, także w woj. kujawsko-pomorskim! Zdarzały się nawet samobójstwa! Z dnia na dzień niektórzy gospodarze stawali się niewypłacalni. Nikt nie wiedział co będzie następnego dnia.

Plan Balcerowicza, galopująca inflacja i denominacja złotego sprawiły, że ludzie robili co tylko mogli, by pozbyć się kredytów. Ja też sprzedałem co tylko mogłem, by spłacić kredyt za ciągnik. Potem okazało się, że gdybym trochę poczekał ze sprzedażą zboża, to mógłbym liczyć na znacznie lepszą cenę, a pieniędzy ze sprzedaży żyta wystarczyłoby nie tylko na spłatę kredytu, ale nawet jeszcze trochę by mi zostało. No, ale tego nikt nie mógł przewidzieć.

To też może Cię zainteresować

Dziś także rolnicy narzekają na nieprzewidywalność, brak stabilizacji.
Owszem, ale różnica jest taka, że w tamtych czasach nikt o rolnikach nie myślał, nie przejmował się ich losem. Zresztą sami sobie zostali pozostawieni także pracownicy dawnych PGR-ów. Majątek dawnych państwowych gospodarstw trafił w ręce różnych ludzi - także takich, którzy wycisnęli z tych nieruchomości ile się dało, zniszczyli grunty rolne, maszyny gdzieś poznikały… Niejeden dorobił się na tych rewolucyjnych zmianach.

W dzisiejszych czasach największym wrogiem rolników jest brak stabilizacji cenowej. Kiedyś próbę wprowadzenia cen minimalnych podjął minister rolnictwa Gabriel Janowski. Później też domagaliśmy się stabilizacji na rynku, ale kontrolę nad rynkiem przejął kapitalizm. Pojawili się biznesmeni, którzy potrafią zarabiać na tzw. różnicy cenowej. Tanio kupią od rolnika, drożej sprzedadzą… Kiedyś mówiło się, że to spekulanci.

Teraz ogromnym problemem jest także globalizacja.
No i z tego powodu np. ceny w polskich punktach skupu trzody chlewnej zależą od stawek na giełdzie niemieckiej. Rynek dla rolników jest bezlitosny!

Producenci trzody chlewnej narażeni są na częste skoki cenowe. Gdy podczas protestów właściciele chlewni mówili, że po raz kolejny dokładają do produkcji wieprzowiny, mieszkańcy miast pytali skąd rolnicy mają pieniądze na to, żeby dopłacać?
Też jestem producentem wieprzowiny i doskonale wiem, skąd rolnicy biorą pieniądze na to, by dokładać – robią to kosztem rodziny! Starają się, by produkcja przetrwała trudny czas i obniżają poziom życia rodziny, bo nie widzą innego wyjścia.

Młodzi już tak nie chcą żyć, dlatego wielu wybiera pracę poza rolnictwem, bo szukają większej stabilizacji, pracy w godzinach „od - do”, a potem chcą mieć czas dla siebie.

Syn pewnego rolnika na początku roku szkolnego miał opisać wrażenia z wakacyjnego wypoczynku. Napisał prawdę, że jego rodzina nigdzie nie wyjeżdżała na wakacje, ale nauczyciel mu nie uwierzył. Jednak w wielu rodzinach rolniczych zmieniło się także podejście do wypoczynku. Zatem gospodarz na wakacjach to już nie jest rzadkość?

O tym czy rolnik będzie miał czas, by wyjechać na wakacje, często decyduje pogoda. Gospodarz nie zostawi plonów na polu.

Wiele się jednak zmieniło na wsi m.in. z powodu dostępności do wielu informacji. Szczególnie młodzi ludzie widzą, że można żyć inaczej i chcą z tego życia czerpać jak najwięcej.

To też może Cię zainteresować

Pan mógł wybrać życie poza rolnictwem, pracę w wyznaczonych godzinach… Nie żałuje pan decyzji podjętej trzy i pół dekady temu?
Nie żałuję, bo zawsze chciałem pracować u siebie, być robotnikiem i dyrektorem zarazem. A rolnik nie ma przełożonego, więc to mi pasuje.

Dziś z synem prowadzimy gospodarstwo liczące 53 hektary, kolejnym następcą może być wnuk.

Jednak coraz częściej rolnicy denerwują się, że muszą robić to, co każe im Unia Europejska. Zatem z tą niezależnością gospodarzy, chyba nie jest aż tak dobrze?
Po wejściu Polski do Unii Europejskiej wiele się zmieniło na lepsze, ale i na gorsze.

Dzięki funduszom unijnym nasi gospodarze mogli zainwestować w lepsze maszyny. Krótko po akcesji nasi rolnicy kupowali sporo używanych maszyn, które pod względem jakości materiałów, rozwiązań technologicznych, czasami były lepsze od polskich i to nowych!

Pamiętam też, że przed laty szczególnie starsi rolnicy nie chcieli, by na ich pola wjeżdżały na przykład wielkie, ciężkie kombajny. Bali się, że takie kolosy za bardzo ubiją glebę.

Do dziś zmieniła się także technologia uprawy, także po kujawsko-pomorskich polach jeździ sporo nawet dużych, nowoczesnych maszyn. Pewnie za jakiś czas będą po nich jeździć maszyny autonomiczne, w budynkach inwentarskich gospodarzy częściej będą wyręczać roboty, a rolnikowi pozostanie głównie praca przed komputerem.

Problemem jest jednak to, że w Unii Europejskiej rolnik w coraz mniejszym stopniu może decydować o przyszłości swojego gospodarstwa. I nie chodzi tu np. o problemy w czasie pandemii, ale o coraz większe wymogi stawiane rolnikom, związane np. z Europejskim Zielonym Ładem i o coraz mniej przestrzegane prawo własności. Każdy porządny rolnik wie, że trzeba dbać o środowisko. Nie są do tego potrzebne stosy papierów do wypełniania, kontrole.

Przez lata w UE biurokracja tak się rozrosła, że dla zwykłego człowieka wiele z zapisów jest niezrozumiałych. Żeby je rozszyfrować trzeba zatrudniać specjalistów, doradców. Nie na tym powinna skupiać się praca rolnika!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie