Kto przyklaskuje politykom w mediach społecznościowych? Głownie sztuczna inteligencja

Adam Willma
Adam Willma
Radosław Sikorski ma ponoć 900 tysięcy wątpliwych kont śledzących. Inni też ich mają.
Radosław Sikorski ma ponoć 900 tysięcy wątpliwych kont śledzących. Inni też ich mają. Pixabay
Za ponad połowę ruchu w sieci odpowiedzialne są obecnie boty, które udają człowieka. Przekonują się o tym m.in. nasi politycy, których konta na Twitterze śledzą prawdziwi i fake’owi tzw. fallowersi. Można to sprawdzić przy pomocy programu Twitteraudit. Np. Radosław Sikorski ma ponoć 900 tysięcy wątpliwych kont śledzących. Inni też ich mają.

Bo boty to po prostu programy wykonujące odpowiednie czy­nności na polecenie człowieka. I coraz częściej – łudząco przypominające ludzką aktywność.

Choć historia botów sięga je­szcze lat 60. ubiegłego wieku, to w mediach społecznościowych upowszechniły się za sprawą internetowych influencerów. Dla gwiazdeczek z netu liczba obserwujących oznacza być albo nie być, i co najważniejsze, reguluje wysokość przelewów od firm. Życie nie znosi próżni, więc błyskawicznie pojawiły się firmy o­ferujące stosowne oprogramowanie. Z początku jedynie lajkujące poczynania gwiazd sieci. Ku­powanie followersów (wiernych obserwatorów profili) stało się zwykłą praktyką w Twitterze, a później w Instagramie.

Sponsorzy nie są oczywiście w ciemię bici i błyskawicznie zorientowali się, że płacą za reklamowanie się robotom. Takie lajki mogą skutecznie połechtać próżność polityka, ale nie zwiększają statystyk sprzedaży.

Nowym wskaźnikiem stało się więc realne zaangażowanie followersów. Jak je zbadać? Najprościej – wydawało się wówczas – za sprawą komentarzy. Firmy internetowe nie zasypiały więc gruszek w popiele i błyskawicznie pojawiły się na rynku progra­my (boty) komentujące aktywność właścicieli kont. Na różne, zwykle dość ogóle sposoby, wyrażając często całkowicie przeciwstawne opinie.

Rosjanie rządzą i dzielą
W polskiej polityce boty zalęgły się na dobre około 2015 roku. Dwa lata później potwierdzono ich u­dział w rozgrywce o fotel prezydenta Warszawy pomiędzy Rafałem Trzaskowskim i Patrykiem Jakim. Działy na rzecz o­bu kandydatów. Tysiące nieakty­wnych dotąd na Twitterze u­żyt­kowni­ków, nagle wybudziło się z hibernacji i ruszyło z polity­cz­nym wsparciem. Co ciekawe, bli­ższa analiza podejrzanych kont wykazała, że pochodzą one z far­my botów „hodowanych” w Po­lsce.

A nie jest to wcale takie oczywiste, ponieważ głównymi rozgrywającymi w przemyśle botowym są na polskim rynku nadal Rosjanie i Chińczycy. Oba te przy­padki różnią się wyraźnie. Rosjanie skupieni są na ofensywnym zastosowaniu botów głównie dla celów militarnych i polity­cznych. Bardzo skutecznie udaje im się generować konflikty poprzez podsycanie skrajnych e­mocji. Co ciekawe, aktywność rosyjskich botów odnotowano nawet w internetowych dyskusjach na temat najnowszej ekranizacji z cyklu „Gwiezdne woj­ny”. Rosyjskie boty podsycały e­mocje po jednej i po drugiej stronie sporu. Chińczycy korzystają z botów głównie w ochronie swo­ich interesów biznesowych oraz reperując wizerunek swojego państwa na świecie. Jedną z najszerzej zakrojonych akcji z u­działem chińskich botów była kampania wokół sieci 5G oraz blokad koncernu Huawei. Chińskie boty stoją też na straży wszędzie tam, gdzie zagrożone są interesy programu Pas i Szlak.

Farmy atakują w Warszawie

W roku 2018 boty rozhulały się w i­nternecie na dobre. W styczniu zaobserwowano nagłe zmia­ny w licznie osób śledzących twit­terowe profile wpływowych polskich polityków i dziennikarzy. W ciągu paru dni Radosław Sikorski stracił 13 000 followersów, Donald Tusk – 10 000, a Andrzej Duda – 3 000. Jednocześnie z profilów TVN24 oraz Tomasza Lisa znikło po 11 000.

W tym samym czasie Twitter ogłosił, że udało się zidentyfikować ponad 50 000 botów, powiązanych z Rosją, które działały w o­kresie wyborów prezydenckich w USA. Prawdopodobnie konta polskich polityków zostały wytypowane jako jeden z celów tej akcji.

W 2018 swój raport ogłosili ró­wnież naukowcy z Oksfordu. Znajduje się w nim ciekawe spostrzeżenie – że polskie partie polityczne, oprócz zorganizowanych grup internetowych wolontariuszy, korzystają również z u­sług profesjonalnych „farm botów”.

„Trzeba przyznać, że proces jest tak organizowany, by nie mo­żna było jednoznacznie stwie­rdzić, że ten polityk z nich korzysta, a inny nie – opisywała Anna Mierzyńska, analityk mediów. „Możemy natomiast być pewni, bo pokazały to doświadczenia innych państw, że takie chwyty wpływają na zachowania obywateli, także wyborcze. Boty i trolle są skuteczne w kreowaniu nastrojów, zwłaszcza negatywnych, a także we wpływaniu na a­ktywność użytkowników sieci. Jeżeli ktoś, kto tego wcześniej nie doświadczył, przeżyje po swojej wypowiedzi silny atak trolli, dochodzi do efektu mrożącego - o­granicza aktywność w mediach społecznościowych. Wszystkie tego rodzaju efekty są dobrze o­pisane, ale tak jak w przypadku każdego narzędzia oddziaływania na ludzi nie jesteśmy w stanie ustalić ich rozmiaru, np. tego, jak zmieniają poparcie dla poszczególnych formacji”.

Cenzorzy nowego świata

Naukowcy z uniwersytetu Carnegie Mellon w Pensylwanii wyodrębnili ponad 100 narracji kreowanych przez boty na Twitterze. Jedna z nich dotyczyła rozprzestrzeniania się wirusa, cze­mu sprzyjać miał rozwój sieci 5G. Absurdalna kampania zakończyła się spektakularnym sukcesem – w kilku krajach poskutkowała nawet atakami na maszty telekomunikacyjne.

Boty wykorzystywane są nie tylko do narzucania treści, ale ta­kże do jej cenzurowania. Kiedy o­pozycyjna partia stworzyła swój hasztag, boty z przeciwnego obo­zu zaczęły go masowo spamować. W efekcie przekazy z konkretnym hasztagiem były odczytywane jako spam i neutralizowane.

Dr Artur Modliński, specjalista od teorii zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim, nie ma wą­tpliwości, że boty mogą generować kryzysy gospodarcze albo choćby wpływać na obniżki notowań firm. Za sprawą botów fi­rmy mogą mieć też – jego zdaniem - problem z poszukiwaniem wartościowych pracowników. Sztu­cznie generowane informacje mogą też wpływać na wybory konsumenckie, w tym bojkot, mogą też skutecznie znie­chęcać ich w dłuższym okresie do korzystania z usług danej firmy.

Nie ma mocnych na bota

Już przed trzema laty polityk niemieckiej CDU, Ralph Brinkhaus wnioskował o pilne przygotowanie ustaw w sprawie botów internetowych. Po zmasowanym ata­ku botów podczas debaty o pakcie migracyjnym, ostrzegał, że boty mogą stać się jednym z największych zagrożeń dla demokracji.

I co? I nic. Ustawy o botach na­dal nie ma. Ale dlaczego właściwie nie możemy zakazać stosowania tych internetowych sabotażystów? Odpowiedź jest prosta – dlatego, że kochamy boty. Serio! Tak wynika z badań prowadzonych przez instytucje posługujące się botami. Ponad połowa użytkowników, która była obsługiwana przez boty w firmach handlowych oraz w instytucjach publicznych ocenia je pozytywnie. Boty z którymi rozmawiamy na infoliniach są cierpliwe, zwykle dobrze poinformowane, a często tak doskonale imitują człowieka, że nie potrafimy ich rozróżnić. Niedawno po sieci rozeszło się nagranie rozmowy z (cyber)konsultantką jednego z programów medycznych. Dopiero zaawansowany trolling pozwolił rozpoznać, że bot zaplątał się w rozmowie. Ale to zape­wne tylko kwestia czasu.

- Boty coraz lepiej imitują ludzi – przyznaje dr Modliński. -

To już nie tylko anonimowe konta, które nastawiają się na liczby followersów, ale bardzo dopieszczone profile, ze zdjęciami wygenerowanymi sztucznie. Albo wręcz sztuczna inteligencja, któ­ra potrafi prowadzić konto.

Mieliśmy do czynienia z kontami, które tak skutecznie udają ludzi, że miały miliony followersów. Je­dna z takich wykreowanych postaci miała porównywalną liczbę followersów z głównymi influencerami w USA. Ten przemysł ciągle się rozwija i ma na politykę coraz silniejszy wpływ.

Powstaje jednak pytanie – czy nie należy nam się wiedza, że korespondujemy albo rozmawia­my ze sztucznym tworem, a nie żywym człowiekiem?

Dobry bot i złe lęki

Boty zwykle dzielone są na „dobre” i „złe”. Przed „dobrymi” nikt nie już powstrzyma korporacji, które skrupulatnie wyliczyły, ile zyskają na zastąpieniu ludzi botami. Dziesiątki programów botujących są dziś dostę­pne dla każdego użytkownika internetu. Wiele z nich to rzeczywiście internetowi poczciwcy o­bsługujący chaty i infolinia. Ale na wyciągnięcie ręki są też „złe” boty. Najtańszy pakiet dostępny jest już za około 10 euro. Dodanie jednego komentarza kosztuje zaledwie parę groszy.

Coraz częściej też do pracy botów zatrudniana jest sztuczna inteligencja. Paradoksalnie – coraz częściej boty rozmawiają w sieci z innymi botami.

- Oczywiście, każda rewolucja powoduje powstanie kontrrewolucji – śmieje się dr Modliński. - Powstają więc programy pozwalające neutralizować negatywny wpływ botów. Ale nie ma takich algorytmów, których nie da się ominąć.

Jest jednak znacznie poważniejszy problem: - Nasze mózgi nie są już w stanie przetwarzać tego wszystkiego, co nas otacza. Sprzeciwiają się nadmiarowi bo­dźców, reklamom i natłokowi sprzecznych informacji. Stąd pojawiają się zaburzenia, depresje i stany lękowe. Nie jesteśmy przy­gotowani na taki świat. Boty - tak.

Handlowi giganci przejdą na “zielony” transport?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie