Jak pęka kręgosłup? Roman Chrzanowski już cztery dekady wspomina tę chwilę

Adriana Boruszewska
Adriana Boruszewska
Roman Chrzanowski: - Tam w Konstancinie, leżał ze mną chłopak poszkodowany w wypadku. Przychodziła żona, dzieci, a on mógł tylko dawać znaki oczami. Nawet, gdy mucha usiadła mu na nosie, nic nie mógł zrobić
Roman Chrzanowski: - Tam w Konstancinie, leżał ze mną chłopak poszkodowany w wypadku. Przychodziła żona, dzieci, a on mógł tylko dawać znaki oczami. Nawet, gdy mucha usiadła mu na nosie, nic nie mógł zrobić Adam Willma
Prawie czterdzieści lat - ten sam dom, ten sam pejzaż za oknem, ten sam sufit, gdy leżysz i wspominasz tamten dzień nad wodą I ci sami sąsiedzi, na których człowiek sparaliżowany może liczyć. - Nie ma mowy – zarzeka się Roman z Torunia. - Dom opieki oznacza dla mnie śmierć. A jeśli śmierć, to wolę umrzeć w domu.

- Poczekaj z ta śmiercią. Zacznijmy od początku.

Zmiana planu

Roman leży na lewym boku. Jeszcze dwie godziny będzie tak leżał. Później na prawym trzy godziny. I trzy godziny na wznak. I znowu na lewym.

- Od początku? Od tamtego dnia? Ja ten początek bardzo szczegółowo pamiętam. Pamiętam nawet jakie miałem kąpielówki. Fioletowe.

- Jeszcze wcześniej. Jaki to był dzień tygodnia?
- A wiesz, tego akurat nie pamiętam…
- Sprawdzę w komórce... 12 sierpnia 1983. Piątek.
- To by się zgadzało – Roman podciąga się na na uchwycie. Rękę ma sprawną, tylko w palcach częściowy niedowład. - Do pracy miałem na szóstą, więc wstałem o świcie. Po cichu, żeby nikogo nie budzić. Bo wtedy, oprócz rodziców, mieszkali tu jeszcze brat i siostra z rodziną. W każdym razie do pracy na Kluczykach miałem żabi skok. Pracowałem jako elektromonter, tego dnia robiliśmy przy obrotnicy. O 14.00 fajrant - wskoczyłem do domu, zjadłem coś, umyłem się i już leciałem przez most na dworzec. Plan był taki, że jedziemy ze znajomymi na Kamionki, nad jezioro. Ale już na dworcu uzgodniliśmy zmianę – że jednak zostaniemy w mieście i połazimy trochę po klubach. Piekiełko, Wodnik, Helios, gdzie będzie najciekawiej.

- Wyłączę ten wiatrak, OK? Strasznie hałasuje.
- Poczekaj – Roman łapie za pilota. To trochę w palcach pozwala obsłużyć jeden z kilku pilotów, które ma przy łóżku i dżojstik w wózku inwalidzkim. Ale nie pozwala dźwignąć czegoś cięższego. - Ha! Gdybym miał pełna władzę w palcach, byłbym wygrany! Niczego by mi do życia nie brakowało. OK, ale gdzie byliśmy?

- W Piekiełku.
- No właśnie. Do wieczora zostało jeszcze parę godzin, a pogodna była piękna jak dzisiaj, więc szkoda je było zmarnować. Postanowiliśmy z Andrzejem, kolegą z pracy i z Jolą, jego dziewczyną wykąpać się w Wiśle. Był taki nasz ulubiony kawałek Martwej Wisły, gdzie często chodziliśmy. Więc śmignęliśmy z powrotem na drugą stronę. Zdjąłem tylko spodnie i koszulkę, rozpędziłem się…

Żart

- Skoczyłeś z wysoka?
- No właśnie to jest cała ironia. Wcale nie skoczyłem! Pomyśl sobie, że wbiegasz do wody, jesteś już po kolana w rzece i dajesz nura z lekkim wybiciem. Tysiące ludzi tego dnia w tysiącach miejsc zrobiło to samo i nic się nie stało. Nie mogę powiedzieć, różne ryzykowne rzeczy się robiło, tym bardziej, że byłem bardzo wysportowanym chłopakiem. Kiedyś przez kilka połączonych jezior przepłynąłem wpław. Na basenie skakaliśmy z trampoliny, ale było nam za nisko, więc trzeba było wleźć jeszcze wyżej – na krzesełko ratownika. Huknąłem wtedy głową o dno. I nic się nie stało. Innym razem skakaliśmy do wody z drzew. Jeden raz wbiłem się w muł po pas i koledzy musieli mnie wyciągać. Ale wtedy nad Wisłą? Przecież to był jakiś żart.

- Uderzyłeś w korzeń?
- Tego się nigdy nie dowiem, ale głowę miałem całą umorusana od gliny, więc przypuszczam, że rzeka naniosła jakieś pokłady.

- Jak pęka kręgosłup?
- Przeszedł mnie prąd. I od razu wiedziałem co się święci. Trzy dni wcześniej oglądałem w telewizji program o szpitalu w Konstancinie, gdzie leczy się takich skoczków. Modliłem się tylko, żeby moi kompani mnie wyłowili. Zdążyli. Andrzej pobiegł szukać jakiegoś sprawnego telefonu, ale przepływał właśnie milicyjny patrol i oni przez radiostację wezwali pomoc.

Pan z pomocy społecznej podgrzał obiad: - Nie, dzięki, przyjdzie do mnie dziś koleżanka, razem zjemy – Roman podciąga się po raz kolejny. - Nie mam odpowiednich słów na Małgosię, bo powiedzieć wspaniały człowiek to mało. Poświęciła dla mnie kilka lat życia – milknie na chwilę.
- Więc parę godzin później byłem już w Konstancinie, na tej samej sali, w którą wdziałem w telewizji. Nawiercili mi dwie dziury w czaszce, zawiesili ciężarki i zaczęli rozciągać, żeby coś tym kręgosłupem zrobić. I tak przez dwa miesiące.

Szczęśliwe życie

- Kiedy rodzice cię zobaczyli?
- Dużo później. Bo trafiłem na tzw. salę szokową - absolutne odcięcie od świata, brak jakichkolwiek kontaktów. Że niby dla naszego dobra, żeby nie pogłębiać szoku. Głupota, bo ja nie wiedziałem, co to depresja, za to gdy miałem świadomość, że ktoś z rodziny przyjechał i nie chcą go wpuścić, serce mi rozrywało z żalu. Depresję poznałem znacznie później i wcale nie była związana z moim stanem zdrowia, ale ze śmiercią matki, z którą byłem bardzo blisko związany. Dzięki Bogu i ludziom z niej wyszedłem.

- Jak zareagowała matka?
- Tamtej chwili wolę nie wspominać. Wypłakaliśmy strumień łez. Podczas pierwszego spaceru na wózku chyba wszystkie okna wokół były otwarte. Każdy chciał zobaczyć Romka na wózku. Ludzie życzliwie mnie traktowali, bo byłem raczej lubiany w dzielnicy. Później była ogromna praca mojej koleżanki, rehabilitantki, dzięki której przez rok uczyniłem ogromny postęp.

Dzwoni telefon: - Andrzej, oddzwonię, bo rozmowę mamy. To Andrzej, sąsiad z góry. Jest dla mnie jak brat.

- Długo miałeś żal?
- Coś ty! Nigdy, uwierz mi. I gdy dziś na to patrzę, widzę, że Bóg dał mi szczęśliwe życie.

- Że jak?
- Naprawdę szczęśliwe. Wiesz, tam w Konstancinie, leżał ze mną chłopak poszkodowany w wypadku. Przychodziła żona, dzieci, a on mógł tylko dawać znaki oczami. Nawet, gdy mucha usiadła mu na nosie, nic nie mógł zrobić. Mam dziś 62 lata. Dzięki chorobie Bóg stał się dla mnie kimś bliskim. Spotkałem takich ludzi, których w przeciwnym razie bym nie spotkał. I nie wiem gdzie bym wylądował, bo jako młody człowiek byłem podatny na wpływy. Wielu moich znajomych z dawnych czasów już nie żyje. A ja sobie tu leżę [śmiech].

- A co z tamtymi znajomymi, z którymi byłeś nad Wisłą?
- Ten kolega z pracy wyemigrował do Szwajcarii. Już nie żyje, chociaż był młodszy ode mnie. Z Jolą dziewczyną się rozstał, ślad po niej zaginął. Świadkiem tamtego wydarzenia była jeszcze jedna osoba – wędkarz. Czasem spotykam go na Podgórzu. Mówi, że żałuje, że to widział, bo cały czas ta scena do niego wraca, nie może jej wymazać z pamięci.

- Słyszałeś doniesienia o skutecznych operacjach rdzenia kręgowego?
- Tak, ale to oczywiście jeszcze początki i miliony dolarów. Ale myślałem sobie nawet, czy chciałbym spróbować. Chyba nie, chyba bałbym się wrócić do takiego normalnego życia. Zaakceptowałem takie, jakie dostałem. Chyba, że mógłbym posłużyć eksperymentowi dla innych – wówczas chętnie się zgodzę.

Człowiek z Akacjowej

Przychodzi pan Andrzej, krząta się po kuchni. - Jednego tylko naprawdę się boję – samotności. Dlatego nie lubię tej pory od 6:30 rano, kiedy ktoś przewraca mnie na drugi bok, aż do 9.30, kiedy wpada siostra z Caritasu i robi mi poranną toaletę. A ta samotność jest wyliczalna, zależy od pieniędzy. Dla mnie ciosem było dodatkowych 500 złotych, które dostali niepełnosprawni. Bo miasto natychmiast podniosło mi wielokrotnie dotychczasowe koszty opieki. I od sierpnia nie będę w stanie spiąć tego wszystkiego. Największym kosztem są nocki. Bo nawet najwspanialsi znajomi mają prawo do normalnego życia i nie mam prawa prosić ich o przysługi ponad siły. Ale pomyśl sobie, że musisz wykombinować 130-150 złotych na noc. Za mniej ludzie nie chcą już przychodzić i zarywać nocy. A jeśli odpuścisz to przewracanie z boku na bok co 3 godziny, w perspektywie masz odleżyny i sepsę. To, co dostaję od miasta, wystarcza na opłacenie trzech dni. Na pozostałych 27 muszę sobie sam zorganizować pieniądze. I do tej pory to się udawało dzięki życzliwości wielu ludzi.

Roman milknie, nabiera powietrza. - Chcieliby mnie przenieść do domu opieki. Odmówię, chociaż wiem, że mogą mnie ubezwłasnowolnić. Niedawno przeniesiono do takiego domu mojego sparaliżowanego kolegę. Zmarł po 10 dniach. Kiedyś pojechałem odwiedzić przyjaciółkę do takiego miejsca. Gdy wjechałem do jej pokoju zobaczyłem nietknięty talerz z sinym już jedzeniem i kobietę zamkniętą z każdej strony barierką w łóżku. Dygotała. Ja nie twierdzę, że to jest norma, bo na pewno nie jest, ale sensem mojego życia jest to, że jestem tu, gdzie jestem. Że tu mam w pobliżu Andrzeja, Ewę, Genię, Wiesia, że tu odwiedza mnie Małgosia, moja wspaniała przyjaciółka, że tu mogą wpaść przyjaciele na grupę biblijną. Że tu mam przy schodach windę na wózek, na która złożyło się wielu ludzi. Że tu wyjeżdżam swoim wózkiem na poligon, ustawiam się w cieniu pod drzewem i czytam sobie Pismo Święte. Ja jestem człowiekiem z ulicy Akacjowej. Innym już nie będę, cokolwiek by się stało.

PS. Jeśli chciałbyś w jakikolwiek sposób wesprzeć Romana, prosimy o kontakt z autorem tekstu na numer 697 77 02 91

Jan Błachowicz, konferencja mistrza UFC

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie