Miki na Fali - z Mikołajem Macioszczykiem rozmawiamy o pracy nad debiutancką płytą

Tomasz Skory
Chciałbym spotykać się z fanami na żywo, już bez obostrzeń i móc ich wyściskać. Nie ma co ukrywać, że koncerty online to nie to samo, co możliwość spotykania się z ludźmi na żywo - mówi Mikołaj Macioszczyk, bydgoski muzyk, dwukrotny uczestnik programu The Voice of Poland.

Zacznę od pytania, które na pewno słyszałeś już wielokrotnie: dlaczego zdecydowałeś się wystartować drugi raz w The Voice of Poland?

Na początku nie miałem tego w planach, ale moja siostrzenica postanowiła wysłać swoje zgłoszenie do programu. Pomagałem jej nagrać filmik zgłoszeniowy i stwierdziłem wtedy, że też mógłbym spróbować swych sił ponownie. Po poprzedniej edycji pozostał mi lekki niedosyt, więc pomyślałem, że co mi szkodzi? Nagrałem swój film, wysłałem zgłoszenie i… otrzymałem informację, że się nie dostałem. No trudno. Ale kilka dni później dostałem kolejną wiadomość, że jednak znalazło się dla mnie miejsce w programie. Podejrzewam, że albo się zwolniło, albo przy tym natłoku zgłoszeń początkowo gdzieś umknąłem organizatorom, a potem natrafili na moje zgłoszenie i stwierdzili, że się kwalifikuję do przesłuchań w ciemno.

Do 11 edycji zgłosiła się rekordowa liczba chętnych, a jury postanowiło dać kolejną szansę Tobie. To chyba nie zdarza się zbyt często?

Może nie często, ale zdarzało się kilka razy. Dawid Podsiadło wygrał program za drugim podejściem. W tej edycji wzięła udział też Weronika Szymańska, która była w ósmej edycji, ale odpadła wcześniej niż ostatnio. I był jeszcze Jędrzej Skiba, który też był w poprzedniej edycji i tym razem zaszedł o etap dalej. Ja doszedłem dużo dalej niż ostatnio.

Tym razem dotarłeś do finałowego odcinka. Myślisz, że jako „weteranowi” było Ci trochę łatwiej? Znałeś już trenerów, wiedziałeś jak się prezentować, na co zwracać uwagę...

Myślę, że udało mi się zajść dalej, bo poszedłem tam z innym podejściem. W 10 edycji potraktowałem swój występ jak przygodę, a teraz zacząłem myśleć o tym, jak o szansie, którą trzeba wykorzystać. Starałem się, podszedłem do tematu na poważnie i myślę, że to dużo zmieniło. Utarły się też pewne moje przewrotne zachowania, może nie byłem tak buńczuczny, jak poprzednio, chociaż i teraz pojawiały się komentarze, że jestem niepokorny. Ale starałem się robić swoje jak najlepiej i to zaowocowało.

Skąd taka zmiana? Co się zmieniło w Tobie przez ten rok?

Miałem pewne przykre doświadczenia, o których wolałbym nie opowiadać, bo towarzyszyło im dużo złych emocji. Ale takie wydarzenia kształtują charakter i ostatecznie pomogło mi to dojrzeć.

W poprzedniej edycji trenowałeś najpierw pod okiem Kamila Bednarka, a potem u Tomsona i Barona. W ostatniej byłeś w drużynie Michała Szpaka. Jako jeden z niewielu uczestników miałeś więc okazję poznać bliżej kilku trenerów. Jak porównujesz te doświadczenia?

Powiem szczerze, że etap, do którego dotarłem w poprzedniej edycji, nie pozwolił mi poznać trenerów na tyle, bym mógł powiedzieć o nich coś więcej. Liczba uczestników sprawiała, że nie mogli każdemu poświęcić dużo czasu. Natomiast z Michałem Szpakiem mieliśmy okazję poznać się trochę bliżej. Był bardzo zaangażowany w pracę z uczestnikami. Jak mieliśmy indywidualne warsztaty, to przeciągnął przeznaczony dla mnie czas z 45 minut do 2 godzin. Więc nie traktował tych spotkań tylko jak pracę, odbębnić swoje i do domu, tylko zależało mu na tym, byśmy wypadli jak najlepiej. I odniosłem wrażenie, że prywatnie to też spoko człowiek.

Mieliście czas, by pogadać tak prywatnie, a nie jak trener z podopiecznym?

Tak, oczywiście. Starałem się do tych spotkań podchodzić na luzie, nie cisnąć trenerów o zdjęcia czy autografy, bo rozumiem, że osoby, które dużo osiągnęły i na co dzień spotykają się ze swoimi fanami, mogą tym być po prostu zmęczone. Co prawda dla artysty jest to tylko chwila, a dla fana wspomnienie na całe życie, ale te chwile się kumulują, a to może po pewnym czasie zacząć męczyć.

Wiesz, że Ciebie to też może czekać?

Zdaję sobie z tego sprawę. Niedawno miałem taką sytuację, że wracałem z rodziną z jakiejś imprezy i kilkaset metrów od domu zgasł nam samochód. Podbiegłem do jakichś ludzi z prośbą, czy pomogliby nam zepchnąć auto na bok, bo oczywiście zatrzymaliśmy się na środku ronda i nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie słyszałem tego, ale już po wszystkim dowiedziałem się, że w międzyczasie podeszła do nas jakaś dziewczyna i zapytała czy może zrobić sobie ze mną zdjęcie, bo mnie rozpoznała. Ale sama się zreflektowała, że to może nie najlepszy moment i sobie poszła. Myślę, że nie odmówiłbym, choć w takiej sytuacji, gdy wszyscy byli lekko spanikowani, co będzie z autem, robienie sobie selfie byłoby... no, dość zabawne (śmiech). Natomiast gdy ktoś zaczepi mnie na przykład - jak ostatnio - na przystanku tramwajowym i poprosi o zdjęcie, to jest to zawsze bardzo miłe. Nie zdarza się to często, ale dodaje skrzydeł, bo to znaczy, że ktoś mnie nie tylko rozpoznał, ale też lubi moją muzę.

W finałowym odcinku zaśpiewałeś swój własny utwór „Fala” i cover „Chciałem być” Krzysztofa Krawczyka. Prezentowanie własnego materiału jest trudniejsze czy łatwiejsze niż śpiewanie cudzych kawałków?

„Chciałem być” to dziś jedyny utwór, do którego wracam i którego mogę słuchać w swoim wykonaniu, bo przyznam, że bardzo nie lubię słuchać sam siebie. Ale w programie najbardziej bałem się właśnie tego występu. Krawczyk jest legendą, ale nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek mógłbym zagrać „Chciałem być” na swoim koncercie. To udowodniło mi, że z każdego numeru można zrobić coś swojego. I moja wersja spodobała się ludziom, puścili ją nawet w RMF FM. Szkoda tylko, że w zapowiedzi przekręcili moje nazwisko (śmiech).

Po tym etapie pożegnałeś się z Voicem, a do ścisłego finału zakwalifikował się Krystian Ochman, który ostatecznie wygrał program. Co myślisz o jego sukcesie?

Krystian ma talent i to spoko gość. Mieszkaliśmy razem w pokoju, więc zdążyliśmy się poznać i polubić. Jak ktoś oglądał odcinek, w którym odpadłem, moja reakcja na werdykt mówi sama za siebie. Może moi znajomi pomyśleli, że jestem niepoważny, ale naprawdę się ucieszyłem, że to Krystian znalazł się w finale. Taki już jestem, że cieszę się sukcesami innych.

Miki na Fali - z Mikołajem Macioszczykiem rozmawiamy o pracy nad debiutancką płytą

Zostawmy w takim razie program za nami…

W końcu! (śmiech) Wałkuję ten temat od pół roku, a właściwie od poprzedniej edycji i staram się od niego uwolnić. Chciałbym teraz stać się „Mikołajem Macioszczykiem”, a nie „uczestnikiem The Voice of Poland”. By ludzie częściej pytali „kiedy nowy singiel” niż „jak było w programie”.

No to pytam o Twój pierwszy singiel - w połowie stycznia za sprawą Universal Music Polska ukazała się „Fala”. Opowiesz coś o niej?

„Fala” to dla mnie bardzo ważny, osobisty numer. Napisałem go właśnie po tych przykrych wydarzeniach, o których wspomniałem wcześniej. Utwór powstał w 15 minut, ale długo dojrzewał, zanim zdecydowałem się go zaprezentować publicznie. Okazało się, że się podoba. Śpiewając „Falę” już na etapie programu dostałem bardzo dużo wiadomości od ludzi, którym przypadła do gustu, a sam singiel został bardzo ciepło przyjęty.

Bo to dobry numer.

Dziękuję, ale pracujesz w mediach, więc nie wiem, na ile mogę Ci zaufać (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że nie jest to kawałek, który będzie grany w klubach. W programie miałem możliwość zaprezentowania czegoś innego, ale postawiłem na „Falę”, bo chciałem być autentyczny, pokazać coś bardzo osobistego.

Początek roku spędziłeś na promowaniu singla...

To prawda. Pod koniec stycznia wystartowaliśmy z dosyć ciekawym projektem pod nazwą „Pociąg do normalności”. Razem z Krisem Forbotem oraz Marcelem Skotarczakiem wsiedliśmy w pociąg i rozpoczęliśmy, jako jedyni muzycy w Polsce, trasę koncertową. Zaczęliśmy od Gdańska, gdzie zagrałem na dworcu razem z Adamem Kalinowskim. Później były kolejne miasta: Poznań, Wrocław - tu z Anną Malek, Katowice, Kraków, Warszawa, Łódź z Sylwią Wysocką, Inowrocław w ramach WOŚP, Toruń i Bydgoszcz. W niecałe trzy dni pokonaliśmy łącznie 1600 km i daliśmy 13 koncertów, granych zazwyczaj na zewnątrz przy -4 stopniach. Pozdrawiam w tym miejscu panów sokistów (śmiech). Odsypialiśmy to kilka dni, jednak szybko zatęskniliśmy za koncertami i w połowie lutego ruszyliśmy z „Pociągiem” na zakopiańskie Krupówki. A to wszystko, by promować zbiórkę pieniędzy na moją wymarzoną, debiutancką płytę, którą można było wesprzeć na stronie mikinafali.pl. Chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować wszystkim, którzy mnie wsparli!

Wspomniałeś wcześniej, że nie lubisz słuchać sam siebie. To chyba nie pomaga przy pracy nad materiałem na płytę?

Na próbach czy w studiu mi to nie przeszkadza. Traktuję to jak pracę - muszę się słuchać, by móc zaśpiewać coś jak najlepiej. Ale nie lubię słuchać siebie, gdy jestem np. na imprezie. Jak ktoś puszcza mój numer, zaczynam się zastanawiać, jak ludzie go odbierają, czy się ze mnie nie podśmiewają. Kiedy gram na żywo, nie mam z tym problemu, choć kiedyś się krępowałem. Natomiast jak ktoś puszcza moje numery w mojej obecności, to krzyczę „jest tyle fajnej muzy, czemu słuchacie akurat tego!” (śmiech).

Wstydzisz się?

Nie myślę o sobie, że źle śpiewam i mam nadzieję, że inni też tak nie myślą. Po prostu czuję się dziwnie, myślę o tym, jak jestem oceniany. Oczywiście każdy artysta jest narażony na ocenę i trzeba się z tym pogodzić. Zresztą każdy, kto upublicznia swoje dzieło, choćby tylko dla jednej osoby, szuka w jakimś stopniu rozgłosu. A jeśli chce się z tego utrzymywać, musi to dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. To jest bardzo ciężki chleb. W swoim kawałku w ramach Hot16Challenge nagrałem wers „wpierdzielam ryż, bo jestem artystą”. I to jest z życia wzięte, bo podczas pierwszego lockdownu był taki okres, że mi naprawdę został już tylko ryż i nie miałem pieniędzy na nic więcej. Nie ma natomiast co ukrywać, że kasa to jedno, ale szukamy też poklasku, by zrekompensować swoje kompleksy. Artyści to z reguły bardzo wrażliwi ludzie i pozytywne opinie bardzo nas budują. Dlatego przyznam, że czasem dla poprawy humoru czytam sobie komentarze pod filmikami z moich występów. To uskrzydla, od razu chce mi się tworzyć dalej.

A kogo Ty lubisz słuchać? Jakich masz ulubionych wykonawców, zespoły?

Słucham różnej muzy. Lubię stare klasyki, alternatywę, soul, funk, polskich artystów… Obracam się wokół wielu gatunków, ale zazwyczaj są to takie strzały, że jak mam zajawkę na Queen, to słucham tylko Queen, jak na Aerosmith, to tylko Aerosmith itd. Utworem, którego mogę słuchać bez końca jest „One Love” U2. Lubię kawałki, które niosą ze sobą ważne przesłanie. Chciałbym, żeby moje piosenki też takie były.

Już powiedziałeś, że przyszedł ciężki okres dla artystów, ale wiem też, że nie próżnowałeś tak do końca...

Mieliśmy trochę koncertów online. Byłem zaproszony na kilka takich wydarzeń, m.in. wystąpiłem w koncercie świątecznym na UKW i w ramach „Szczepionki kulturalnej” w Grudziądzu. Sam też zorganizowałem jeden koncert, który transmitowaliśmy na żywo na Facebooku i Instagramie. Kolejny live na pewno będzie pod koniec lutego - zaprosimy finalistów Voice’a, chcemy też zorganizować zrzutkę na pomoc dla domów dziecka. Szukamy sponsorów, którzy wesprą nasz cel. Może znajdą się tacy wśród czytelników?

Mówiąc „my” masz na myśli swój zespół?

Obecnie nie mam swojego zespołu, ale pojawiła się opcja, by grać z chłopakami z grupy Krisa Forbota. Może narodzi się z tego nowy projekt, ale to dopiero zobaczymy. Zespół na pewno by mnie odciążył, bo jak gram sam, to albo trzymam gitarę, albo obsługuję looper i to mi ogranicza interakcję z publiką. A z zespołem jest tak, że mogę wyjść do ludzi i z nimi obcować. To mnie chyba najbardziej kręci, jak widzę, że się dobrze bawią, jak ze mną śpiewają. Moim ultra marzeniem jest wystąpić na stadionie pełnym ludzi, przerwać w pewnym momencie piosenkę i usłyszeć, że wszyscy wokół śpiewają jej słowa. Mógłbym umrzeć w tej chwili!

A co robisz, jak nie koncertujesz, nie ma Cię w studiu albo nie piszesz piosenek?

Staram się być w studiu albo pisać piosenki (śmiech). Lubię to po prostu! Spotykam się też z ludźmi, co ostatnio jest trochę utrudnione, ale jestem indywidualistą, więc jak siedzę sam w domu to też czuję się świetnie. Piszę tyle, że chętnie się dzielę swoimi tekstami z innymi muzykami. Wychodzę z założenia, że jak wiem, że ktoś może zaśpiewać jakiś tekst lepiej ode mnie, to czemu się nim nie podzielić? Lubię też pomagać. W tym roku zagrałem pięć „WOŚP-ów” i dwa koncerty charytatywne. Ważnym wydarzeniem był dla mnie też koncert, który w 2019 roku zrobiliśmy razem z przyjaciółmi z 10 edycji VoP i Kamilem Bednarkiem dla oddziału dziecięcej onkologii w Bydgoszczy. Zagraliśmy z pomocą mojego ówczesnego zespołu, Mateusza Gronowskiego, który nas nagłaśniał i stowarzyszenia Żółty Beret, które to wszystko zorganizowało. Miny szczęśliwych dzieci zrekompensowały mi każdą nieprzespaną noc podczas przygotowań.

Poświęcasz się muzyce. Zawsze tak było? Muzyka towarzyszyła Ci od dzieciństwa?

W mojej rodzinie zawsze ktoś coś grał. Babcia grała na pianinie, tata gra na gitarze, moje siostry też potrafią grać - jedna na pianinie, druga trochę na gitarze. Siostrzenica gra na skrzypcach, a siostrzeniec uczy się na gitarze. Więc zawsze jak się spotykamy z rodziną, to tym spotkaniom towarzyszy jakaś muzyka, zawsze ktoś na czymś gra. Ale jestem pierwszą osobą, która postawiła wszystko na jedną kartę, którą w tym wypadku jest muzyka.

W którym momencie stwierdziłeś, że jest to coś, co chcesz robić?

Zaczęło się od tego, że zagrałem przyjaciołom utwór Jamesa Arthura „Impossible”. Oni to nagrali, wrzucili na Facebooka i posypały się pozytywne komentarze. Potem kolega nagrał drugi filmik, znowu posypały się miłe komentarze i to zachęciło mnie by grać dalej. Zacząłem występować na ulicy, jeszcze nieśmiały i niepewny siebie, aż w końcu zdecydowałem się na podróż na stopa z Portugalii do Polski. To był przełomowy moment, bo żyłem tylko z tego, co udało mi się zarobić dzięki muzyce. Właśnie dzięki tej przygodzie jestem teraz w tym miejscu, w którym jestem. Gdybym nie zdecydował się na tę podróż, pewnie do tej pory nie wiedziałbym, czego chcę, a na pewno nie poznałbym tylu wspaniałych ludzi, którzy mi pomagają rozwijać karierę. Nie wiem czy będę w stanie im kiedykolwiek podziękować w wystarczający sposób za to, co dla mnie robią.

Wspomniałeś już o swojej zbiórce, ale na koniec dopytam, jakie masz jeszcze plany na ten rok?

Udało mi się zebrać pieniądze, więc teraz przyszedł czas na płytę - to muszę zrobić do końca 2021 roku. Poza tym chciałbym znaleźć menedżera, znaleźć wydawcę, fajnie też byłoby zagrać kilkadziesiąt koncertów, a nie kilkanaście. Z takich większych marzeń - chciałbym zagrać na Męskim Graniu. Byłoby ekstra. No i spotykać się z fanami już bez obostrzeń i ich wyściskać. Nie ma co ukrywać, że koncerty online to nie to samo, co możliwość spotykania się z ludźmi na żywo. Życzę też dobrego roku wszystkim czytelnikom!

Miki na Fali - z Mikołajem Macioszczykiem rozmawiamy o pracy nad debiutancką płytą

Rusza kanał TV dla seniorów, Antena HD

Wideo

Materiał oryginalny: Miki na Fali - z Mikołajem Macioszczykiem rozmawiamy o pracy nad debiutancką płytą - Express Bydgoski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie