Wczoraj w radiu pewien pan ekonomista wyraził nadzieję, że powrócą wreszcie czasy, w których politycy nie będą już koniecznie realizować wszystkich obietnic wyborczych. Jest coś na rzeczy - tak jak przez lata przedstawiciele wszystkich opcji, od prawa do lewa, lekce sobie ważyli przedwyborcze zapowiedzi, teraz przeciwnie. Żyły wyprują, żeby ostatnią kropkę w folderze wyborczym wcielić w życie. Aż strach pomyśleć, bo przecież politykom czasem miesza się rzeczywistość wiecowa z tą realną. I gdy na przykład krzyczą na manifestacji “raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, już mam przed oczami młot, który rozbija czaszkę Włodzimierzowi Czarzastemu i sierp, który odcina głowę Stanisława Piotrowicza. Albo ci z lewej strony, którzy piszą na transparentach “Księża na Księżyc”? No zlitujcie się - wyobrażacie sobie Księżyc czarny po obu stronach?!
Nic dziwnego, że człowiek z lękiem włącza expose premiera. Litości, tylko niech pan za wiele nie obiecuje! Ale litości nie ma, i tym razem dostaliśmy plaskacza obietnic. Na przykład te emerytury. Po 13. emeryturze, będzie w 14. - w roku 2021. Tylko po jakiego diabła te bonusy roczne, a nie zwykłe podwyżki? Przecież w PRL-u trzynastki miały przede wszystkim wyrównywać straty spowodowane inflacją. No chyba, że pan premier nie wszystko nam mówi. Jeśli dynamika wzrostu “nastek” zostanie utrzymana, to za 20 lat nasz emeryt będzie mógł liczyć na 23. emeryturę. I tylko obniżająca się w ostatnich latach średnia długość życia jest światełkiem w tunelu.
Expose to tak w ogóle ciekawe dokumenty, bo oprócz różnych wzniosłych i wysokich celów, specjaliści od PR-u każą w nich zapisywać różne duperele, żeby słuchacz nie zasnął. I fajnie, bo dzięki temu pojawił się pomysł umożliwienia jazdy na bus-pasach samochodem, którym jadą 4 osoby.
A więc nie jest tak źle. Tym bardziej, że z kariery politycznej zrezygnował pan Kononowicz, który obiecał zlikwidować wszystko.
