Polonez traktatowy

Jacek Deptuła jacek.deptula@pomorska.pl
Dla przeciwników Traktatu Lizbońskiego sytuacja jest jasna: nasz kraj stanie się niebawem "województwem polskim" superpaństwa o nazwie Unia Europejska.

A jego stolicą będzie zapewne Berlin. Argumenty są łudząco podobne do tych, którymi straszono Polaków przed wstąpieniem do UE w 2004 roku. Najprościej wyraziła to matka posła Prawa i Sprawiedliwości Tadeusza Cymańskiego: "Tadku, nie sprzedawajcie Polski"... To jeden biegun opinii reprezentowany przez Radio Maryja i - w dużej części - przez PiS.

Na drugim biegunie jest koalicja rządowa oraz Lewica i Demokraci. Twierdzą oni, że jeżeli Traktat Lizboński został uroczyście wynegocjowany w październiku 2007 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i podpisany przez premiera Donalda Tuska - dlaczego go nie ratyfikować? To wtedy był czas na protesty i ewentualną renegocjację traktatu. Niektórzy komentatorzy twierdzą jednak, że w październiku 2007 roku w Lizbonie prezydent Lech Kaczyński bał się stanąć sam przeciw pozostałym 26 krajom wspólnoty. Nadrabia więc zaległości kosztem nowego rządu i wizerunku Polski w Europie.

Sami wybraliśmy

Strona rządowa proponuje, by ustawa ratyfikacyjna składała się z jednego artykułu: "Sejm wyraża zgodę na dokonanie przez prezydenta RP ratyfikacji Traktatu z Lizbony, podpisanego 13 grudnia 2007 roku".

Prezydent Lech Kaczyński (a właściwie prezes PiS Jarosław Kaczyński) domaga się poszerzonego brzmienia ustawy ratyfikacyjnej. Już to samo w sobie jest prawnym potworkiem - jak można jednostronnie "wzmacniać" prawem krajowym traktat międzynarodowy, w dodatku już podpisany?

Pozornie argumenty braci Kaczyńskich są racjonalne. Chcą zapisać w ustawie ratyfikacyjnej ochronę suwerenności, nadrzędność Konstytucji nad unijnym prawem i chrześcijańską moralność. Suwerenności państwa należy rzeczywiście strzec, Polska powinna zachować kontrolę nad swym prawem, a Konstytucja winna być nadrzędna wobec prawa UE.

Z tymi argumentami można by się nawet zgodzić, gdyby nie fakt, że w 2003 roku prawie 80 procent Polaków opowiedziało się w referendum za przystąpieniem do Unii. Tym samym wyraziliśmy zgodę na podzielenie się częścią swojej suwerenności w ramach współpracy europejskiej. Do Unii weszliśmy też dzięki suwerennej, całkowicie demokratycznej decyzji. Przyjęliśmy więc na siebie wiele zobowiązań, choć wcale nie musieliśmy tego robić - nikt nas do tego nie zmuszał.

Trwający już trzeci tydzień polonez traktatowy jest konsekwencją wiary braci Kaczyńskich, że Polska jest kontynentalnym graczem i strażnikiem cywilizacji chrześcijańskiej. Ale istota sporu o ratyfikację Traktatu Lizbońskiego jest dla większości Polaków niejasna. Cóż takiego jest w tych zapisach, co może zagrozić nawet niepodległości i suwerenności Polski? Zdaniem PiS chodzi przede wszystkim o trzy kardynalne sprawy.

Liberum veto

Pierwsza: Traktat Lizboński likwiduje instytucję weta w około 40 obszarach decyzyjnych Unii. Do tej pory, niemal w każdej sprawie, nawet osamotniony kraj mógł zawetować decyzje 26 pozostałych. To swoiste liberum veto prędzej czy później musiało zostać zniesione, by zapewnić sprawne funkcjonowanie wspólnoty. Weto zostało utrzymane tylko w najważniejszych obszarach - spraw zagranicznych, obronności państwa i w kwestiach podatkowych.

Co zmienia traktat z Lizbony

- Od 2014 r. zmniejszy się liczba komisarzy - będą pochodzić nie z każdego państwa UE, ale z dwóch trzecich państw członkowskich. Będzie się ich wyznaczać na zasadzie równej rotacji, na okres pięciu lat. Każde państwo będzie mieć swojego przedstawiciela w dwóch kadencjach Komisji na trzy.

- Liczba członków Parlamentu Europejskiego zostanie ograniczona do 751. Z każdego kraju zasiadać w nim będzie od 6 do 96 deputowanych.

- Utworzono także nowe stałe stanowisko - przewodniczącego Rady Europejskiej, którego będzie wyznaczać Rada Europejska na okres dwóch i pół roku.

- Stworzono urząd wysokiego przedstawiciela Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Będzie on równolegle pełnić funkcję wiceprzewodniczącego Komisji oraz przewodniczącego Rady ds. Ogólnych i Stosunków Zewnętrznych.
W to miejsce unijne władze proponują głosowanie tzw. podwójną większością - 55 procent państw reprezentujących co najmniej 65 procent ludności Unii. Aby więc zablokować konkretną decyzję, nie wystarczy sprzeciw jednego państwa.

Wymagane jest weto przynajmniej czterech państw reprezentujących 35 procent obszaru Unii. To jest część mechanizmu podwójnej większości. Ma on tę zaletę, że uniemożliwia dyktat największych państw - Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec, mimo że mają 40 procent ludności. A takiego właśnie dyktatu najbardziej boi się PiS.

Prezydent Lech Kaczyński wywalczył w Lizbonie - i chwała mu za to - tzw. mechanizm z Joaniny. Zakłada on, że na wniosek trzech państw, które wyrażą swój sprzeciw wobec planowanej przez Unię Europejską decyzji, trzeba będzie odłożyć jej przyjęcie do czasu wypracowania kompromisu. I PiS domaga się, aby nigdy nie odstępować od stosowania Joaniny. To absurdalne w sytuacji ciągle zmieniającej się Unii, szukającej swojej tożsamości. Tak naprawdę nikt nie wie, jak w praktyce będzie wyglądać funkcjonowanie Unii po Lizbonie. I jeszcze jedno - w Traktacie Lizbońskim każdemu krajowi członkowskiemu gwarantuje się możliwość wystąpienia z UE. Mówienie zatem o "terrorze unijnym", o tworzeniu "nowej dyktatury" jest, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem.

Na prawo PiS

Drugi argument przeciwników Traktatu Lizbońskiego to zmniejszenie roli polskiej Konstytucji, polskiego prawa i decyzji parlamentu. To dość oryginalna koncepcja PiS, ponieważ artykuł 90 Konstytucji mówi, że "Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach". A prawda jest taka, że prawo unijne od maja 2004 roku stało się prawem polskim. I - jak dotąd - nie przyniosło ono Polsce żadnej szkody.

Moralność

Trzeci wreszcie argument przeciwników Traktatu Lizbońskiego - to ów słynny lęk braci Kaczyńskich przed zgniłą moralnością Zachodu. W dokumencie będącym elementem traktatu - w Karcie Praw Podstawowych - jest zapis nieprecyzujący, iż małżeństwo to związek kobiety z mężczyzną. Eurosceptycy są więc przekonani, że Unia narzuci nam zgodę na małżeństwa homoseksualne. To niebywały absurd.

Takie sprawy w ogóle nie leżą w kompetencjach Unii!materii każde z państw członkowskich kieruje się własnymi rozwiązaniami prawnymi, zgodnymi z tradycją i światopoglądem obywateli.

O tym, że nagonka PiS na Kartę Praw Podstawowych jest naciągana, niech świadczy przykład Anny Fotygi. To ona w październiku ubiegłego roku zapowiadała, że nigdy nie zgodzi się na obowiązywanie karty w Polsce. Tylko wówczas tłumaczyła to tym, że karta daje każdemu obywatelowi Unii prawo do godności, czyli - w przypadku niemieckich ziomkostw - prawo do... powrotu na polskie ziemie. Dopiero kiedy prawnicy wykazali absurd takiej argumentacji - nacisk położono na małżeństwa homoseksualne, grożące rzekomo Polsce po przyjęciu traktatu.

Konsekwencje

Jeśli bracia Kaczyńscy nie zdecydują się na jakiś kompromis w sprawie ustawy ratyfikacyjnej - czeka nas wielkie zamieszanie. A Donald Tusk ma poważny kłopot, ponieważ do ratyfikacji traktatu potrzeba 2/3 poselskich głosów - czyli 306. Tymczasem Platforma, LiD i PSL mają 301. Aż tyle i tylko tyle.

Jeśli PiS i prezydent nie zgodzą się na ratyfikację traktatu bez dodatkowych zastrzeżeń, najprostszym rozwiązaniem byłoby rozpisanie referendum z jednym prostym pytaniem:"Czy jesteś za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego?".

Większość Polaków byłaby zapewne za ratyfikacją, tylko czy do urn poszłaby ponad połowa? A pamiętać trzeba, że w referendum z 2003 roku wzięło udział tylko 58 proc. uprawnionych.

Jednak uczciwie trzeba przyznać, iż rzeczywiście jest jeden zupełnie niezrozumiały aspekt związany z ratyfikacją traktatu. O. Tadeusz Rydzyk powiedział niedawno: - Polacy powinni mieć świadomość, czym on jest. Może on jest dobry - wtedy będziemy się cieszyć, ale chcemy to wiedzieć i poznać prawdę. Może jest zły - a wtedy też będziemy się zastanawiać, czy ten traktat przyjąć.

Chodzi o to, że - poza wersją w języku angielskim - nie ma tłumaczeń c a ł o ś c i traktatu z Lizbony na języki narodowe. Są tylko uzupełnienia, odnośniki i dopiski do poprzednich traktatów. Ujednolicona wersja Traktatu Lizbońskiego opublikowana zostanie dopiero po jego wejściu w życie.

Dlaczego?

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Karol

Mam 51 lat, wiem, ze jestem Polakiem, bede nim do konca zycia. Mowie po polsu, po francusku i po angielsku. Mam przyjaciol w kilku krajach Unii. Nie sa to emigranci z Polski. I traktuje ich jak przyjaciol. Na rwwni tych jakich mam w Polsce. Mam gdzies czy bedziemy wojewodztewm Unii, czy nie, czy stracimy suwrennosc czy nie. Glosowalem za Unia i mialem lzy w oczach , kiedy spojrzalem na wyniki referendum. Moi przyjaciele z Francji czy szwecji traktuja mnie jak przyjaciela. I to wszystko. te bajki o patrityzmie czy suwerennosci smiesza mnie. Jestesmy Europejczykami . I to tyle. I nie pryesykadyajmu w jednocyeniu sie.

Dodaj ogłoszenie