Cała sprawa zaczęła się od tego, że tygodnik "Wprost" ujawnił w sobotę (14 czerwca) nagrania rozmów m.in. szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką oraz b. wiceministra finansów Andrzeja Parafianowicza z ówczesnym ministrem transportu Sławomirem Nowakiem.
Kilka dni później prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nielegalnego podsłuchiwania osób pełniących ważne funkcje publiczne.
Sylwester Latkowski, naczelny "Wprost", powiedział RMF FM: Musimy chronić informatora i na razie nie możemy wydać żadnych nośników, bo źródło sobie zastrzegło tajemnicę dziennikarską" - dodał.
Latkowski ocenił wizytę jako "zastraszanie i presję na redakcję".
Natomiast Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika "Press", wydał oświadczenie w sprawie wkroczenia agentów ABW do redakcji "Wprost". Skworz nazwał sytuację "niebywałą".
Oto komentarz redaktora naczelnego "Pressu":
"Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zamiast do biur polityków i urzędników nagranych w tzw. aferze podsłuchowej, weszli dziś do redakcji tygodnika, który te nagrania ujawnił. To wydarzenie bez precedensu w historii wolnych mediów minionego 25-lecia. Którą to rocznicę owi politycy tak hucznie niedawno obchodzili, sypiąc hasłami wolności na prawo i lewo. Jeśli ABW chciała tylko przesłuchać redaktora naczelnego, powinna go wezwać do swojego biura. Dlatego możemy się obawiać, że chodzi o coś więcej - zastraszenie niewygodnych dziennikarzy i redakcji. Powiedzmy to jasno: dziś miejsce funkcjonariuszy ABW jest raczej w biurze ministra Bartłomieja Sienkiewicza niż w redakcji >Wprost<".
Zobacz także: "Ekspresja falliczno-waginalna". Tak przeklina polityczna elita [wideo]
Skworz wyraził nadzieję, że "nie damy się podzielić i wszyscy - ci z prawa i ci z lewa - będziemy pamiętać, że naszymi suwerenami są nasi odbiorcy, a nie partie polityczne. To dla nich pracujemy, ich musimy informować. Władza, która wykorzystuje tajne służby do walki nie z patologiami, lecz z dziennikarzami bliższa jest wschodnim satrapom niż standardom Unii Europejskiej. Dlatego apeluję do Koleżanek i Kolegów, by nie znaleźli się wśród nas tacy, którzy uznają, że wydawca >Wprost< i jego redaktor naczelny sami się prosili o kłopoty. Nie łudźmy się, że władza, która raz weszła do redakcji, już nigdy więcej tego nie uczyni".