Rodzinne sentymenty szefa rady miasta

    Rodzinne sentymenty szefa rady miasta

    Wojciech Giedrys, wojciech.giedrys@pomorska.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    - Ja byłem szefem i ja odpowiadam za to - mówi Marian Frąckiewicz. - Ale absolutnie nie poczuwam się do winy.

    - Ja byłem szefem i ja odpowiadam za to - mówi Marian Frąckiewicz. - Ale absolutnie nie poczuwam się do winy. ©Lech Kamiński

    Z toruńskiej Uniqi wyparowało ok. pół miliona zł. Jej dyrektorem był wtedy Marian Frąckiewicz, przewodniczący rady miasta z SLD. Nie zwolnił żony swojego kuzyna zamieszanej w sprawę, ale przesunął ją na inne stanowisko.
    - Ja byłem szefem i ja odpowiadam za to - mówi Marian Frąckiewicz. - Ale absolutnie nie poczuwam się do winy.

    - Ja byłem szefem i ja odpowiadam za to - mówi Marian Frąckiewicz. - Ale absolutnie nie poczuwam się do winy. ©Lech Kamiński

    Marian Frąckiewicz, wieloletni radny SLD, a obecnie przewodniczący rady miasta, był dyrektorem toruńskiego oddziału Uniqi 19 lat. Do końca grudnia 2010 r. Umowę z nim rozwiązano we wrześniu 2010 r. za porozumieniem stron. - Zmienia się rynek, zmieniają się ludzie. Nie było mi już z nimi po drodze - tłumaczył w 2012 r. "Nowościom". Ale dopiero teraz poznajemy kulisy jego rozstania z towarzystwem ubezpieczeniowym.

    Śledztwo Prokuratury Rejonowej Toruń Centrum-Zachód bez rozgłosu ciągnie się już prawie trzeci rok.
    Chodzi o przywłaszczenie ok. 400 tys. zł z kasy oddziału od stycznia 2006 do stycznia 2010 r. Zarzuty postawiono pracownicom firmy - Renacie K. i Katarzynie G. Podejrzane częściowo przyznały się do popełnionego czynu. Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności. Sprawa jeszcze nie trafiła do sądu. Postępowanie jest zawieszone od czerwca 2013 r.

    Czytaj też: Znów gorąco na Radzie Okręgu Chełmińskie w Toruniu! Jakie oskarżenia padały tym razem? [WIDEO]

    Renata K. i Katarzyna G.

    Renata K. pracowała w Uniqa prawie 14 lat. Jako samodzielny specjalista ds. księgowości. Prowadziła kasę, windykację, rozliczała delegacje, zaliczki pracownicze. Wpadła w styczniu 2010 r. - W ramach inwentaryzacji został wykryty niedobór. Na tyle znaczący, że zaniepokoił osoby bezpośrednio nadzorujące Renatę K. - mówi Anna Markuszewska, prokurator prowadząca sprawę.

    - Któryś raport się nie zgadzał i główna księgowa zwróciła na to uwagę - mówi Frąckiewicz. Ale Frąckiewicza i Renatę K. łączy coś więcej. Księgowa jest... żoną jego kuzyna. - Katarzyna G. odeszła z pracy sama, dużo wcześniej przed 2010 r. - mówi Markuszewska. Frąckiewicz nie pamięta kiedy: - Od tego czasu, jej nie widziałem. Wyjechała za granicę - mówi.

    Postępowanie było zawieszane kilka razy. W czerwcu 2011 r. prokuratura nie mogła postawić zarzutów Katarzynie G. Prokuratura nie mogła ustalić miejsca jej pobytu. - Ale później, gdy doszła do niej informacja, że szukamy z nią kontaktu, to ten kontakt został nawiązany - mówi Markuszewska. W końcu Katarzyna G. usłyszała zarzuty. Ale sprawa znów została zawieszona. Tym razem było to związane z pracą biegłego. - Przy tak skomplikowanej materii zawsze to długo trwa - mówi Markuszewska. - To była długotrwała przeszkoda uniemożliwiająca prowadzenie postępowania. A teraz doszedł kolejny element. Katarzyna G. jest chora. Informację o tym, że przebywa na leczeniu za granicą, którego nie można przerwać, otrzymaliśmy w czerwcu 2013 r. Wyraża wolę i chce uczestniczyć w czynnościach prokuratury.

    Śledczy szukali majątku Katarzyny G. Bez skutku. Przeniosła się za granicę. - Nie pozostawiając tutaj nic - mówi Markuszewska.

    Według śledczych Katarzyna G. i Renata K. częściowo działały wspólnie. - Katarzyna G. była kasjerką, a Renata K. pracowała w księgowości, ale chyba też wzajemnie się zastępowały - mówi Frąckiewicz. Jak znikały pieniądze? - To było kilka mechanizmów - mówi prokurator. - Generalnie związane z obrotem w prowadzeniu kasy.
    Prokuratura nie zdradza szczegółów. - Do dzisiaj nie wiem, na czym to polegało - przyznaje Frąckiewicz. - Wiem tylko o jednym mechanizmie dotyczącym niezwróconych składek ubezpieczeniowych przy zerwaniu umowy. Przykładowo: jeśli pan sprzedaje samochód, to należy się panu zwrot składki. Wiem, że te pieniądze były zabierane i w raporcie finansowym ujawniane jako wypłacone.

    Na początku Uniqa doliczyła się, że w kasie brakuje 100 tys. zł. Ale ta kwota rosła. - Później było 150 tys. zł - mówi Frąckiewicz. - Na tym moja wiedza się kończyła. Zdziwiony jestem trochę kwotą, jaka jest teraz.
    Po wykryciu sprawy Uniqa zabezpieczyła auto Renaty K. i jej męża. Później w ramach ugody towarzystwo ustanowiło hipotekę kaucyjną na ich domu jednorodzinnym w kwocie 150 tys. zł, aby zabezpieczyć roszczenia.
    - Nie robiłem tego sam - mówi Frąckiewicz. - Działałem w porozumieniu ze służbą prawną, którą dysponowałem. Z radcą prawnym.

    W 2010 r. radczynią prawną Uniqi była Edwarda Maszerowska. Jak ustaliliśmy, to matka Kamili Maszerowskiej-Jachimowicz, prokurator Prokuratury Rejonowej Centrum-Zachód, prowadzącej sprawę Uniqi i żona Kazimierza Maszerowskiego z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, nadzorującej prokuratury w Toruniu. Czy ma to jakiś związek ze sprawą, która ciągnie się w prokuraturze już prawie trzy lata? Tę kwestię omówiliśmy z Mariuszem Rosińskim, już byłym szefem Prokuratury Toruń Centrum-Zachód. W jego ocenie nie miało to związku ze sprawą i nie zachodziły przesłanki wyłączenia toruńskiej prokuratury ze śledztwa, bo w postępowaniu nie brała udziału córka ówczesnej radczyni prawnej Uniqi.

    Prokuratura nie zabezpieczyła pieniędzy pochodzących z przestępstwa. - W tego typu sprawach, pieniądze z reguły się rozpływają, a podejrzani mówią, że były wydawane na bieżące potrzeby - mówi prokurator. - Sprawdzaliśmy kwestie finansowe związane ze sponsorowaniem remontu. Ten dom był już w jakiejś części rozpoczęty. Jeśli chodzi o wykorzystywanie pieniędzy z przywłaszczenia na budowę lub remont domu, to są tylko dywagacje. To jest nie do sprawdzenia.

    Dywagacje? Państwo K. kupili nieruchomość w podtoruńskiej Brzozówce w 2006 r., po rozpoczęciu procederu. W ostatnich latach inwestowali w nią. Stoi tam dom i garaż. Urządzono ogród. Nieruchomość stoi blisko krajowej "dziesiątki". Sama działka może teraz kosztować ok. 100 tys. zł. Dotarliśmy do księgi wieczystej. Państwo K. zaciągnęli dwa kredyty na nieruchomość do 2031 r. - na 246 tys. zł. Jak sfinansowali resztę, nie udało nam się ustalić.

    Uniqa naprawiła sobie szkodę

    W październiku 2011 r. Uniqa pozwała Renatę K. o zapłatę przywłaszczonej kwoty. Wygrała. Sąd Okręgowy w Toruniu w 2012 r. wydał nakaz zapłaty na... 90 tys. zł. Ta suma widniała w pozwie. Dlaczego nie 150 tys. zł? - Biegły, którego powołaliśmy, wskazał, że obie panie przywłaszczyły ok. 500 tys. zł - tłumaczy prokurator. - Renata K. przyznała się do przywłaszczenia ok. 150 tys. zł. Z pozwu Uniqa wynika, że Renata K. spłaciła część kwoty i stąd się wzięło 90 tys. zł. Przeprowadzony audyt wewnętrzny u pokrzywdzonego w 2010 r. wskazywał, że została przywłaszczona kwota ponad 500 tys. zł, a zatem dużo wyższa niż początkowo ustalono.

    Na podstawie opinii biegłego zostały uzupełnione zarzuty dla Renaty K. i Katarzyny G. Dlaczego te kwoty są tak ważne? W przypadku kradzieży mienia o znacznej wartości mówi się o sumie powyżej 200 tys. zł, za co grozi do 10 lat pozbawienia wolności. Gdyby chodziło o 150 tys. zł, kwalifikacja byłaby inna, jak i kara - do trzech lat więzienia. Prokuratura potwierdza zaś, że w przypadku obu pań można mówić o przywłaszczeniu mienia o znacznej wartości.

    Czytaj: Wstyd. Sesja toruńskiej rady bez składu i ładu!

    Gdzie zatem wyparowało co najmniej 50 tys. zł, które biegły przypisuje Renacie K.? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Czy w procederze mogły brać udział inne osoby np. nadzorujące pracę Renaty K. i Katarzyny G.? "Zgromadzony materiał dowodowy nie pozwolił na rozszerzenie kręgu osób podejrzanych. Inni pracownicy Uniqa Towarzystwo Ubezpieczeń SA moją status świadków w toczącym się postępowaniu" - czytamy w odpowiedzi Prokuratury Centrum-Zachód.

    Firma Uniqa była zainteresowana umniejszeniem sprawy? - pytam. - Nie - odpowiada Markuszewska. - Nie było zamiatania tej sprawy pod dywan.

    Uniqa nie komentuje sprawy. "W przedmiotowej sprawie Uniqa TU SA wszczęła niezbędne procedury karne i cywilne. Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie nie zostało zakończone. W związku z tym nie wolno nam ujawniać żadnych informacji dotyczących jego szczegółów" - pisze Katarzyna Ostrowska, rzeczniczka towarzystwa.
    Cztery lata poza kontrolą

    Frąckiewicz to jeden z najbliższych przyjaciół prezydenta Torunia Michała Zaleskiego. Od 1990 r. jest nieprzerwanie radnym SLD. W kadencji 2010-2014 został przewodniczącym rady miasta. W listopadzie 2010 r. założył firmę MF Broker. Zajmuje się pośrednictwem ubezpieczeniowym. Za 2011 r. wykazał 254 tys. zł przychodu, a za 2012 r. - już 389 tys. zł przychodu. Czy sprawa przywłaszczenia miała wpływ na jego odejście z Uniqi? - Też, niewątpliwie, ale nie na tyle znaczący, abym musiał z tego powodu odchodzić - mówi Frąckiewicz. - Nosiłem się z odejściem, bo źle się pracuje z ludźmi, którzy mają po 20 parę lat, wiedzą najlepiej, jak i co robić, nie znając rynku, realiów, jak trzymać palec w odpowiednim miejscu właścicielowi, bo właściciel oczekuje tylko zysku. Zostałem jedynym dyrektorem z 16, który nie został przez nich usunięty. To o czymś świadczy.

    - Stracił pan w oczach szefostwa? - pytam. - Myślę, że tak - mówi szef rady. - Traci człowiek zaufanie, bo doszło do jakichś nieprawidłowości. Ja byłem szefem i ja odpowiadam za to. Ale absolutnie nie poczuwam się do winy.
    Jak to się stało, że proceder trwał aż cztery lata? - W tego typu firmach system kontroli wewnętrznej jest bardzo szczelny - mówi Frąckiewicz. - Nie odnotowaliśmy żadnych symptomów. Gdyby były, to byłaby reakcja. Podlegałem normalnemu audytowi jak wszystkie inne oddziały w Polsce. Ze strony centrali nie było nigdy sugestii i podejrzeń.
    Po wykryciu przywłaszczenia sprawą zajęła się centrala. - Przyjeżdżały służby kontrolne i sprawdzały dokumenty, mimo że w poprzednich latach to robili i tego nie udało się znaleźć - mówi Frąckiewicz.

    Szef rady miasta, dyrektor i... kuzyn

    Frąckiewicz przyjmował obie podejrzane do pracy. Renata K. w 2004 r. wyszła za mąż za jego kuzyna. - Sprawa rodzinna, zawsze mnie tym śmieszycie najbardziej - tak zareagował Frąckiewicz zapytany o te więzi. - Więzi formalnie są. Tata miał jedenaścioro rodzeństwa, mam sporą rodzinę.

    - Nie wydało się panu podejrzane, skąd kuzyn ma pieniądze na dom? - pytam. Frąckiewicz: - Nigdy nikomu nie patrzyłem do kieszeni. Te więzi rodzinne naprawdę mam, chcesz - wierz, nie chcesz - nie wierz, bardzo luźne i nie wiem, co się z rodziną dzieje. Poza bratem i siostrą.

    Gdy sprawa wyszła na jaw, Frąckiewicz powiadomił centralę Uniqi. Ale zawarł też z żoną kuzyna... ugodę i przesunął ją na inne stanowisko. Czy każdy pracownik mógłby liczyć na takie polubowne załatwienie sprawy? Frąckiewicz: - Podstawową rzeczą najpierw jest zabezpieczenie majątku firmy, który został uszczuplony, a następnie są konsekwencje służbowe.

    To prawda, że po wykryciu sprawy przesunął pan Renatę K. na lepiej płatne stanowisko, by mogła spłacać brakującą kwotę? - pytam. Frąckiewicz: - Nie. Trzeba było reagować tak, by odsunąć dziewczynę od pieniędzy.
    A nie zwolnić? Czy Renata K. została dyscyplinarnie zwolniona? - pytam. - Nie pamiętam - mówi Frąckiewicz. - Stosunek pracy uległ rozwiązaniu. Czy dyscyplinarnie? Nie wiem, bo te decyzje podejmowała już centrala. Zaproponowałem zwrot należnych pieniędzy. Pani Renata się nie wywiązywała, więc sprawa poszła dalej normalnym trybem.

    Renata K. mimo zarzutów próbowała znaleźć pracę jako główna księgowa. Bez skutku startowała w 2012 r. w konkursie do jednej z toruńskich szkół.

    Zawiadomienie do śledczych wpłynęło rok po wykryciu - w styczniu 2011 - z centrali Uniqi. Dlaczego Frąckiewicz go nie złożył od razu po wykryciu? - Nie miałem takich uprawnień, takie czynności wykonuje centrala - tłumaczy. Ale bez odpowiedzi pozostaje też pytanie, czy Uniqa poszła mu na rękę, nie nagłaśniając wcześniej sprawy. W tym samym czasie - w listopadzie 2010 - trwały wybory samorządowe, w których Frąckiewicz był lokomotywą SLD. Po wyborach SLD wszedł w koalicję z prezydentem i jego klubem, dzięki której w grudniu 2010 r. Frąckiewicz został szefem rady miasta, czym przypieczętował długoletnią działalność w samorządzie.

    Śledczy nie wzięli pod lupę kwestii odpowiedzialności za brak nadzoru nad finansami Uniqi. Do tego wątku ustosunkował się jednak biegły. - Wskazał, iż wyrządzenie szkody firmie pokrzywdzonej nastąpiło w wyniku braku przestrzegania przepisów ustawy o rachunkowości - mówi Markuszewska. Frąckiewicz: - Mnie nie zarzucono nieprzestrzegania procedur w firmie. Być może chodzi o to, że kontrole, które sprawowała Uniqa poprzez swoje służby, nie do końca wywiązywały się z przyjętych procedur.

    Jednak zgodnie z ustawą o rachunkowości "kierownik jednostki ponosi odpowiedzialność za wykonywanie obowiązków w zakresie rachunkowości określonych ustawą, w tym z tytułu nadzoru, również w przypadku, gdy określone obowiązki w zakresie rachunkowości (…) zostaną powierzone innej osobie za jej zgodą". Śledczy zbadają ten wątek? - To nie jest wykluczone - mówi prokurator.

    Co na to toruńscy radni? - Patrząc na wielowątkowość sprawy i ewidentne koneksje rodzinne osób zamieszanych w ujawniony proceder, nie sposób nie mieć wątpliwości, co do dotrzymania przez obecnego przewodniczącego rady miasta etycznych standardów postępowania - mówi Paweł Gulewski, rajca PO. - To kolejny argument za tym, że nie mamy obecnie przewodniczącego rady miasta z krwi i kości, a tylko osobę, która w wyniku politycznych układanek i dzięki świetnym relacjom z prezydentem piastuje tę funkcję od 2010 r. Toruń ma najgorszego przewodniczącego w całej historii toruńskiego samorządu. Zaznaczę, że dla mnie podstawowymi wyznacznikami przyzwoitego sposobu wypełniania obowiązków szefa rady miasta są pracowitość, wiedza, obiektywizm i przynajmniej pozory uszanowania racji klubów niebędących w koalicji. Pan Frąckiewicz nie spełnia ani jednego z wymienionych przeze mnie kryteriów.

    Michał Jakubaszek, radny PiS (w koalicji w SLD): - Marian Frąckiewicz pełni funkcję publiczną i w jego interesie leży, aby ta sprawa była jak najszybciej wyjaśniona. W przeciwnym wypadku rodzić się będą spekulacje, podważające zaufanie do jego osoby i pełnionej przez niego funkcji. Nie tylko jako radny, ale również jako adwokat, kieruję się zasadą domniemania niewinności. Dopóki prokuratura nie zakończy śledztwa, dopóty nie mam zamiaru wyciągać pochopnych wniosków.

    Biegły zakończył pracę. Być może postępowanie wkrótce zostanie wznowione. - Najprawdopodobniej w przeciągu miesiąca zostaną wykonane czynności z udziałem podejrzanej Katarzyny G.. Teraz czekamy, aby stan zdrowia Katarzyny G. pozwolił jej przyjechać - mówi Markuszewska. Gdy przyjedzie, prokuratura ogłosi jej uzupełnione zarzuty.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (20)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (20) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Nasze Dobre 2018