Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Rodziny ofiar z Ludwikówki pojechały na Wołyń w 66 rocznicę rzezi (zobacz zdjęcia)

Roman Laudański
W niedzielę w miejscu nieistniejącej dziś wsi Ludwikówka został poświęcony pomnik z nazwiskami zamordowanych mieszkańców. Na zdjęciu  - Michał Gorczyca. W głębi - miejsce po wsi.
W niedzielę w miejscu nieistniejącej dziś wsi Ludwikówka został poświęcony pomnik z nazwiskami zamordowanych mieszkańców. Na zdjęciu - Michał Gorczyca. W głębi - miejsce po wsi. Fot. Roman Laudański
Dzieci i wnuki zamordowanych w Ludwikówce pojechały na Wołyń jak na pogrzeb. Z wieńcami, zniczami, kwiatami. I krwawiącą pamięcią.

Ludwikówka na Wołyniu

Salwina Sitko z Opolszczyzny pojechała na Wołyń pierwszy raz. Rozmawiamy na stacji benzynowej w ukraińskim Łucku. - Było pięć sióstr, w tym mama. Jednego dnia wszystkie zostały wdowami. Cieszę się, że wreszcie zobaczę miejsce, w którym zginęli. Będę mogła opłakać ojca. Jadę tam z córkami jak na pogrzeb.

13 lipca 1943 roku zginęli mężczyźni i chłopcy z Ludwikówki. Na Wołyniu zaczęła się rzeź.

Kiedy Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów postanowiła wywalczyć wolną Ukrainę, zapadła decyzja o wymordowaniu Polaków mieszkających na Wołyniu. I tak wsie, w których od lat mieszkali razem Polacy i Ukraińcy zamieniły się w miejsca potwornych rzezi. Polacy bronili się w grupach samoobrony. Tak było w Ludwikówce. Wtedy Ukraińcy powiedzieli Niemcom, że we wsi ukrywają się sowieccy partyzanci i żydzi. Przyjechali Niemcy, własowcy i ukraińscy policjanci. Zamordowali 172 Polaków. Mężczyzn powyżej 14 roku życia. Zostali zamknięci w dwóch stodołach. Ukraińcy wrzucili do wnętrza granaty. Podpalili ciała. Po tygodniu, dwóch, kiedy spalone ciała zaczęły już się rozkładać, kazali je zakopać.

Trzy razy życie

Amelia Mamczar z Głubczyc umknęła śmierci trzy razy. 29 marca 1943 roku Ukraińcy spalili wieś Pendyki. Czekała z mamą w stodole, która za chwilę miała spłonąć. - Zmienili się wartownicy - wspomina pani Amelia. - Mama poznała Ukraińca, tata pożyczył mu wcześniej pieniądze. "Albo mnie zastrzel, albo wypuść" - powiedziała. - Wypuścił. Uciekłyśmy do lasu, później do Ludwikówki.

13 lipca przeżyła drugą pacyfikację - tym razem Ludwikówki, w której ocalały kobiety i dzieci. Niemcy kazali je zamknąć w obozie w Dubnie. Stąd pociągiem zostały przewiezione do Majdanka. Przeżyła dziewięć miesięcy w obozie. To ostatnie ocalenie. Jej starsza siostra Krystyna w 1944 roku wpadła pod niemiecki samochód. Zginęła. - Pradziadek nazywał się Miller, był kolonistą z Niemiec - uśmiecha się z trudem przez łzy. - I Niemcy zabili go w Ludwikówce.

Anna Sobkiewicz-Foremska mieszka na Śląsku. W Ludwikówce zginął jej pradziadek. - W maju ubiegłego roku pojechaliśmy do Ludwikówki w kilkanaście osób z rodziny. Tam powstał pomysł postawienia pomnika. Ludzie z innych stowarzyszeń mówili, że jak im się uda w trzy lata z pomnikiem, to będzie sukces. Zdążyli w rok.

Anna: - Babcia prosiła mnie, że jak kiedyś uda mi się pojechać do Ludwikówki, to mam się postarać o mogiłę, ale ekshumacja wydawała się wręcz niemożliwa. Dlatego jest pomnik. Babcia zawsze opowiadała mi o Ludwikówce. Tylko o dobrych czasach. Żyłam Ludwikówą. Szukałam informacji o Wołyniu. Musieliśmy się odnaleźć, żeby powstało to dzieło.

Jedyne zdjęcie ojca

Spadkobiercy mieszkańców odnajdywali się w najdziwniejszy sposób. Pomógł internet, kontakty.
Anna Sobkiewicz-Foremska dodaje, że jej babcia miała koleżankę Tenię Golę. Próbowała odnaleźć ją przez PCK. Odpisali, że nie żyje. Kiedy odnalazła Amelię z Głubczyc, okazało się, że Tenia żyje i jest kuzynką Amelii. - To było bardzo wzruszające. Teraz mam koleżankę, która właściwie jest koleżanką mojej babci.

W "Gazecie Pomorskiej" napisałem o Ludwikówce pięć lat temu. O wsi, której nie ma opowiedział mi m.in. Edward Kalbarczyk z Gostkowa pod Toruniem. Artykuł trafił na internetowe strony o Wołyniu. Wpisywały się pod nim rodziny zamordowanych, szukały kontaktów.

- Dlaczego tam jedziemy? Ktoś musi pamiętać, robimy to dla dzieci i wnuków - opowiada Edward Kalbarczyk. Rozmawiamy w sobotę wieczór w Chełmie. Rano wyjeżdżamy do Ludwikówki. - Wychowywałem się bez ojca. Było ciężko. Przetrwało tylko jedno zdjęcie taty. Może jestem już w wieku, w którym człowiek więcej o tym myśli? Ile wzruszeń doświadczymy? Będę w miejscu, w którym zginął ojciec.
Anna: - Tam nie został kamień na kamieniu. Nie ma studni, nawet drzew, bo były polskie. Nigdy nie było we mnie nienawiści. Staram się zrozumieć złe czyny innych ludzi. Nie da się żyć nienawiścią.
Edward: - We mnie też nie ma nienawiści. Jestem za powiedzeniem pełnej prawdy na temat tego, kto zamordował naszych bliskich.

Pytania bez odpowiedzi

EWA SIEMASZKO

Współautorka książki "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia w latach 1939-45": - Na Wołyniu w 1943 roku i przez kilka miesięcy 1944 roku zginęło ok. 60 tys. Polaków z rąk nacjonalistów ukraińskich UPA i OUN Bandery. Polacy zginęli w 1865 miejscowościach. Dlaczego do tego doszło? Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, która powołała jako swoje zbrojne ramię UPA, założyła wywalczenie niepodległej Ukrainy bez innych narodowości. Przede wszystkim bez Polaków, których uważano za głównych wrogów. Między 11 a 14 lipca 1943 przez Wołyń przetoczyła się straszliwa fala zabójstw. Jednocześnie atakowano po kilkadziesiąt miejscowości. Właściwie przez cały rok 1943 było kilka większych akcji. Lipcowa była największa.

Rano do autokaru pakują wieńce, znicze i biało-czerwone bukiety kwiatów. Po drodze pani Amelia opowiedziała mi o swoim trzykrotnym ocaleniu i o tym, że Ukraińcom trzeba przebaczyć, ale pamiętać o rzezi. Zofia Rudnicka z Baborowa nazwie to, co stało się na Wołyniu hekatombą polskich rodzin. - Miałam wtedy 12 lat. Do dziś pamiętam krzyki mordowanych. Szczekanie psów. Widzę palące się zabudowania. To we mnie zostało. Dlatego czuję też lęk i strach - opowiada Zofia.

- Zastanawiałem się, skąd w Ukraińcach takie okrucieństwo w stosunku do Polaków? - mówi Kazimierz Niemczyk z Tczewa. - Ukraińcy tłumaczą się, że walczyli o wolną Ukrainę. Z kim? Z małymi dziećmi nadziewanymi na sztachety i wrzucanymi do ognia? Z ciężarnymi kobietami, które bestialsko mordowali? O wolność nie walczy się z dziećmi i kobietami.

Czesław Mucha z Baborowa: - Winny musi najpierw uderzyć się w pierś i powiedzieć: moja wina, a później jest czas na przebaczenie. Nigdy nie było wyznania: "moja wina". A polskie władze, z uwagi na poprawność polityczną, nie upomną się o pamięć i prawdę.

W Ludwikówce już czekają na nas ksiądz Grzegorz Oważany, proboszcz parafii w Dubnie i ojciec Walerij Włodymyrowicz z kilkuosobowym cerkiewnym chórem. Autokar nie może dojechać pod pomnik. Wszyscy brną przez błoto, ale nikt się nie uskarża. Przed nami pomnik stojący przy ostatniej chałupie. I widok - dwu wzgórz przedzielonych drogą. Na tym po lewej stronie stała wieś. Nie ma po niej i po mogiłach śladu. Wszystko porasta trawa. Nikt się tu później nie osiedlił. Nie zbudowano domów na ludzkich prochach. Nikodem Stepanowicz Panasiuk, który mieszka w domu przy pomniku, pokazuje, gdzie kto mieszkał. O wszystkim opowiedział mu ojciec. Pokazuje też, gdzie mogą być mogiły.

Kończy się msza święta. Ojciec Walerij odprawia z chórem panichidę - nabożeństwo żałobne odprawiane w cerkwi lub nad grobem. Tylko tu groby rozrzucone po wzgórzu. Pomnik tonie w kwiatach. Każdy robi pamiątkowe zdjęcia nazwisk zamordowanych bliskich. Wszyscy przeżywają pokrewieństo losów. Niektórzy brną przez wzgórze na miejsca, gdzie 66 lat temu stały rodzinne domy ich przodków. Wieś ciągnęła się dwa kilometry. Na horyzoncie widać las. Powtarzają, że to była śliczna kolonia. Budynki, sady.

Arytmetyka śmierci

Roman Antonowicz: - Tu zginął mój ojciec, miał 25 lat. Na tablicy jest, że miał 27, ale nie będziemy tego prostować. Tak zapamiętała to historia.

Edward Jarosz miał wtedy 18 lat. Ocalił go Niemiec, który po czesku powiedział mu, żeby uciekał w zboże i polami przedzierać się do Młynowa. W Ludwikówce stracił ojca.

Kazimierz Kaszycki z Peremiłówki, wsi oddalonej o kilka kilometrów, przedostał się z rodzicami do Ludwikówki, bo tu była mocna samoobrona. Tu stracił ojca. Z mamą trafił do obozu w Dubnie, później przez Stutthof do Torunia. Dziś mieszka w Olsztynie.

- Miałam 13-14 lat - mówi Jadwiga Zygadło z domu Skawińska. Mieszka w Hrubieszowie. - Na tej łące wydali wyrok śmierci na mężczyzn. Spalili mi ojca i brata. Przyjechaliśmy tu w piątek, a we wtorek okrążyli Ludwikówkę. Ojciec ukrył mnie i koleżankę w schronie. Niemiec wskoczył do loszku, podpalił garść słomy, zauważył nas i kazał wyjść. Nas zabrali do obozu w Dubnie. Mama mnie wydostała. Resztę młodzieży wywieźli do Niemiec. Mama poznała ojca po koszuli, brat został spalony pod żłobem. Serce mi się ściska, jak sobie pomyślę, że oni do dziś leżą w tych dołach. Nie mają grobu, tylko ten kamień.

Pytania o prawdę

- Mordu w Ludwikówce dokonali Niemcy we współpracy z nacjonalistami ukraińskimi - mówi Ewa Siemaszko, współautorka książki o ludobójstwie na Wołyniu. - Niestety, na krzyżu-pomniku w Ludwikówce widnieją tylko hitlerowcy. Gdyby strona polska chciała oddać całą prawdę, to prawdopodobnie taki krzyż tam by nie powstał. To nieprzyjemny, ale konieczny kompromis.

Najważniejsze, żeby tam, gdzie zginęli ludzie, stał krzyż, żeby był ślad zbrodni. Ku przestrodze i pamięci.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na pomorska.pl Gazeta Pomorska