Śmierć urodzonego w Bydgoszczy dziennikarza Jarosława Ziętary. To wyrzut sumienia śledczych

Maciej Czerniak
Maciej Czerniak
Dziennikarskie śledztwom, jakie przeprowadzili Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, odkrywa nowe wątki w sprawie śmierci Jarosława Ziętary
Dziennikarskie śledztwom, jakie przeprowadzili Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, odkrywa nowe wątki w sprawie śmierci Jarosława Ziętary Polskapress/Archiwum
Udostępnij:
Czy młody dziennikarz śledczy stał się ofiarą rozgrywki między służbami specjalnymi III RP, a byłymi esbekami związanymi w latach 90. z szemranymi interesami? W książce Łukasza Cieśli i Jakuba Stachowiaka wypowiadają się, m.in. Marek Król, gen. Marek Dukaczewski, Jerzy Urban, a nawet Krzysztof „Grabaż” Grabowski ze Strachów na Lachy.

Minęło 29 lat od zaginięcia 24-letniego pochodzącego z Bydgoszczy dziennikarza „Gazety Poznańskiej”. Jarosław Ziętara wyszedł z domu 1 września 1992 roku. Trzy dekady później śledczy krakowskiej prokuratury – bo tam ostatecznie po latach trafiła sprawa – są przekonani o tym, ze dziennikarz został zamordowany.

Do tej pory jednak nikt z domniemanych zleceniodawców, ani sprawców tego zabójstwa nie został skazany. W poznańskim sądzie trwają dwa procesy. W jednym z nich, który rozpoczął się w 2014 roku, oskarżony o podżeganie do zabicia Ziętary jest były senator Aleksander Gawronik. W drugim byłym ochroniarzom z poznańskiej firmy Elektromis (jednej z największych niegdyś sieci hurtowni w Polsce), Mirosław R. „Ryba” i Dariusz L. „Lala” prokuratura zarzuca uprowadzenie dziennikarza i przekazanie go zabójcom.

Esbecy i biznesmeni

Rodzinnym miastem Ziętary była Bydgoszcz. Ukończył VI Liceum Ogólnokształcące, potem przeniósł się na studia na UAM. Po uzyskaniu dyplomu z Nauk Politycznych i Dziennikarstwa pracował w Gazecie Wyborczej, Wprost, a potem w Gazecie Poznańskiej. W 2016 roku dziennikarza upamiętniono nazywając jego nazwiskiem część poznańskiej ulicy w dzielnicy Grunwald, z kolei w Bydgoszczy na cmentarzu komunalnym przy ulicy Wiślanej znajduje się jego symboliczny grób.

Jak doszło do uprowadzenia dziennikarza? Czy to możliwe, że za jego zabójstwo odpowiedzialność ponoszą byli funkcjonariusze SB, którzy po 1990 roku wchodzili w poznański biznes? A może zlecenie śmierci nastąpiło podczas narady z udziałem kierownictwa jednego z holdingów? Co z rosyjskim gangsterem, który - według zeznań jednego ze świadków – miał odegrać rolę w ostatnim akcie tej tragedii i zabić Ziętarę? Dlaczego dopiero po wielu latach od zniknięcia dziennikarza policja i prokuratura uzyskała informacje, że Ziętara tropił afery w poznańskim biznesie?

Na te i inne pytania odpowiedzi szukają Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, autorzy wydanej niedawno nakładem wydawnictwa Otwarte książki „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?”. Bydgoszczanie mieli okazję spotkać się z nimi w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej. Spotkanie odbyło się 16 listopada.

- Najważniejsze dla nas było zdobycie nowych informacji, wyjście poza to, co już powszechnie wiadomo w sprawie śmierci Jarka – mówi Łukasz Cieśla.

- To było największym wyzwaniem; przeanalizowanie tego, co się działo na przełomie lat 80. i 90. Mówię tu, na przykład o zjawisku przechodzenia byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa do biznesu. Część osób się zgadzała na rozmowę, część nie. A pomysł na książkę był taki, by odtworzyć klimat tamtych lat.

Dziennikarskie śledztwom, jakie przeprowadzili Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, odkrywa nowe wątki w sprawie śmierci Jarosława Ziętary
Dziennikarskie śledztwom, jakie przeprowadzili Łukasz Cieśla i Jakub Stachowiak, odkrywa nowe wątki w sprawie śmierci Jarosława Ziętary

Cieśla podkreśla: - Istotne było zatem, by dotrzeć do ludzi, którzy pracowali w tamtych strukturach, wcześniej w SB, o pierwszych biznesach, które powstawały w Poznaniu. To ludzie, którzy są z natury skryci, niezbyt chętnie mówili o sprawach, które kiedyś były niejawne. Zrobiliśmy dość duży research, sieci rzuciliśmy w różne strony.

Co otwieraliśmy nową „skrzynkę, skrytkę”, to pojawiały się nowe wątki, nowi ludzie. Pewnie moglibyśmy zbierać materiał jeszcze ze dwa lata.

- To jest historia – podkreśla Łukasz Cieśla - w której wciąż nie zostały odkryte wszystkie karty. Nie rozmawialiśmy przecież ze wszystkimi, którzy mogą wiedzieć coś na temat okoliczności uprowadzenia i śmierci Jarka. Jeszcze w trakcie prac nad książką zgłosił się nowy świadek, którego wcześniej nie przesłuchiwano. Zeznania złożył dopiero w tym roku.

Łukasz Cieśla nawiązuje do procesu, który trwa od 2014 roku przed poznańskim sądem okręgowym.

- Udało nam się dotrzeć do wielu osób, które wskazały nam kierunek dalszych poszukiwań. I co ważne inni potwierdzali te okoliczności, o których mówili. Te informacje były zbieżne. Praca nad tą książką to było budowanie historii z klocków, z puzzli, które się wzajemnie uzupełniają – konkluduje.

Z kolei Jakub Stachowiak zwraca uwagę na to, co umknęło śledczym prowadzącym postępowanie w sprawie Ziętary w pierwszych dniach i tygodniach po jego zniknięciu.

- Stara zasada stanowi że ten jest winny, kto ma interes. Należy zadać pytanie, komu zależało, by Ziętara nie napisał tekstu? No, firmie wokół której chodził. A chodził wokół Elektromisu. To jest jasne, to wynika z notatek sporządzonych przez niego. Oczywiście nie wprost, ale wiadomo było, że się tym interesuje. I w tych notatkach, które zostały znalezione po latach w mieszkaniu jego brata, pojawiały się nazwy spółek, których Ziętara nie mógł znać - mówi Stachowiak.

Nie mógł znać, bo niektóre firmy, o których mowa, a które działały w pierwszej połowie lat 90. w Poznaniu, mają genezę w jeszcze peerelowskich służbach. Byli esbecy – stawiają tezę autorzy książki o Ziętarze – zakładali firmy na słupy. Niektóre z przedsiębiorstw stały się nawet szalupami ratunkowymi dla byłych funkcjonariuszy. Inni z kolei wiązali się, np. z nową służbą III RP, Urzędem Ochrony Państwa. Jak z kolei wynika z wielu źródeł, do których dotarli Stachowiak i Cieśla, a także wcześniej Krzysztof Kaźmierczak i Piotr Talaga, autorzy książki z 2015 roku pt. „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa” – młodego dziennikarza miał werbować właśnie bydgoski UOP. Działo się to w okresie, kiedy szefem urzędu w Bydgoszczy był generał Zbigniew Nowek.

O fakcie, że UOP interesował się Jarosławem Ziętarą, od samego początku alarmował policję jego ojciec, Edmund. Ten wątek jednak z początku nie był w ogóle badany przez śledczych.

Po latach Prokuratura uzyska ślad z zeznań świadków wskazujący na to, że UOP kontaktował się Ziętarą, a dokładniej okolicznościami jego zaginięcia. Tak wynikało z zeznań, jakie złożył nieżyjący już Zbigniew Nowek, szef UOP w Bydgoszczy. Z kolei dopiero w 2011 roku służby potwierdziły, oficjalnie, iż funkcjonariusze kontaktowali się z nim, kiedy już pracował w „Gazecie Poznańskiej”.

„W notatce ze spotkania niepodpisany z nazwiska major z Samodzielnego Referatu „W” w Bydgoszczy zapisuje: „Jako dziennikarz ma kontakty z partiami, wyraził zgodę na wyjazd do Warszawy na dalsze rozmowy o szczegółach pracy w UOP, wywarł na mnie bardzo dobre pozytywne wrażenie. Jasno i precyzyjnie wypowiada swoje myśli, nie denerwował się, zobowiązał się zachować w tajemnicy fakty ubiegania się o pracę w UOP” – to fragment książki Cieśli i Stachowiaka. Autorzy przytaczają jednak inne informacje, z których jednoznacznie wynika, że ostatecznie Ziętara nie zdecydował się na jakąkolwiek pracę dla służb III RP.

Czy ten wątek jest kluczowy dla jego późniejszego zaginięcia? Jeden ze świadków, który wypowiada się w reportażu, zwraca uwagę, że nazwy spółek, które miał w swoich notatkach zapisane dziennikarz, mogły zostać podrzucone właśnie przez UOP. Chodziło wtedy o dużą kontrabandę alkoholu przez granicę z Niemcami. W książce pojawia się teza, że Ziętara mógł być inspirowany przez służby III RP i tym samym „wejść w paradę” dawnym esbekom związanym z poznańskimi firmami.

- Dzisiaj – tłumaczy Stachowiak – można by powiedzieć, że to były spółki krzaki służące do przerzucania towaru z jednej do drugiej, do rozmaitych wyłudzeń. Zależało zatem komuś, kto się bał, że informacje o takich działaniach zostaną ujawnione. Wiem, że teraz się pojawiają takie komentarze, że wyważamy otwarte drzwi. Nie do końca tak jest. Bo, na przykład pan Zdzisław, a który zgłosił się, kiedy kończyliśmy pracę nad książką, to faktycznie osoba, która wtedy tam funkcjonowała, ale z nikim nie rozmawiał. Zresztą w naszym materiale w „Superwizjerze” mówił, że miał zakaz kontaktowania się z dziennikarzami.

Gdyby zatem z początku ktoś wiedział, gdyby pokopał więcej – bo znalezienie informacji, że Ziętara się interesował Elektromisem – to może udałoby się wtedy znaleźć więcej dowodów.

Warto odnotować, że w sprawie, która trwa w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, założyciel Elektromisu, Mariusz Ś. Ma status świadka.

Od Grabaża do Urbana

W książce na temat sprawy Ziętary wypowiadają się osoby znane z życie publicznego.

„Tajemnicą środowiskową było to, że wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, dziennikarze byli mocno inwigilowaną grupą zawodową. Trwała wtedy dosyć mocna penetracja środowiska dziennikarskiego przez UOP. Po to, żeby tych ludzi pozyskać do współpracy” – gen. Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych.

„Poszedłem na rozmowę z ministrem Milczanowskim i jego zastępcami. Minister powiedział, że sprawa jest poważna i mają od służb informację, że w hotelu Merkury w Poznaniu pojawili się jacyś Rosjanie ze specnazu. Mogło to nie mieć ze mną żadnego związku, ale Milczanowski powiedział, że nie chce, by drugiego dziennikarza zabili, bo to będzie wstyd i blamaż dla Polski. Nie powiedział nazwiska „Ziętara”, ale dla mnie kontekst był oczywisty” – Marek Król, były redaktor naczelny Wprost, poseł na Sejm X kadencji.

Autorzy rozmawiali też z Krzysztofem „Grabażem” Grabowskim, liderem zespołu Pidżama Porno, a na początku lat 90. dziennikarzem w jednej z poznańskich rozgłośni radiowych. To fragment poświęcony powstaniu piosenki „Ezoteryczny Poznań” i ówczesnym realiom stolicy Wielkopolski: „W piosence „Grabaż” opisuje swoją drogę z radia do domu. Z Piekar w centrum miasta przez Aleje Marcinkowskiego, Solną, Garbary, na osiedle Pod Lipami. Po drodze widzi prostytutki, bandytów i innych szemranych typów, czasem na ruskich rejestracjach. Kiedyś widzi nawet strzelających koło Hotelu Rzymskiego gości w kabriolecie, obok nich, jak wspomina, wypindrzone laski. Bandyci mierzą do niego z broni, dobrze się bawią, a on ucieka. To nie film, to samo życie”.

Jerzy Urban, m.in. o umowie z Mariuszem Ś. na finansowanie tygodnika „Nie”: „(…) ustaliliśmy podział zysków. Umowa trwała trzy miesiące. Potem obaj zrezygnowaliśmy ze współpracy. Był duży dochód, a ja nie chciałem się z nikim dzielić (…) On nigdy nie poruszał ze mną tematu Ziętary”.

O autorach książki:
Łukasz Cieśla, dziennikarz Onetu, wcześniej przez kilkanaście lat pracujący w „Głosie Wielkopolskim”, laureat nagrody im. Dariusza Fikusa, nominowany do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze.

Jakub Stachowiak, dziennikarz śledczy Superwizjera TVN, w przeszłości związany z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem, OKO.press i Polityką. Siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grand Press, a w 2011 roku laureat tej nagrody.

Międzykulturowe relacje mieszkańców Kazachstanu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie