"Staram się nie epatować parkinsonem"

rozmawiał Jacek Deptuła
Katarzyna stale powtarza sobie arcymądre słowa prof. Wiktora Degi: ruch może zastąpić wiele lekarstw, natomiast żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu.
Katarzyna stale powtarza sobie arcymądre słowa prof. Wiktora Degi: ruch może zastąpić wiele lekarstw, natomiast żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu. Nadesłane
Udostępnij:
Staram się nie epatować parkinsonem - Panem P. - ani na blogu, ani w życiu. Ale "Wapiętnik" to też rodzaj autoterapii

Rozmowa z
Katarzyną Kabacińską,
dziennikarką, blogerką wojującą z panem P.

- "Chorująca - bywa że kpiąca, czasem wątpiąca, zawsze wojująca". To twoje krótkie CV w portalu Tomasza Lisa. Nawojowałaś się przez z górą 30 lat dziennikarstwa?
- W tym wypadku miałam na myśli wojowanie z chorobą. A w zawodzie? Chyba też bywało ostro, bo w takich czasach zostaliśmy dziennikarzami... U mnie było ciekawie już od początku. W sierpniu 80. pracowałam w zakładowej gazecie "Rometu" i miałam okazję być przy tym słynnym rozpoczęciu strajku solidarnościowego ze stocznią gdańską. Rej wodził wtedy Jan Rulewski, który wyszedł do zbuntowanej załogi jak trybun ludowy, dołączył do niego m.in. Antoni Tokarczuk i proklamowano strajk. Zaczęłam więc zbierać materiał, rozmawiać z ludźmi, notować to, co mówią. A gdy naczelny powiedział, żebym dała sobie spokój, bo nikt tego nie wydrukuje, zamieniłam duży kajet na taki, który mieścił się w kieszeni i znów w tłum. Dopiero raczkowałam jako dziennikarka, ale wiedziałam, że muszę tam być!

- I powstał tekst?
- Po podpisaniu Porozumień klimat radykalnie się zmienił i reportaż ze strajku był potrzebą chwili. Zapytano mnie wówczas, czy jestem w stanie taki tekst napisać, bo nie było tajemnicą, że materiał mam... Powstał duży reportaż, który stał się wkrótce moją przepustką do pracy w "Gazecie Pomorskiej". Paradoksalne, że zatrudniono mnie w partyjnej gazecie z powodu reportażu ze strajku! Taki chichot losu, który słyszałam jeszcze nie raz.

- Jak wtedy, gdy wyleciałaś z "Ilustrowanego Kuriera Polskiego" kupionego przez o. Rydzyka?
- Z IKP wyrzucali mnie dwa razy. Pierwszy, gdy właścicielka gazety miała pretensje, że nie relacjonowaliśmy na klęczkach wizyty papieża. Kurier zmieniał wtedy co chwilę właściciela, kolejny mnie zatrudnił, ale prawdziwe schody zaczęły się, jak znaleźliśmy się w jednym wydawnictwie z "Naszym Dziennikiem". Gdy w Tormięsie wybuchł protest przeciw prywatyzacji, do zakładu pojechał jako negocjator o. Rydzyk, była też bydgoska telewizja. Doszło do przepychanki, w której redemptorysta był agresywny wobec członka ekipy TVB. Dowodziły tego zdjęcia i naoczni świadkowie, tak relacjonowały zajście w Tormięsie media, ale nie IKP, gdzie pierwotny tekst zdjęto, zastępując go opisem zdarzeń, w którym... wszystko było na odwrót! W redakcji zawrzało, ale protest podpisało tylko 8 dziennikarzy i - oczywiście - wszystkich nas zwolniono. Po dłuższej przerwie wróciłam do zawodu i zajęłam się tekstami kulturalnymi w "Expressie". Miałam szczęście, bo robiłam autorskie kolumny, ale żeby nie było za różowo - to wtedy dowiedziałam się, że resztę życia spędzę z panem P., czyli z chorobą Parkinsona. I to z nią będę teraz wojować! Po pierwszym szoku zdecydowałam się na wcześniejszą emeryturę, też wywalczoną w sądowych bojach. Jako emerytka jeszcze popisywałam, ale z cza-sem oswajanie Pana P. staje się najważniejsze, nawet jeśli - tak jak u mnie - choroba jest w początkowym stadium.

- Ostatecznie na dziennikarską emeryturę przeszłaś w maju. Obiecywałaś sobie wówczas spokojne spacerki, karmienie gołębi nad Brdą?
- Też coś! Jedyne, co sobie obiecałam, to nie postawić już nigdy w życiu żadnej bukwy. (śmiech) Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem i wystarczy. Dość, basta, finito! Jednak dziennikarstwo to chyba bardziej styl życia niż zawód, bo nie minął miesiąc jak złamałam słowo. Wprawdzie od dawna byłam nagabywana przez bliskich, bym pisała "coś więcej", ale zasłaniałam się brakiem czasu. Zresztą czegoś zaczęło mi brakować... Nie bardzo wiedziałam, co począć, gdy syn z żoną - pokolenie trzymające rękę na pulsie współczesności - orzekli: pisz bloga! Ja bloga, do sieci? Nigdy! (śmiech).

- I wkrótce w internecie pojawił się blog "Wapiętnik". "Wapiętnik" - czyli co?
- Pamiętnik wapniaka, w którym codziennie na ubitą ziemię wyzywam Pana P. W czerwcu wystartowałam i jak dziennikarz zapytałam siebie, co ja właściwie chcę pisać i dla kogo, by nie była to twórczość do szuflady? Blogi kojarzyły mi się z takim ple-ple o modzie, urodzie, gotowaniu i bywaniu. A przecież żeby pisać, trzeba mieć coś do powiedzenia! Postanowiłam więc dzielić się moją walką z Panem P. z przyszłymi czytelnikami, opisywać, jak biorę nieuleczalną chorobę za łeb i jak ciągle próbuję nie poddawać się. Potraktowałam też bloga jako rodzaj autoterapii, zapełnienie luki po stracie dziennikarskiego etatu. Ale przy okazji pojawił się nieoczekiwany problem.

- Zderzenia umiejętności emeryta z techniką?
- To też, ale ważniejsze było co innego. Chorując na parkin-sona ważne jest, by być czynnym, ruszać się, co w moim przypadku oznaczało całkowitą zmianę stylu życia. Dotąd byłam typem kanapowca, mój ulubiony sposób spędzania czasu to drink w jednej ręce, w drugiej papieros i rozmowy, rozmowy do bladego świtu... Wyobraź sobie, że ja nigdy w życiu nie chodziłam nawet na spacery, no chyba że w fazie zakochania! Tu potrzebna była radykalna zmiana, zaczęłam więc regularnie pływać, maszerować z kijkami i jeździć na rowerze. Ciągle powtarzam sobie arcymądre słowa prof. Wiktora Degi, lekarza ortopedy: ruch może zastąpić wiele lekarstw, natomiast żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu.

- W twoich blogowych potyczkach z Panem P. nie widać cierpienia, za to sporo auto-ironii. Piszesz o nocnych igrcach z Panem P. To uśmiech przez łzy czy kpina z niego?
- Nie chcę się nad sobą użalać i pokazywać życia pełnego bólu. A takich momentów jest sporo. Bywa że dzień zaczynam od płaczu, nie z histerii jednak, tylko z niemocy. Ta niemoc mnie wkurza! W tej chorobie najgorsze są noce, kiedy nie można wykonać prostych czynności, np. przekręcić na drugi bok. Zdrowy człowiek robi to nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a ja nie mogę. Wtedy budzę się, bardzo precyzyjnie obmyślam plan obrócenia się i realizuję go centymetr po centymetrze. O, wczoraj miałam taką sytuację, chciałam iść na basen, ale zejście z łóżka, by zobaczyć, która godzina, zajęło mi kwadrans. Na szczęście można to "rozchodzić" - wtedy wracam do jako takiej formy.

- Na blogu o Panu P. piszesz zdecydowanie łaskawiej. Kpisz z niego, baraszkujesz i wcale nie wygląda to tak dramatycznie.
- Jeden z wpisów na forum dla parkinsonowców, gdzie wys- łałam link do Wapiętnika brzmi: "Polecam bloga, jest pełen humoru, ale jakże prawdziwy!". Taki sposób pisania to rodzaj fabularyzacji i chęć oswojenia strachu. Na ten pomysł wpadłam na początku - nazwałam chorobę Panem P., sapiącym lubieżnikiem, a wzięło się to stąd, że - jak mówiłam - najgorsze są noce. Boję się ich, więc by złapać do tego dystans wymyśliłam, że Pan P. wtrynia mi się pod kołdrę, obłapia za nogi i trzeba się nawojować, by puścił. Mnie to pomaga, więc może pomoże i innym chorym... A że prawda nie jest taka wesoła? Staram się tym nie epatować ani na blogu, ani w życiu, stąd pewnie wrażenie, że piszę o Panu P. niemal czule. Nie, to konwencja, bo wiem, że kiedyś Pan P. mnie tak dopadnie, że nie będę potrafiła o tym pisać.

- Język twojego bloga, a napisałaś już z górą pół setki wpisów, jest - jak na dzisiejsze "esemesowe" czasy - zdumiewający: kwiecisty, barwny, niepowtarzalny. Większość blogerów pisze, że dwa plus dwa jest cztery. I kropka.
- (śmiech) Koleżanka wpisała się pod "Wapiętnikiem" tak: "Piszesz rozłożyście i barokowo". Coś w tym jest, bo nawet dzisiejsze dziennikarstwo nie wykorzeniło w moim języku pewnego stylu. Chyba wyniosłam go z domu, gdzie mama dbała o piękno języka, a tata o jego poprawność, choć nie byli polonistami. Ja też nie jestem, ale w myśl rady jednego z redaktorów naczelnych pielęgnuję swój styl pisania, bo - jak on podkreślał - jest rozpoznawalny. Wymogi dzisiejszego dziennikarstwa są inne: krótko, szybko, limit znaków i miejsca w gazecie. Żadnej indywidualności!

- Twój każdy wpis jest zupełnie inny, ale dlaczego Pan P. nie jest głównym bohaterem, skoro to twoja największa walka?
- Bo, wbrew pozorom, choroba nie zdominowała mojego życia! Chciałam - i chyba mi się to udaje - żeby ten blog, jak pamiętnik, był nie tyle rejestracją faktów, co dość swobodnym przepływem myśli. A tych kłębi mi się bez liku, bo jak każdy po pięćdziesiątce mam rodzinę oraz przyjaciół, pewną wiedzę i bagaż doświadczeń, ugruntowany światopogląd i własne zdanie, cokolwiek więc nie napiszę, to zawsze będzie jak poemat dygresyjny (śmiech). Ale wszystko to - nawet w chorobie - czyni życie barwnym, niech więc i język to oddaje.

- Pomysł pisania o Panu P. i ludziach przez niego dotkniętych jest znakomity. Ale czy nie ma w tym swego rodzaju ekshibicjonizmu?
- Spotkałam się z takimi zarzutami i słowo ekshibicjonizm pada czasem w kontekście bloga. Ja nie mam z tym problemu, już na początku choroby zrobiłam coming out uprzedzając trudne pytania czy ciekawskie spojrzenia. Bo na litość - choroba nie jest rzeczą wstydliwą! Wstydzić się powinni ci, którzy dopuszczają do tego, że ludzi nie stać na leki. Absolutnie nie zgadzam się z zarzutem, że zbyt penetruję sprawy rodzinne. Przeciwnie, dokładam wielkich starań, by nie było to nurzanie się w prywatności. Zupełnie nie czuję, bym przekraczała jakieś granice. Piszę tak, by pokazać, że żyję tu i teraz uwikłana w różne relacje, że nie jestem z jakiejś wyimaginowej wyspy, że mam problemy, ale też wsparcie najbliższych i przyjaciół.

- Jak zaledwie po czterech miesiącach "Wapiętnik" trafił do ogólnopolskiego portalu NaTemat, w którym piszą dziennikarskie tuzy, politycy z pierwszych stron gazet, celebryci i profesorowie teologii?
- Mam znakomitego piarowca (śmiech), to moja synowa. Przez trzy miesiące pisałam na innej platformie, w zacisznym zaułku, w którym spotykali mnie sami przyjaźni ludzie, wpisywali ciepłe słowa. Ale jeśli chcę trafiać do większej rzeszy odbiorców, trzeba było wyjść z niszy. To dlatego zainteresowaliśmy portal Tomasza Lisa moim blogiem, który - o dziwo - zyskał akceptację tego rozpolitykowanego portalu. I może siłą "Wapiętnika" jest właśnie jego inność?

- Wzrosło zainteresowanie pamiętnikiem chorego wapniaka?
- Najlepszy dowód to ten wywiad (śmiech). Po 20 latach wracam na łamy "Pomorskiej" i mo-żna by powiedzieć, że koło się zamknęło, tyle że ja niczego nie mam zamiaru zamykać. Przeciwnie! "Wapiętnik", rzeczywiście, czyta coraz więcej osób, mam już reakcje - na czym mi tak zależało - chorych i ich rodzin. Uzmysłowiono mi jednak, że gros parkinsonowców to nie są osoby poruszające się w sieci, więc zwrócono się do mnie z prośbą publikacji "Wapiętnika" w periodyku dla parkinsonowców. Poza tym przymierzam się do publikacji bloga w formie książkowej i jeśli wszystko pomyślnie się ułoży, to wiosną "Wapiętnik" powinien się ukazać w księgarniach.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie