W Bydgoszczy dzieci pokłuły się brudnymi igłami po jakichś zastrzykach. Traciły zdrowie...

Katarzyna Piojda
Katarzyna Piojda
Nikt nie przypuszczał, że niewinna zabawa między domami stanie się początkiem tragedii dzieci
Nikt nie przypuszczał, że niewinna zabawa między domami stanie się początkiem tragedii dzieci Fot. Mikołaj Suchan / Polskapress/zdjęcie ilustracyjne
Dzieci pokłuły się brudnymi igłami po jakichś zastrzykach - znalezionymi przypadkiem. Szybko dostały leki, żeby nie wdało się zakażenie. Jednak przez te tabletki straciły zdrowie.

Zobacz wideo: Czy po zakażeniu covid-19 zyskujemy odporność?

Grupka dzieciaków z sąsiedztwa, czyli bydgoskiego osiedla, zaczynała nowy rok. Nie kalendarzowy, a szkolny, 2019/2020. Dziewczynki i chłopcy bawili się w chowanego. Zabawa wpłynęła na ich życie.

Przyjaciele podzielili się na grupy. Jedna ekipa się chowała, druga szukała. Najlepsza wydawała się kryjówka za śmietnikiem. Tam leżał worek z dziwną zawartością. - Prywatna przychodnia stomatologiczna wyrzuciła strzykawki i zużyte igły do pojemnika na śmieci - wspomina bydgoszczanka. - Dzieci przerwały zabawę w chowanego, bo zainteresowały się igłami. Strzykawek mogło być około 200. Ile igieł, nie mam pojęcia.

Kolega szturchnął stojącego obok i chłopak ukłuł się w klatkę piersiową. Trafił do szpitala zaraz po tym, jak rodzice powiadomili policję o nietypowym znalezisku. Nazajutrz w szpitalu znalazła się także siostra rannego.

Mama: - Dzień po akcji ze strzykawkami córka ponownie zajrzała do miejsca przy śmietniku - zużyte igły i brudne strzykawki nadal leżały. Nikt z policji, sanepidu czy prokuratury, ani przychodni, tym się nie przejął. Córka się przejęła. Postanowiła pozbierać wszystkie igły i strzykawki i je wrzucić do pojemnika. Gdy zaczęła wkładać je do worka, przez przypadek jedna igła wbiła się jej w nogę; musiała być hospitalizowana.

Rodzeństwo z Bydgoszczy znalazło się w szpitalu

Brat spędził w szpitalu 5 dni, siostra - dzień krócej. Wyszli razem. Jeszcze jedno dziecko znalazło się wtedy w szpitalu z tego samego powodu. Po paru dniach też wyszło. - Na tym się nie skończyło - zaznacza matka dwójki dzieci.

Opowiada: - Dzieci dostały w szpitalu lekarstwa, mające wyeliminować ryzyko powstania zakażenia po ukłuciu.

Lekarze tłumaczą drogę zakażenia. - Patogen obecny jest w płynach ustrojowych organizmu (...). Do zakażenia dochodzi w momencie kontaktu płynu ustrojowego osoby zakażonej z uszkodzoną skórą osoby zdrowej. Wirus może dostać się do organizmu poprzez wstrzyknięcie krwi zakażonej lub użycie strzykawki zanieczyszczonej krwią. Po przedostaniu się wirusa do organizmu, łączy się on z tzw. komórkami wrażliwymi na zakażenie.

Dalej: - Wirus po przedostaniu się do organizmu wędruje do krwi (...). Ostra choroba retrowirusowa rozpoczyna się po 3-8 tygodniach od momentu zakażenia.

Bez wiedzy i zgody rodziców

Matka ma żal do medyków. - Lekarze nie powiadomili ani nas, ani innych rodziców, o ewentualnych powikłaniach związanych z przyjmowaniem tabletek przez dzieci. Szpital postawił nas przed faktem dokonanym.

Dzieci przyjmowały leki jeszcze po opuszczeniu oddziału. - Miały rozpisane leczenie na 28 dni - precyzuje bydgoszczanka. - Syn od początku skarżył się, że źle się czuje po lekach. Miał biegunki, wymiotował. Bolała go głowa. Serca kołatało. Powiedziałam to lekarce. Zaleciła dokończenie terapii. Nikt nie przypuszczał, że dzieci są uczulone na któryś składnik lekarstwa.

Po paru dniach chłopiec stał się nadpobudliwy i agresywny. - Spać nie mógł. Doszły problemy z mową i brakiem koncentracji. W badaniach wykryto uszkodzenie mózgu. U córki tak samo. To przez leki.

Zresztą dziewczynce jeszcze gorzej się działo. Matka: - Zaczęła chwilowo tracić wzrok. Nadal tak ma. Bez ostrzeżenia przestaje widzieć. Na szczęście potem oczy wracają do normy. To jednak się powtarza. Żaden specjalista nie potrafi tego wyjaśnić.

Z dokumentacji medycznej: „Nie tylko nastąpiło narażenie na ryzyko utraty zdrowia, ale skutek takowy nastąpił. Dziewczynka i chłopiec doznali znacznego uszczerbku na zdrowiu”.

Matka pokazuje zaświadczenia od kolejnych lekarzy. Rozpoznali u małej pacjentki również uszkodzenie nerwu słuchowego oraz padaczkę polekową. - Wykręca jej ręce, nogi, deformuje twarz, jak gdyby ktoś siłą przestawiał dolną szczękę. Atak trwa minutę, dwie. Teraz napady są rzadsze, ponieważ córka przyjmuje leki. Syn też. Wiele wizyt u specjalistów mamy prywatnych. Gdybyśmy chcieli korzystać z tych na NFZ, minęłyby nawet trzy lata. Żaden rodzic nie będzie czekał tak długo, patrząc na cierpienie dziecka. Teraz się ograniczamy, ale bywały miesiące, że 2500 złotych wydawaliśmy na konsultacje i leczenie.

Mama dwójki dzieci mówi, że gdyby tamtego pechowego dnia one nie znalazły strzykawek i igieł, dzisiaj byłyby zdrowe. - Do normalności nie wrócą. Mają nauczanie indywidualne. Oprócz tych rzeczy, w śmietniku leżały brudne od krwi rękawice jednorazowe, gaziki, wyciski do protez zębowych. Do nich były dołączone karteczki z nazwiskami pacjentów. Widać, jak przychodnia podchodzi do ochrony danych osobowych. Nawet dokument z pieczątką lekarza z tej przychodni się zawieruszył. Szefowie ośrodka nie wyprą się, że to nie ich śmieci. A! Jeszcze jakieś narzędzia i akcesoria były w środku, m.in. ślinociągi.

Segregacja odpadów medycznych

Przedstawiciel Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy wskazywał: „Takie rzeczy, jak ślinociągi, nie mogą być wyrzucane do zwykłego śmietnika, bo to są przedmioty, które mają kontakt z materiałem biologicznym, gdzie, mimo, że nie widać zabrudzenia, np. od krwi, to mogą się na nich znajdować patogeny chorobotwórcze. W mojej ocenie, gdyby dzieci miały zadrapania, zacięcia i gdyby bawiły się ślinociągiem i doszłoby do kontaktu z drobnoustrojami, mogłoby dojść do zakażenia. Wszystko, co ma styczność z materiałem biologicznym, musi iść do spalenia, także rękawiczki używane przy pacjencie oraz inne przedmioty, mające kontakt z pacjentem. Specyfika przychodni stomatologicznej w mojej ocenie jest taka, że wszystkie przedmioty, jakie miały styczność z pacjentem i mogło dojść do kontaktu z materiałem biologicznym, muszą być oddane do spalenia. Wynika to z ustawy i z rozporządzenia Ministra Zdrowia”.

Gdy sanepid nakazał opróżnienie kontenera na śmieci w obecności przedstawicieli przychodni stomatologicznej, zauważono kolejne odpadki. - Znalazł się też zestaw cukrzyka, czyli igła do glukometru oraz pasek do badania poziomu cukru, jeszcze z wacikiem, z krwią. To nie były nasze śmieci. Od nas nikt nie wyrzuciłby do zwykłych śmieci odpadów, które powinny być traktowane jako medyczne - przekonywały pracownice kliniki.

Prokuratura Rejonowa Bydgoszcz Południe, prowadząca sprawę, zleciła badanie próbek, czyli pozostałości znajdujących się w strzykawkach i na igłach. Pod lupę wzięto 6 sztuk. Z opinii Instytutu Genetyki Sądowej wynika, iż w ani jednej „nie stwierdzono DNA człowieka w stężeniu powyżej progu wykrywalności”. Nie da się wskazać, czy igła miała kontakt z organizmem człowieka.
Matka ma pretensje. - Próbki do badań powinny być zabezpieczone i przekazane natychmiast, a ociągano się kilka miesięcy z wydaniem materiału do analizy.

Ekspert w dziedzinie badania dowodów rzeczowych i śladów kryminalistycznych wskazuje na jeszcze jedną rzecz: „ Niestwierdzenie w wyżej wymienionym materiale żadnych substancji chemicznych, w tym substancji wymienionych w załącznikach do rozporządzenia Ministra Zdrowia, może być wynikiem wypłukania jego pozostałości w okresie pomiędzy medycznym wykorzystaniem tych przedmiotów a ich procesowym zabezpieczeniem”.

Jeszcze nie finał sprawy

Pomimo tego, Prokuratura Rejonowa stwierdziła, że pora zakończyć temat. - Prokurator postanowił umorzyć śledztwo w sprawie narażenia (...) na bezpośrednie niebezpieczeństwo życia i zdrowia małoletnich poprzez umożliwienie im dostępu do strzykawek i igieł medycznych niewiadomego pochodzenia, którymi następnie małoletni zakłuli się podczas zabawy (...) z uwagi na brak czynu zabronionego - informują w prokuraturze.

Rodzice poszkodowanych dzieci nie poddają się. Złożyli zażalenie na postanowienie prokuratury o umorzeniu śledztwa. - Idziemy do sądu. W styczniu będzie pierwsza rozprawa.

Prezes przychodni odpowiada krótko. - Przychodnia za zaistniałe zdarzenie nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ rozstrój zdrowia dzieci nastąpił na skutek wadliwego ich leczenia, tj. podania złego leku.

Rodzice: - Pracownicy przychodni nas również unikają. Ani razu z nami się nie skontaktowali. Słowa „przepraszam” nie usłyszeliśmy. Nasze dzieci też nie. Walczymy o ustalenie winnego. Nie chcemy zarabiać na nieszczęściu naszych dzieci, tylko otrzymać pieniądze na ich leczenie. Nie doszłoby do dramatu, gdyby sprawca potrafił segregować śmieci.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie