List do redakcji Onetu napisała jedna z pracownic sieci Selgros z Warszawy. W markecie zatrudnionych jest kilkadziesiąt osób, mimo to nie sposób obsłużyć wszystkich klientów w krótszym czasie. Jak informuje kobieta, w koeljce do kasy czeka się nawet dwie godziny.
Okazuje się jednak, że to nie tylko potrzeba zrozbienia zapasów ściąga ludzi do sklepów. - Nie wszyscy są klientami, wiele osób to spacerowicze. Rekordzista w dniu wczorajszym przechadzał się po sklepie ponad godzinę i wyszedł z bochenkiem chleba - pisze czytelniczka Onetu.
Jak podaje Onet.pl, "Pracownica hipermarketu zwraca też uwagę, że obsługa sklepu nie jest przygotowana i odpowiednio zabezpieczona przed koronawirusem, a ryzyko zakażenie zwiększa się przy dużym tłoku". - W godzinach południowych i popołudniowych w dziale warzyw, który jest odizolowany od reszty hali szklanymi ścianami, tłok bywa taki, że trzeba się przeciskać pomiędzy klientami - relacjonuje Onetowi kobieta.
- Nie jest prawdą, że do hali wpuszczani są wszyscy Klienci. Ograniczyliśmy liczbę wózków zakupowych do 150, do hali mogą wejść tylko klienci, którzy taki wózek mają. Ochrona stale kontroluje liczbę klientów i nie wpuszcza ich w momencie, gdy skończą się wózki. Warto nadmienić, że hala ma powierzchnię ponad 8 tys. mkw. Wszystkie wózki są każdorazowo dezynfekowane, również Klienci przy wejściu na halę zachęcani są do skorzystania z płynu dezynfekującego - wylicza w odpowiedzi w Onecie zarząd firmy.
Źródło: Onet.pl
