Wielkanoc naszych prababć, czyli rytuały sprzed lat

mat. muzeum etnograficznego
Barwione w cebuli jajka i baranek z masła - bez tego wielkanocne stoły naszych prababć nie mogły się obejść.
Barwione w cebuli jajka i baranek z masła - bez tego wielkanocne stoły naszych prababć nie mogły się obejść. mat. muzeum etnograficznego
Wyganianie diabła, szukanie baranka w słońcu i oddalanie chorób magiczną wodą - wielkanocne zwyczaje bywały zaskakujące. - Chrześcijaństwo przeplatało się z dawnymi wierzeniami - wyjaśnia Maria Pokrzywnicka, kustosz.

Jak wyglądały święta Wielkanocne za czasów naszych prababć? By znaleźć odpowiedź na to pytanie, wybieram się do toruńskiego Muzeum Etnograficznego. Nie ja jedna - w poszukiwaniu wielkanocnych tradycji towarzyszy mi kilkanaścioro torunian. Wszyscy przyszli na "Muzeum-Panaceum" - spotkanie dla seniorów połączone ze zwiedzaniem aranżacji.

Kujawy: kto wykupi pannę?

Na pierwszy ogień idą Kujawy. Przekraczamy próg chałupy i nagle cofamy się w czasie o jakieś sto lat, do pierwszej ćwiartki XX wieku. W przestronnej izbie jest czysto i odświętnie. I całkiem jasno, co zaskakujące przy niewielkich oknach. - Przed świętami całą chałupę dokładnie sprzątano, w środku i na zewnątrz - wyjaśnia Maria Pokrzywnicka, kustosz, która oprowadza nas po aranżacji. - Wszystkie graty były wystawiane na zewnątrz, szorowane szarym mydłem, wodą, szczotką, żeby pozbyć się brudu, pająków i robaków.

Przeczytaj również: Wielkanocne menu z kujawsko-pomorskiej Listy Produktów Tradycyjnych

- Nic się nie zmieniło przez te sto lat - żartuje pod nosem stojąca obok mnie siwowłosa torunianka. - Nie ma świąt bez sprzątania!
Po wielkim czyszczeniu często bielono również ściany i zdobiono je używając prostego pędzla zrobionego ze słomy. - Pędzel maczano w rozpuszczonej ultramarynie - wyjaśnia nasza przewodniczka. - Na białej ścianie powstawał wzór - błękitne ciapki, trochę podobne do kwiatów.

Tych ostatnich w izbie również nie brakuje. Na parapecie stoją świeże gałązki, a w kącie pomieszczenia, tam gdzie wisi święty obraz i stoi krucyfiks - girlandy bajecznie kolorowych sztucznych pąków. Za innym obrazem ktoś zatknął palemkę wielkanocną. - Wierzono, że takie palmy mają szczególną moc - opowiada pani Maria. - Trzeba pamiętać, że owszem, były one święcone w kościele, ale troszkę wiary w magię u naszych przodków zostało. Kołatały się ciągle resztki dawnych wierzeń. Na przykład takich, że żywa gałąź może dać domostwu ochronę magiczną. Palmą gładzono więc boki krów wypędzanych na pastwisko - by dawały dobre mleko. Krzyżyki z palemek czy gałązek baziowych zatykano na polach, w stodołach, żeby plony rosły obfite i żeby wszystko się dobrze chowało.

Na samym środku pomieszczenia stoi stół. Na nim wielkanocne śniadanie: bochen chleba, ciasto drożdżowe, szynka, masło, jaja. Te ostanie w żywym brązowym kolorze - gotowane w wywarze z cebuli.

Gospodarze widocznie jeszcze nie wrócili z kościoła. Ale wszystko już jest przygotowane po to, by po powrocie z rezurekcji cała rodzina mogła podzielić się jajkiem i zasiąść do wspólnego śniadania. - Zanim wrócą, postarają się chociaż symbolicznie obmyć twarz w bieżącej wodzie, czy to strumieniu czy rzeczce - wyjaśnia pani Maria. - Bo w wielkanocny poranek bieżąca woda ma niezwykłą moc - może dać zdrowie, piękną skórę, oddalić choroby.

A potem śniadanie. Po obowiązkowym dzieleniu się jajem czas na mięsiwo i kujawiok - duży drożdżowy placek. - Musiał być bardzo wysoki i wyrośnięty - tłumaczy nasza przewodniczka. - Babę drożdżową często jadano z szynką. W tym czasie nie wystawiano zastawy. Podczas wielkanocnego śniadania odkrawano kawałki jedzenia nożem i jadło się rękoma. W tym dniu nie rozpalano ognia w kuchni, niczego nie gotowano ani nie odgrzewano. To ukłon w stronę gospodyni, by w największe święto nie musiała pracować w kuchni. Pierwszy dzień świąt spędzano w rodzinnym gronie.

Pod wieczór jednak młodzi zbierali się w jednym miejscu - np. pod najwyższym drzewem we wsi - i zaczynali przywoływki. Ten typowo kujawski zwyczaj polegał na wymyślaniu wierszyków o wszystkich pannach we wsi. I łączył się z wielkimi emocjami. - Najpierw trzeba było ustalić, które dziewczyny będą w tym roku przywoływane - objaśnia pani kustosz. - Robili to oczywiście kawalerowie. Jeśli panna została pominięta w przywoływkach, to dopiero była rozpacz! Znaczyło to, że jeszcze nikt jej nie dostrzegł, jeszcze była za młoda. Jeśli wierszyk dla panny miał być przychylny, to jakiś chłopak musiał za nią stanąć, czyli wykupić ją, dając jakiś datek, na przykład wódkę. Zdarzało się, oczywiście, że nikt za dziewczyną nie stanął - wtedy albo porządnie obrywała w wierszyku, albo panowie sami wybierali spośród siebie tego, kto ją wykupi.

Oczywiście pochlebna przywoływka zapowiadała też względny spokój w świąteczny poniedziałek. Wykupiona panna mogła liczyć na łagodniejszy przebieg dyngusa.

Rymowanki ciągnęły się godzinami. W tym czasie przygrywała lokalna kapela, a jeśli takiej nie było, hałasowano pokrywkami od garnków. Rytuał miał istotne znaczenie społeczne - w ten sposób swatano młodych, obligowano do poważniejszych sympatii, a i wytykano wady, zdarzało się, że paskudnie.

Zobacz: Jak wygladają koszyczki wielkanocne naszych Czytelników? [zobacz zdjęcia]

Pomorze: wygonić diabła

Druga chałupa, jaką odwiedzamy, pochodzi z Pomorza. W paradnej izbie trwają przygotowania do Wielkiej Soboty. Na oknie stoją już brzozy, którymi w wielkanocny poniedziałek dziewczynom będzie się sprawiało śmigusa. - Bicie witkami po łydkach miało dodać wigoru, żywotności, przekazać człowiekowi moc tkwiącą w budzącym się na wiosnę drzewie - wyjaśnia Maria Pokrzywnicka. - A przy okazji było przy tym dużo pisku i śmiechu.

Na stole stoją mięsiwa, szynki i pomorskie placki drożdżowe. W przeciwieństwie do kujawioka musiały być cieniutkie, za to z bardzo grubą warstwą kruszonki. Gospodyni jeszcze nie uporała się z pieczeniem - na stole stoi drewniana forma gotowa do włożenia w nią baby. Obok foremka do uformowania baranka z masła. Takie formy trzeba było dobrze nawilżyć, włożyć w nie masło i wstawić do zimnego pomieszczenia. Przed wyjęciem baranka trzeba było na chwilę włożyć wszystko do wrzątku, żeby maślaną rzeźbę bez problemu wyjąć z formy.

Na ławie obok leżą drewniane kołatki. Chłopcy będą nimi piekutować, czyli wyganiać diabła ze wsi, robiąc potworny hałas. - Takich kołatek używało się do naganiania zwierzyny - zauważa starsza torunianka. - Owszem - przyznaje nasza przewodniczka. - Ale w Wielkim Tygodniu używano ich podczas nabożeństw, zastępowały dzwonki w kościele, podobnie jak dziś.

Kociewie: przyjdź, zajączku!

Trzecia i ostatnia na dziś chałupa przenosi nas na Kociewie. Jeszcze przed wejściem zaskakuje wielki, stojący w progu kocioł i przystawiona do dachu drabina. - Wymieniali strzechę na święta? - zastanawia się stojący za mną torunianin. - Ale do czego ten bęben?

Tajemnica szybko się wyjaśnia - biciem w wielki kocioł zwoływano na rezurekcję. Drabina przydawała się po powrocie z kościoła. - Gdy wschodziło słońce, patrzono w tarczę słoneczną, by dostrzec tam baranka - wyjaśnia kustosz. - Dzieciom kazano zaglądać do studni. Tam też można było go zobaczyć - może nawet nieco łatwiej, bo wystarczył odbity w tafli wody obłok.

Przed śniadaniem czas na obowiązkowe obmycie się. Chorym przynoszono wodę do domu - ale trzeba było ją później odnieść w to samo miejsce. Przy przenoszeniu nie wolno było się pod żadnym pozorem obejrzeć ani przewrócić, wtedy woda mogłaby stracić cudowną moc. Po śniadaniu - podobnym do tego na Kujawach - była gratka dla dzieci, czyli długo wyczekiwany "zajączek".

- Zwyczaj znany był na całym Pomorzu - mówi nasza przewodniczka. - Tak samo jak na Śląsku, wszędzie, gdzie były wpływy kultury niemieckiej. Znakiem wywoławczym dla poszukiwania prezentów był wierszyk: "Siedzi zając w polu w lesie, malowane jajo niesie. Powiedz, zajączku, gdzie je zniosłeś?" Na to hasło dzieciaki wbiegały do ogródków, za chałupę i szukały po krzakach jajek.

- Czuję się, jakby ktoś naprawdę cofnął czas - kręci z niedowierzaniem głową pani Halina, torunianka z okolic Kociewia, która razem z nami oglądała muzealne aranżacje. - Nie mam wprawdzie jeszcze stu lat, więc nie pamiętam wszystkich zwyczajów, o których była mowa. Ale takie chałupy były częścią mojego dzieciństwa. Po takich wspomnieniach tegoroczna Wielkanoc też będzie dobra. Jestem pewna!

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tradycjonalista

chociaż jestem młodszej daty, to znam jeden, kultywowany od dziadów i wiek wieków zwyczaj świąteczny zalewania robaka, ten zwyczaj nigdy nie minie.

Dodaj ogłoszenie