Wyrowiński: Martwię się o świat mojego wnuka

Adam Willma
Adam Willma
Najtrudniej znaleźć się pośrodku, bo obrywa się z jednej i drugiej strony - mówi Wyrowiński
Najtrudniej znaleźć się pośrodku, bo obrywa się z jednej i drugiej strony - mówi Wyrowiński Adam Willma
Z Janem Wyrowińskim, byłym wicemarszałkiem Senatu, politykiem na emeryturze

Cztery lata bez polityki. Oczyścił się pan całkowicie z toksyn?

Staram się. Telewizji nie oglądam w ogóle, ostatnio czytuję tylko lokalną prasę. Oczywiście, w naszym zelektronizowanym świecie nie da się całkowicie uciec od polityki. Wybieram jednak media, które nie angażują w takim stopniu emocji. Poza tym urodził mi się długo oczekiwany wnuk, więc to dodatkowa odtrutka. Najwyższej jakości!

Był pan zanurzony w politykę po czubek głowy. Jak wygląda odwyk?

Zniechęcenie do polityki narastało we mnie zanim jeszcze się z nią pożegnałem. Nie byłem może w najwyższych gremiach decyzyjnych, ale mniej więcej wiem, jak one wyglądają. Przy całym szacunku dla kolegów i koleżanek, z których większość uważam za porządnych ludzi - to jednak młyny polityczne mają swoje prawidła i swoje ofiary. Coraz trudniej mi było to zaakceptować.

To ciekawe zjawisko. Oprócz czarnych charakterów - przez politykę przewija się sporo porządnych ludzi. Takich, którzy wcześniej zdobyli zaufanie jako lekarze, nauczyciele, pracodawcy… Zanim zostali znienawidzeni jako politycy, byli często autentycznie lubiani w swoim otoczeniu. Co się dzieje później? Wchodzą w grę, w której przegrywają.

Niektórzy wchodzą, inni nie. A przynajmniej starają się nie wchodzić. Generalizujące oceny są na pewno niesprawiedliwe. Owszem, zdobycie mandatu otwiera pewne możliwości. Spośród trzech najważniejszych pokus: pieniędzy, seksu i władzy - ta ostatnia rodzi sama z siebie tworzy różne możliwości. Więc są tacy, których władza rajcuje. Jednak wiem, że są też u władzy ludzie, którzy starają się z niej korzystać z umiarem i nie ślizgać się po powierzchni problemów. Nikt nie śledzi stenogramów komisji i podkomisji. A to jest najbardziej obiektywne świadectwo o działalności polityków. Nie da się jednak ukryć, że z kadencji na kadencję poziom prac legislacyjnych jest coraz gorszy.

Polityka zawsze była theatrum, które odgrywa się przed elektoratem. W pewnym momencie również politycy przestali sobie podawać ręce i dogadywać się w restauracji sejmowej. Co się stało?

Pierwszym wydarzeniem, które to napięcie zaczęło budować, była noc teczek w 1992 roku i wszystko, co było jej konsekwencją. Sprawa przeszłości Wałęsy nie była wcześniej czymś nieznanym w Gdańsku, wlokła się za nim. Noc teczek spowodowała po raz pierwszy tak wyraźny podział ona obóz „zdrajców” i „prawdziwych patriotów”. Drugim takim momentem była katastrofa smoleń ska, która sprawy historyczne splotła z bieżącą polityką, oceną jakości ekipy sprawującej władzę. Umożliwiła ona budowę potężnego i niekiedy irracjonalnego mitu założycielskiego nowej opozycji. Tam już nie było zmiłuj. W narracji smoleńskiej byli „zdrajcy z krwią na rękach” a po drugiej stronie „idioci wymyślający hel”. To stworzyło klimat, który spolaryzował społeczeństwo. Do tego doszło odsądzanie rządzących od czci i wiary, powrót to sprawy Okrągłego Stołu - w sumie ta strategia okazała się niezwykle skuteczna.

Zaskoczyło to pana?

Trochę. Okazało się, że nie do końca znałem wszystkie zakamarki polskiej duszy. Może właśnie tego elementu na scenie dotąd brakowało? Kulminacją były wybory w 2015 roku. Te emocje są oczywiście po obu stronach, w efekcie najtrudniej znaleźć się pośrodku, bo wówczas obrywa się z jednej i drugiej strony. Sam tego zresztą doświadczam, będąc prezesem Społecznego Komitetu „Solidarni - Toruń Pamięta”. Staram się unikać wszelkich deklaracji politycznych, żeby ta organizacja mogła funkcjonować i żeby mogli się w niej znaleźć zarówno Andrzej Zybertowicz jak i Stanisław Dembiński. Ale są momenty, kiedy ręce opadają. Pada zbyt wiele słów.

Sposobów komunikacji jest coraz więcej

Może w tym również problem. W 1989 roku komunikowaliśmy się ze społeczeństwem przez radio, telewizję i gazety. Dziś każdy aspekt działalności polityka przenika do przestrzeni medialnej. Jeśli nie wpuszczą ich do niej dziennikarze, zrobi to kolega z ławy albo przeciwnik polityczny. Ta siła przekazu jest zwielokrotniona, z czego najsprytniejsi potrafią skorzystać. Dwa lata temu w przyznano pośmiertnie gen. Zawadzkiej Krzyż Wolności i Solidarności. Przez całe obchody siedział obok mnie pewien młody poseł, który nie wypuszczał z ręki komórki. Przechodził tylko z Twittera na Facebook, palec cały czas pracował na ekranie. Na swój sposób mnie to fascynowało, bo sam bym tak nie potrafił.

Jak wygląda świat po zdjęciu politycznej przyłbicy?

Dla mnie to był przede wszystkim powrót do najważniejszego miejsca w życiu -miejsca urodzenia, Kaszub. Ponownie je odkryłem i nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak tam jest pięknie. Nie muszę dziś jeździć po świecie. Ten świat na Kaszubach zupełnie mi wys tarcza - każde jezioro, każdy fragment lasu, rzeka - wszystko to jest dla mnie odkryciem. Niby znałem każdy skrawek z dzie ciństwa, ale dopiero teraz widzę to piękno tak wyraźnie. Moja młodsza córka mieszka dziś z mężem w domu moich rodziców w Brusach. Oboje są związani zawodowo z przyrodą. Mam wreszcie czas poznać lepiej swoich dziadków i ich his -torię jeszcze sprzed odzyskania niepodległości. Gdy chodzę po Brusach, przed oczami stają mi obrazy z dzieciństwa. Widzę rymarza, którego już nie ma, widzę fryzjera, pana Kostka, skład (sklep), bibliotekę. Wie pan, ja miałem szczęście, nie miałem tych problemów, które miała żona. Ona pozostawiła swoje historie rodzinne na Wileńszczyźnie. Rodzina mojej mamy i mojego taty od wieków żyły na Kaszubach. Wiem gdzie są groby moich dziadków i pradziadków. Może dlatego każdy pobyt w Brusach umacnia mnie psychicznie.

Krajanie na ulicy dziękują, że sprawił im pan z kolegami taka piękną Polskę?
Nie, [śmiech] tam mam głównie koleżeńskie relacje.

Ma pan szczęście, że Brusy nie są pegeerowską gminą.

To prawda. Byłem entuzjastą tych szybkich zmian gospodarczych. Tęskniłem za normalnością. Z drugiej strony mam wrażenie, że w pewnym momencie można było w nasze reformy wlać więcej solidarności, żeby pozostał chociaż ślad, z jakiego źródła te zmiany wynikły. Może coś na kształt 500+ warto było zrobić wcześniej? Jednak nie wyobrażam sobie, żebyśmy potrafili przekonać do tego Balcerowicza, wyrzuciłby nas z takimi pomysłami na z bity pysk. I oczywiście racjonalnie by to uzasadnił. Dziś widać wyraźnie, że dla sporej grupy te pieniądze są wybawieniem. Nie myślę tu o marginesie społecznym, ale na przykład o znajomej, która pisze właśnie doktorat, ma troje dzieci i dla niej te pieniądze są szansą na wakacyjny wyjazd. Tego typu myślenia, które prezentował Jacek Kuroń, niestety w pewnym momencie zabrakło. Można oczywiście traktować 500+ jako kiełbasę wyborczą, ale daj Boże taką kiełbasę.

A podczas spacerów po lasach kaszubskich pojawiają się myśli, że coś ważnego przegapiliście w tych trzech dekadach?

Męczy mnie myśl, że każdego dnia znika z naszej planety kilka gatunków. Pochłania je nasza zachłanność, bezmyślne wykorzystywanie zasobów. Przecież kiedyś w moim domu były dwie siatki. Zabierało się je na zakupy do sklepu i nie było z tym problemu. Śledzie owijało się w papier, po marmoladę szło się z własnym słoikiem. Dziś w sklepie wszystko jest w plastiku. To jest droga do zatraty. Przygnębiła mnie informacja, że mikrocząsteczki plastiku znajdują się już nawet głęboko w oceanach. I pomyśleć, że kiedyś wskaźniki produkcji plastiku uznawało się za miarę rozwoju cywilizacyjnego.

Zmiana w 1989 roku opierała się właśnie na otwarciu konsumpcjnego wyścigu. Teraz politycy będą musiali zachęcać do powstrzymania tego biegu. Karkołomna misja

Nie bardzo w to wierzę, że 10 czy 50 000 świadomych ludzi zmieni świat. Obawiam się, że musimy zafundować sobie katastrofę, żeby doszło do jakiejś zmiany. Chociaż nie wiem, być może nie znam na tyle młodych ludzi, a oni podejdą do sprawy inaczej. Jednym z powodów naszego problemu jest oczywiście globalizacja, więc tylko globalnie można ten problem rozwiązać. Oczekiwałbym w tej sprawie zaangażowania Kościołów. Jest nawet taka wspaniała encyklika papieża Franciszka „Laudato si”, o tym że czynić sobie ziemię poddaną to wcale nie oznacza, że mamy prawo ją zniszczyć i zaśmiecić, ale rozumnie gospodarować. Chyba tylko raz, na dożynkach mody ksiądz cytował tę encyklikę w słowie kierowanym do rolników. Bo rolnicy również włączyli się do tego wyścigu wydajności. Wszyscy musimy zmienić styl życia.

Ale to pana formacja tłumaczyła kiedyś rolnikom, że muszą pożegnać się z przestarzałym, mało wydajnym podejściem do rolnictwa.

Na własne usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że byłem wśród nielicznych posłów, którzy tę niszową gałąź rolnictwa biodynamicznego wspierał. Co ciekawe, w PSL-u nikogo to nie obchodziło. Traktowano to jako fanaberię, na zasadzie „Unia każe”, to musimy. No i przekroczyliśmy granicę, zwłaszcza w przemysłowym traktowaniu zwierząt.

Ma pan w domu lobbystkę
.
Tak [śmiech], to nasza zięba. Dla niej akurat spotkanie z człowiekiem było szczęśliwym przypadkiem, bo 80 proc. takich pisklaków, które wypadają z gniazda, ginie. Znalazł ją mój zięć. Wykarmili ją, urosła szczęśliwie i teraz będzie z nami jeszcze kilkanaście lat. Niestety, na wolności by zginęła. Ma swoją klatkę, ale codziennie robi też obloty po domu. Siada na laptop, zagląda przez ramię. Jest bardzo towarzyska. W obejściu jest też gęś, która ma dożywocie i kaczka znaleziona przez sąsiadów. Córka pracuje w parku narodowym, więc przez nasz dom przewinęły się już żurawie, łabędzie i wiele innych.

Został pan wegetarianinem?

Nie, ale bardzo ograniczyłem spożywanie mięsa. Jem głównie ryby, od czasu do czasu trochę drobiu. Córka prowadzi taką kuchnię, a wnuk tryska zdrowiem.

Gdyby miał pan powrócić do polityki, o co warto zawalczyć?

Na pewno o ekologię. Jednak jestem świadomy swoich lat. Człowiek ciągle ogląda się za siebie i czuje się młody, ale trzeba spoglądać trzeźwo. Teraz czas na wnuka.

Wnuk już interesuje się polityką?

Nie, ma dopiero dwa lata!

Za parę lat dziadek mu wytłumaczy o co chodzi z tą polityką.

Broń Boże! Zresztą jestem pełen obaw o jego przyszłość. Z niepokojem myślę jak będzie wyglądał ten świat za trzy dekady.

Sztuczna inteligencja “nie radzi” sobie z hejtem?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie