Za 15 lat trudno będzie zidentyfikować miejsce leśnej katastrofy

Adriana Boruszewska
Adriana Boruszewska
14.08.2017 Ziemia Chojnicka i Czluchowskapo nawałnicach
14.08.2017 Ziemia Chojnicka i Czluchowskapo nawałnicach Przemyslaw Swiderski
Udostępnij:
Rozmowa z Danielem Lemke, nadleśniczym Nadleśnictwa Bytów, o sprzątaniu po katastrofalnej wichurze

Ile kikutów po powalonych drzewach pozostało jeszcze w borach?

W moim nadleśnictwie nie ma ich w ogóle. Do końca 2018 roku uprzątnęliśmy i sprzedaliśmy praktycznie wszystko. Z tego, co wiem, na terenie dyrekcji w Toruniu trwają jeszcze gdzieniegdzie jakieś prace, ale to już końcówka.

Jak to możliwe, że tak szybko udało się posprzątać po katastrofie?

Nie dalibyśmy rady zrobić tego wyłącznie przy pomocy własnych sił. Udało się jednak ściągnąć firmy z nowoczesnym sprzętem, które pracowały na 2-3 zmiany. To są firmy z zagranicy, które zjadły zęby na katastrofach.

???

Jest kilka takich przedsiębiorstw, zwłaszcza na Łotwie i w Estonii, które wyspecjalizowały się w sytuacjach kryzysowych. Dysponują najnowszym sprzętem i przewożą go tylko z jednego miejsca dotkniętego klęską na drugie. Chodzi nie tylko o efekty działania wichur, ale także drzewostany dotknięte kornikiem. Menedżerowie tych firm siedzą na walizkach i w sytuacji katastrofy natychmiast jadą w poszukiwaniu kontraktów. Trzeba przyznać, że wydajność firm, które pracowały na naszym terenie, była bardzo wysoka, a organizacja pracy - imponująca. Zaraz od nas te firmy wyruszyły z całym sprzętem pod Berlin, gdzie również potężna wichura spustoszyła lasy. Co ważne, ta katastrofa pozwoliła na rozwój naszych lokalnych podmiotów, które dzięki dużym zamówieniom mogły wreszcie zaopatrzyć się w maszyny, o zakupie których mogły dotąd jedynie pomarzyć.

Polskie firmy nie mogły zrealizować w całości tych zadań?

Nie, ponieważ czas był tu niebywale istotny. Trzeba pamiętać, że w naszych rękach jest majątek Skarbu Państwa, więc nie możemy pozwolić sobie na utratę przychodu z powodu braku przyrostu. Przeciętny przyrost to 7-8 m sześciennych z hektara na rok. A więc każdy rok spóźnienia w naszych pracach powoduje w przypadku 2 tys. hektarów ogromne straty. Walczyliśmy z czasem, aby móc zaoferować do sprzedaży drewno jak najwyższej jakości i w jak najwyższej cenie. Dzięki temu sprzedaliśmy znaczną część drewna jako tartaczne. Gdybyśmy pozostawili je w lesie na kolejny rok, można byłoby je sprzedać już tylko jako drewno opałowe lub na płyty wiórowe. Każdy kwartał opóźnienia obniżałby tę wartość. Działając szybko, zaoszczędziliśmy grube miliony. Popracowaliśmy nad organizacją pracy. Zatrudnienie w naszym nadleśnictwie zwiększyło się zaledwie o 10 osób (w terenie i w biurze), a pracę, którą wykonaliśmy w tym czasie, realizujemy normalnie przez trzy lata.

Na wyciętych połaciach zasadzono już nowy las?

Posadziliśmy las na ponad 600 hektarach, a więc już prawie 1/3 zniszczonych lasów została odnowiona. Sadzić będziemy jeszcze 2,5 roku. Za 10-15 lat turyści będą już mieli problem z zidentyfikowaniem śladów wichury, bo młodniki sosnowe będą miały wówczas 8-9 metrów.

Czy nowy las zmieni swój charakter. Zawalczycie z sosnową monokulturą?

I tak, i nie. Podjęliśmy kroki, żeby nowe lasy miały bardziej zróżnicowaną strukturę i dzięki temu były bardziej odporne. Oczywiście, w przypadku zjawiska „bow echo” nie ma lasów odpornych. Zbadaliśmy jednak dokładnie jakość siedlisk i na tych lepszych posadziliśmy głównie dęby. Część nawet zasialiśmy, z bardzo dobrym efektem. Te mieszane drzewostany stanowić będą około 10 proc. nowych nasadzeń. Więcej nie możemy ze względu na specyfikę gleb - ubogich i przepuszczalnych.

Ostatnio pojawiły się głosy, że gospodarka leśna jest odpowiedzialna za suszę za sprawą masowych wycinek „do gruntu”.

Takie głosy pochodzą zwykle od osób, które nie znają lasów. Drzewostany, nawet na ubogich glebach, są rodzajem pompy ssącej. Pobierają wodę i ją retencjonują. Obserwujemy, że po usunięciu drzew poziom wody w bagienkach i stawach generalnie się... podniósł. Zatem jest to zjawisko dość złożone. Za chwilę jednak pojawią się młodniki i leśna „pompa” znowu pobierze z nich wodę.

Na terenach dotkniętych katastrofą obowiązywał zakaz wstępu. Już zniesiony?

Tak, na terenie naszego nadleśnictwa znieśliśmy go już we wrześniu, bo zależało nam, żeby ludzie mieli dostęp do ocalałych młodników czy zachowanych fragmentów lasu, gdzie pojawiają się kurki i jagody.

Media obecne terenie przygranicznym. Znamy zasady.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

....
Po artykule wnioskować można że gdyby nie zagranica to nadleśnictwo w butach by zginęło...

Tylko zagraniczne firmy tam były ?.

Może warto było coś wspomnieć o firmach z kraju, które też dniami i nocami tam pracowały..

A nie tylko to, że polskie firmy w maszyny się zaopatrzyły, bo wcześniej było to tylko ich "marzenie".

Żenada...
Dodaj ogłoszenie