39 lat od katastrofy kolejowej pod Otłoczynem. Na stokach leżało ponad 60 ciał

Wojciech PolakZaktualizowano 
Zmiażdżone lokomotywy i wagony
Zmiażdżone lokomotywy i wagony fot. archiwum kolejowe
Mija 39 lat od największej po II wojnie światowej katastrofie kolejowej w Polsce, do której doszło 18 sierpnia 1980 r. w podtoruńskiej Brzozie. Między Brzozą właśnie a Otłoczynem czołowo zderzyły się dwa pociągi.

Katastrofa kolejowa pod Otłoczynem

Przyczyny największej po II wojnie światowej katastrofy kolejowej w Polsce nie są do końca jasne. O godzinie 418 ze stacji Toruń Główny odjechał pociąg pospieszny z Kołobrzegu do Łodzi Kaliskiej. Był on opóźniony ponad pół godziny. Dwie minuty później w kierunku Torunia ruszył pociąg towarowy z Otłoczyna.

Maszynista tego pociągu Mieczysław Roschek minął sygnał nakazujący postój, umieszczony na semaforze wyjazdowym ze stacji w kierunku Torunia Głównego i wskutek rozprucia rozjazdu krzyżowego wyjechał na lewy niewłaściwy tor. Warto dodać, że w normalnych warunkach na wjechanie na lewy tor ("pod prąd") potrzebny jest specjalny rozkaz na piśmie (wydawany za pokwitowaniem).

Oba pociągi zbliżały się do siebie jadąc z naprzeciwka po tym samym torze. Dyżurni ruchu i drużnicy nie mieli żadnej możliwości interweniowania, mimo, że zdawali sobie sprawę z faktu, iż może dojść do katastrofy. Maszyniści nie byli bowiem w tamtych czasach wyposażeni w radiotelefony.

Pociągi zderzyły się ze sobą o godzinie 430. Maszynista pociągu towarowego (który zginął) zdążył mocno zahamować, co zapewne zmniejszyło nieco ilość ofiar. Skutki katastrofy były jednak przerażające. Zginęło 65 pasażerów (dwóch kolejnych zmarło w szpitalu), ranne zostały 64 osoby.

Część osób przeżyła katastrofę, ale zmarła będąc uwięzionymi w zwałach blach i elementów konstrukcyjnych wagonów. Świadkowie wspominają o zakleszczonej w wagonie kobiecie w zakopiańskim swetrze, która przez kilka godzin przytomnie dopytywała się kiedy przyjedzie dźwig i ją wyciągnie. Zmarła o godzinie 910.1

Akcję ratowniczą prowadzono m. in. przy użyciu pociągu ratunkowego, kierowanego przez naczelnika lokomotywowni w Toruniu Kazimierza Janickiego. Uczestniczyli w niej, oprócz odpowiednich służb, także pracownicy toruńskich zakładów pracy, m. in. ślusarze z "Towimoru". Warto dodać, że w zmiażdżonym pociągu zginął Jerzy Sikorski - jeden z pracowników "Towimoru" (Wydział Mechaniczny), jego żona i 2 synów.

Działania wydłużał zakaz używania mechanicznych urządzeń do cięcia blach ze względu na rozlanie się oleju napędowego ze zbiorników lokomotyw, co groziło pożarem lub nawet wybuchem.

Dramatyczne chwile przeżywali toruńscy lekarze. Profesor Waldemar Jędrzejczyk, ordynator oddziału chirurgii ogólnej w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu wspominał:

Niemal natychmiast dowiedzieliśmy się o zderzeniu pociągów. Zapadła decyzja: doktor [Kazimierz] Grzebień z ekipą chirurgów i ortopedów jadą na miejsce wypadku, ja zaś koordynuję prace na miejscu. Miejsce katastrofy było miejscem wielkiego ludzkiego dramatu. Kilkudziesięciu umierających pasażerów, którym nie można było pomóc.

Zobacz jak wyglądało miejsce katastrofy w 2007 roku: Otłoczyn

Najtragiczniejsze były przypadki zmiażdżenia zaklinowanej kończyny. Uratować nieszczęśników mogłaby jedynie natychmiastowa amputacja na miejscu wypadku, ale o tym nie było mowy. Dziś, z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że na miejscu można było zorganizować szpital polowy na bazie istniejącego szpitala wojskowego. Nikt jednak nie był na to organizacyjnie przygotowany, a wypadki potoczyły się bardzo szybko i trzeba było ratować życie tym, którzy mieli szansę przeżycia.

Podczas gdy doktor Grzebień pracował na miejscu tragedii, my w szpitalu organizowaliśmy zespoły interdyscyplinarne. Dzięki zaangażowaniu i ogromnej pracy naszych lekarzy i pielęgniarek uratowaliśmy życie i zdrowie kilkudziesięciu chorych.

W kilka godzin po wypadku przyleciała ekipa rządowa z I sekretarzem KC PZPR Edwardem Gierkiem, premierem Babiuchem i ministrem zdrowia. Byli na miejscu katastrofy i w naszym szpitalu. Ta wizyta wiązała się co oczywiste dla tamtych czasów z propagandą polityczną, ale takŜe z wymierną pomocą w sprzęcie i lekach. […]

Szczególnie utkwił mi w pamięci jeden przypadek. Chłopiec 10-letni ze wstrząśnieniem mózgu i zmiażdżoną prawą kończyną górną. Próba ratowania tej kończyny była heroiczna. Zrekonstruowaliśmy poprzecinane naczynia krwionośne. Doktor Grzebień zszył nerwy i mięśnie. Niestety, w trzeciej dobie po zabiegu chory zaczął wysoko gorączkować. Kończyna była obrzęknięta i z trzeszczeniami podskórnymi, będącymi objawem zgorzeli gazowej. Próby leczenia za pomocą rozległych nacięć i antybiotekoterapii nie odniosły skutku. Musieliśmy amputować kończynę na wysokości stawu barkowego. To też nie pomogło. Zgorzel rozchodziła się wyżej. W końcu trzeba było amputować całą kończynę z łopatką i obojczykiem. Pozostała satysfakcja, że chory przeżył i jak wiem żyje do dzisiaj odpowiednio zaprotezowany.3

A oto nie publikowana (zatrzymana przez peerelowską cenzurę) relacja dziennikarza toruńskich"Nowości" Zbigniewa Juchniewicza: Wąwóz, w którym zderzyły się pociągi, przedstawiał makabryczny widok. Zwłoki leżą na dachach lokomotyw i wagonów, spoczywają na stokach piaszczystego wąwozu. Zewsząd słychać dramatyczne wołania o pomoc, płacz i szlochanie. Są lekarze, sanitariusze, kolejarze, milicja i wojsko.

Właśnie przyjechały ekipy z "Elany", "Towimoru" i "Apatora". Przywiozły ze sobą specjalistyczny sprzęt, piły do cięcia metalu, zestawy palników. Miejsce zdarzenia pokrywa warstwa rozlanego paliwa. Najmniejsza iskra może dopełnić tragedii, powodując eksplozję. W akcji liczą się więc łomy i siła ludzkich rąk. [...]

Szymański mówi, że w pociągu było siedem wagonów, inni nie zgadzają się z nim. Z ich rachunku wychodzi bowiem, że na torze stoi sześć wagonów. Liczymy razem. Wychodzi sześć. Jeszcze raz, dokładnie, bo podjechały pociągi ratownicze i być może mylimy się. Nie, uparcie wychodzi sześć! W końcu ktoś zaczyna liczyć wózki podwozi wagonów. Jest czternaście. A więc Szymański ma rację, pierwszy wagon przestał istnieć! [...]

Przed godziną ósmą na szczycie pod lasem leży już ponad trzydzieści ciał. Nikt nie wierzy, aby liczba ofiar tragedii mogła się powiększyć. Ale po chwili milicjanci i żołnierze przynoszą kolejne zwłoki, niektóre do tego stopnia zmasakrowane, że nawet najtwardsi mężczyźni nie wytrzymują tego widoku. Wymiotują, starają się nie patrzeć. [...]

Ratownicy przystępują do zdejmowania ciał nieżywych pasażerów pozostających jeszcze w pierwszym wagonie. Kilku mężczyzn stoi na ziemi, trzymając wielką brezentową płachtę. Z wysokości kilku metrów co chwila spada w dół ciało. Przed godziną dwunastą na stokach wąwozu leżało ponad sześćdziesiąt ciał.4

Na miejscu katastrofy był też Wiesław Jankowski, pracownik "Towimoru", wkrótce przywódca strajku w tym zakładzie pracy. Oto fragment jego wspomnień: Dnia 19 sierpnia, jak zwykle latem, jechałem do pracy motocyklem. Wyruszyłem z domu w Otłoczynie około 6.15. Jadąc, ujrzałem w pewnym momencie wzgórze, za którym znajdowała się Brzoza, i zrozumiałem, że musiało się tam wydarzyć coś niebywałego Ujrzałem bowiem wiele strażackich samochodów, choć pożaru w lesie nie widziałem.

Gdy zatrzymałem i udałem się w kierunku torów kolejowych, była godzina 6.20. W lesie znajdowało się mnóstwo ludzi, lecz panowała jakaś dziwna cisza. ZbliŜając się do torów zobaczyłem dachy wagonów osobowych. Podszedłem do skarpy wąwozu, którym biegły tory i skierowałem się w stronę lokomotyw sczepionych zmiaŜdŜonymi przodami.

W oknie jednego z wagonów ujrzałem wiszące zwłoki dwojga młodych ludzi - nie mogłem pojąć, dlaczego znajdowały się w takiej pozycji. Na dachu następnego wagonu leŜała na brzuchu nieŜywa kobieta w szarej spódnicy. Doszedłem do miejsca, gdzie w piaskową skarpę wbity był pierwszy wagon. Spod tego wagonu wyszedł…kolega ze szkoły podstawowej - Edward Malicki, jechał tym pociągiem z Torunia. Był rosły, dobrze zbudowany. Zbliżył się do mnie ze zmienioną i bladą twarzą.

"Pod tym wagonem jest jeszcze jeden wagon, w którym znajduje się wielu Ŝywych ludzi - powiedział - ale nie można ich wydostać." Usiadł na skarpie. Wróciłem do motocykla, dojechałem do "Towimoru"- z bramy wyjeżdżał samochód z fachowcami od cięcia stali. Nie mogłem pracować, modliłem się za tych ludzi.

Wieczorem spotkałem ówczesnego proboszcza z Otłoczyna - księdza Ryszarda Kwiatkowskiego. Opowiadał, że o godzinie 11.00 przyjechał na miejsce katastrofy, niewielu uczestników wypadku dawało oznaki życia i udzielał sakramentu namaszczenia, przeważnie pośmiertnie.5

Przyczyny katastrofy badały później dwie niezależne komisje: rządowa i powołana przez PKP. Osobne dochodzenie prowadziła Prokuratura Wojewódzka w Toruniu. Ustalono m. in., że maszynista Mieczysław Roschek w momencie katastrofy pracował już 25 godzin bez przerwy. Było to możliwe, bowiem w Toruniu Roschek okazał dyspozytorowi lokomotywowni sfałszowaną dokumentację z której wynikało, że nie wyczerpał on dopuszczalnego limitu czasu pracy w wysokości dwunastu godzin. Chciał po prostu więcej zarobić….

Hipoteza tłumacząca tragedię przemęczeniem maszynisty jest bardzo prawdopodobna: Od Otłoczyna Roschek prowadził pociąg z pełną świadomością, stopniowo zwiększając prędkość. Co więcej, w swych dokumentach odnotował on godzinę odjazdu z bocznicy w Otłoczynie, ale dlaczego nie zauważył, że jedzie po lewym torze? A może zauważył i uznał to za normalne? Wszak nie wyłączył jednego reflektora, czyli myślał, że jedzie po... jednotorowej trasie.

Takiej, jakich kilka wychodzi ze stacji w Chojnicach, gdzie w tamtejszej Lokomotywowni PKP był zatrudniony. W rejonie Chojnic tory obu tras wiodą miejscami obok siebie, tworząc złudzenie linii dwutorowej. Roschek, zmęczony 25-godzinną pracą, mógł więc uznać, że wyjeżdża nie z Otłoczyna, lecz z Chojnic. Nawet lasy są tu i tam takie same...

Złudzenie zmęczonego Roscheka, jeśli przedstawiona tu hipoteza rzeczywiście była przyczyną katastrofy pod Toruniem, kosztowało życie 67 ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci.6
[...]
Dnia 21 września 1980 r. w miejscu katastrofy została odprawiona msza św.

Katastrofa kolejowa w Brzozie Toruńskiej (zwana też katastrofą pod Otłoczynem) wydarzyła się podczas trwania strajków Sierpnia 1980 r. Wstrząsnęła ona społeczeństwem naszego regionu i całego kraju.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 15

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

S
Szał

Po raz kolejny zbywa się pytanie o przyczyny katastrofy zmęczeniem maszynisty Roschka. Miał doznać halucynacji po 25 godz. pracy i ruszyć na czerwonym świetle lewym torem. Tyle że w lokomotywie był jego pomocnik, który dopiero rozpoczął służbę. Czy dwóch ludzi mogło jednocześnie zwariować.?

K
Keram.

Tylko współczuć i pamiętać o tych co zginęli
Tak porównując to jak jest różnica między tą katastrofą a smolenską?
Czy ktokolwiek otrzymał od Państwa Polskiego jakieś odszkodowanie nie wspominając wnuków?

E
Ewa

Kazda katastrofa pozostawia slad w ludzkiej psychice i sercu.Tego się nie da zapomnieć.Zawsze trzeba pamiętać o tym co wydarzyło się w Otłoczynie bo to jest nie tylko wspomnienie katastrofy ale głownie pamięć o tych co zgineli.Ci co ocaleli do końca zycia nie zapomną.

G
Gość

Nie, no kto by zakazywał? Wystarczy uczcić miesięcznicami i jaki pomnik postwić, no może jeszcze jakie ulice ponazywać im. Bochaterów katastrofy kolejowj...

G
Gość

I kreci cie odswierzanie starych tematow? Bylo minęło

g
gdyn

Kilka osób na pamiątkowej tablicy i w Wikipedii nie ma podanego wieku – czy to był wówczas jakiś problem? A obecnie?

 

P
Piotr

"drużnicy"? Analfabeci pracują w tej redakcji???
:-/

k
krystyna
Tam to dopiero było złodziejstwo, ci ktorzy ocaleli kradli co mogli poszkodowanym. A na miejscu prędzej zjawili się złodzieje niż karetki pogotowia i policja. Rosjanom się dziwimy, a sami lepsi nie jesteśmy.

Myślę że osoba która to napisała nie wie co tam się działo.Szok ,strach i krajobraz jak po bitwie.Tylko hiena żeruje w takiej sytuacji.Pierwszymi ratownikami byli właśnie Ci pasażerowie którzy byli mniej poszkodowani.Musieli radzić sobie sami słuchać jęków rannych i próżb o wydobycie ludzi zaklinowanych. Na prawdziwą akcję ratowniczą musieliśmy trochę poczekać. Człowieku ciesz się że tam nie byłeś.
K
Kvojniak

wypadałoby przyponieć,ze akcje ratowniczą prowadzili w p;ierwszej kolejności strazacy z zawodowej straży pożarnej w Toruniu.Wojewódzkie stanowisko kierowania zadysponowało ekipy medyczne,ratownicwa techn icznego w tym ekipy z aparatura do ciecia metali,P:ierwszymi czynnosciami ratowniczymi strazaków i żołnierzy kierował por.Krystian Tabaczyński - oficer dyżurny WSK strazy pożarnej.To jego proszę zapytać o to jak gołymi rekoma strażacy darli kamienie między podkładami aby uruchomić podnosnik pneumatyczny.Pociąg ratunkowy i ekipy kolejarskie dotarły na miejsce ok godz 10-tej.Troche mnie dziwi,ze dzisiaj zapomnieli oni,iz to była katastrofa kolejowa .
Pan Marszałek Województwa umieści ich w czołowce honorowych gości,podczas obchodów 30 rocznicy.A gdzie ratownicy?

j
janek

Po pierwsze to nie był pociąg pospieszny z Kołobrzegu do Łodzi Kaliskiej, tylko osobowy z Torunia do Łodzi Kaliskiej, w składzie którego były wagony z Kołobrzegu.
Po drugie dróżnicy (tak podaje słownik) nie mogli zareagować, bo takowych nie było - na odcinku Brzoza Toruńska - Otłoczyn nie ma żadnego strzeżonego przejazdu kolejowego, a takowe właśnie obsługują dróżnicy.
Po trzecie maszynista pociągu towarowego zredukował prędkość zaledwie o kilka kilometrów na godzinę, co nie miało prawie żadnego znaczenia na skutki, bo sumaryczna prędkość przy zderzeniu wyniosła prawie 120km/h, co przy wieleset tonowych masach obu pociągów miało znaczenie decydujące.

G
GOŚĆ

DOCHODZENIE BYŁO W SPOKOJU BEZ ŻADNYCH AFER I DYMISJI RZĄDU. A TERAZ??

G
Gość

a są jakieś fotki z tamtych lat???

R
Roman

cyt.Ta wizyta wiązała się co oczywiste dla tamtych czasów z propagandą polityczną, ale tak?e z wymierną pomocą w sprzęcie i lekach.

Jak można być tak głupim zeby pisać o propagandzie politycznej.Tak samo jest dzisiaj,też w takich przypadkach jedzie premier lub wjewoda bo to jest ich obowiazek.

R
Remi

A skąd Ty to wiesz. Może byłeś tam i kradłeś z innymi.

J
Jura

Tam to dopiero było złodziejstwo, ci ktorzy ocaleli kradli co mogli poszkodowanym. A na miejscu prędzej zjawili się złodzieje niż karetki pogotowia i policja. Rosjanom się dziwimy, a sami lepsi nie jesteśmy.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3