Hubert Hurkacz: Mówili o nim, że jest za grzeczny na gwiazdę. Dotarł do półfinału Wimbledonu [SYLWETKA]

Hubert Zdankiewicz
Hubert Zdankiewicz
Hubert Hurkacz jest od poniedziałku 11. tenisistą świata
Hubert Hurkacz jest od poniedziałku 11. tenisistą świata GLYN KIRK/AFP/East News
Jedni wchodzą na sportowe salony razem z drzwiami, inni powoli, krok za krokiem. Tak jak Hubert Hurkacz, choć ostatnio jego marsz na szczyt ostro przyspiesza. Nie wygrał Wimbledonu, ale i tak ma za sobą najlepszy wielkoszlemowy występ w karierze.

Za grzeczny. Zbyt spokojny. Brakuje mu siły przebicia - takie opinie o bohaterze tego tekstu wygłaszali jeszcze niedawno nie tylko kibice, ale również tenisowi eksperci. Zupełnie jakby w tym sporcie (podobnie jak w innych) szanse na sukces mieli tylko nieokrzesani barbarzyńcy pokroju Johna McEnroe, albo kortowe cyborgi jak Rafael Nadal i Novak Djoković. Względnie artyści na miarę Rogera Federera. Coś w tym faktycznie jest, a bezczelność i wielki talent na pewno pomagają, zwłaszcza jeśli są poparte ciężką pracą. Pracowitości i talentu nikt nigdy Hurkaczowi nie odmawiał. Za to charakteru...

Setka w Melbourne

Po części on sam dawał ku temu powody, bo jego zawodowa kariera była pasmem wzlotów i upadków. Tych ostatnich było nawet więcej. Zwłaszcza w turniejach Wielkiego Szlema, w których granicą nie do przejścia była dla niego do niedawna trzecia runda, a porażki z niżej notowanymi rywalami stawały się smutną codziennością. Tak było chociażby w lutym tego roku w Melbourne, kiedy odpadł z Australian Open już w pierwszej rundzie, po porażce ze Szwedem Mikaelem Ymerem. W pełni zasłużonej, bo „popisał” się w tym meczu rzadkim wyczynem, popełniając w sumie aż 100 niewymuszonych błędów!

Porażki tym bardziej dotkliwej, że rozpoczął bieżący sezon znakomicie, od zwycięstwa w turnieju ATP w Delray Beach na Florydzie. Nieźle spisał się (w singlu i deblu) w poprzedzającym Australian Open ATP Great Ocean Road Open w Melbourne. - To dla polskich kibiców bardzo przykra niespodzianka. Po losowaniu byłem o pierwszą rundę spokojny. Myślałem, że może Hubert straci seta, ale nie mieściło mi się w głowie, że tak to się skończy - skomentował porażkę młodszego kolegi po fachu Wojciech Fibak. - Dlaczego przegrał? Rozmawiałem o tym meczu z wieloma osobami, które znają i czują tenis. I wszyscy mówią to samo: Brakuje mu ognia. W ważnych momentach zbyt często bywa bierny, apatyczny i dlatego te mecze mu uciekają - dodał singlowy ćwierćfinalista i deblowy mistrz Australian Open.

Miami to tylko mały krok

Ten sam Fibak wielokrotnie powtarzał co prawda również, że jest wielkim fanem Hurkacza i ma nadzieję, że ten w końcu pokaże na co go stać. Jako jeden z nielicznych uważał go również za faworyta w meczu z Rogerem Federerem (o tym za chwilę). Powodów do optymizmu ciągle jednak brakowało, choć pierwszą jaskółką lepszych czasów było zwycięstwo Huberta w rozgrywanym na przełomie marca i kwietnia turnieju Miami Open. Został pierwszym w historii Polakiem, który triumfował w imprezie rangi ATP Masters 1000.

Nie zabrakło oczywiście malkontentów, których zdaniem skorzystał na nieobecności „Wielkiej Trójki”, bo z rywalizacji na Florydzie zrezygnowali Djoković, Nadal i Federer. Większość cieszyła się jednak przede wszystkim z tego, w jakim stylu wygrał, a i pokonani przez niego rywale „ogórkami” nie byli. Znaleźli się wśród nich m.in. Grek Stefanos Tsitsipas (5. wówczas tenisista w rankingu ATP) Rosjanin Andriej Rublow (światowy nr 8) i Kanadyjczyk Denis Shapovalov (nr 11).

- Miami to tylko jeden mały krok - obiecywał na łamach Eurosportu amerykański trener Hurkacza, Craig Boynton (w przeszłości szkoleniowiec m.in. Jima Couriera, Mardy’ego Fisha, Johna Isnera, Sama Querreya). Na kolejny trzeba było jednak trochę poczekać, bo wiosna w wykonaniu jego podopiecznego była niezbyt udana, do czego przyczyniły się problemy ze zdrowiem. Amerykański „New York Times” sugerował nawet, że zachorował na koronawirusa, choć akurat te doniesienia okazały się nieprawdziwe.

Co nie zmienia faktu, że pomiędzy Miami, a trwającym właśnie Wimbledonem wygrał w sumie tylko jeden mecz (w Monte Carlo). Mało tego, podczas majowego turnieju w Rzymie (tego samego, który w rywalizacji kobiet wygrała w pięknym stylu Iga Świątek) musiał skreczować w trakcie spotkania z Lorenzo Musettim. Grający z dziką kartą reprezentant gospodarzy prowadził 6:4, 2:0, gdy Hurkacz zdecydował, że nie ma już siły na dalszą walkę. Nie grał do tego czasu źle, ale co z tego...

Na pierwszej rundzie zakończył udział również w wielkoszlemowym Roland Garros. Przegrał ze 154. na świecie Holendrem Botikiem van de Zandschulpem, który dostał się do głównej drabinki z kwalifikacji. Nie wyglądało to dobrze.

I tylko wspomniany już Fibak apelował na naszych łamach o cierpliwość. - Po Miami mówiłem głośno, żebyśmy nie oczekiwali od Huberta takiej gry w każdym kolejnym turnieju. Zwłaszcza tych na kortach ziemnych. Na mączce będzie czekać na niego cała masa „terrierów”, z różnych części świata, którzy będą chcieli z nim wygrać. On niby się na niej wychował, potrafi się ślizgać, ale potrafi też przegrać na niej z 17-letnim juniorem (Maksem Kaśnikowskim - red.) podczas mistrzostw Polski w Bytomiu. Na mokrym, grząskim korcie ziemnym nie brakuje tenisistów, nawet spoza pierwszej setki czy dwusetki rankingu ATP, którzy mogą być dla niego zagrożeniem w takich warunkach. Co nie znaczy oczywiście, że - z całym dla nich wszystkich szacunkiem - Hubert nie jest sto razy lepszym tenisistą. Wierzę, że on się odrodzi, ale z marzeniami będziemy mogli poszaleć, gdy rywalizacja przeniesie się na korty trawiaste i twarde - podkreślał. Jak widać słusznie, choć przed Wimbledonem wyniki Hurkacza również nie powalały na kolana. W rozgrywanych na trawie turniejach w Stuttgarcie i w Halle odpadał już po pierwszych meczach. Za to w Londynie...

Przypomniał się Sampras

W tegorocznym Wimbledonie wrocławianin zagrał w końcu tak, jak w Miami. A może nawet lepiej, bo po zwycięstwie w 1/8 finału nad Daniiłem Miedwiediewem niektórzy zaczęli porównywać go do legendarnego Pete’a Samprasa (siedmiokrotnego mistrza z Londynu) - tak dobrze serwował i z taką swobodą operował wolejem.

W tamtym spotkaniu przekonaliśmy się również po raz kolejny, że o wielkich rzeczach w sporcie decyduję czasem łut szczęścia. Rozpoczęło się w poniedziałek, na korcie numer dwa, ale z powodu padającego deszczu nie udało się go dokończyć. Z korzyścią dla Hurkacza, który zaczął mocno stremowany i w pierwszym secie był tylko tłem dla wicelidera rankingu ATP. Wygrał co prawda (po tie-breaku) drugiego, ale w kolejnym górą znów był Rosjanin, a w chwili przerwania gry od porażki dzieliły go tylko trzy gemy.

Mecz dokończono we wtorek na korcie centralnym, a Polak, który - co sam przyznał po ostatniej piłce - spędził pół nocy na rozmowach ze swoim sztabem, zagrał koncertowo. Miedwiediew sprawiał wrażenie wręcz oszołomionego tym, co wyprawiał (patrz wyżej).

Mimo wszystko mało kto wierzył, że będzie w stanie pokonać Federera. Powalczyć owszem - w to, że wręcz zdeklasuje ośmiokrotnego mistrza Wimbledonu nie wierzył jednak chyba nikt. Od 2002 roku Szwajcar nie przegrał przecież w Londynie meczu w trzech setach, a seta do zera przegrał w XXI wieku tylko raz: z Nadalem w finale Roland Garros, w 2008 roku.

- On był dzisiaj po prostu za dobry. Wiadomo, że Federer nie jest teraz w szczytowej formie, ale Hurkacz choć raz sprawił, że wyglądał zwyczajnie - podsumował jego występ, w rozmowie z Eurosportem słynny Mats Wilander, były numer jeden męskiego tenisa, dziś telewizyjny ekspert. - To naprawdę dobry tenisista - dodał Szwed.

Już nie tylko o sporcie

Czy aż tak dobry, by wygrać cały turniej? W tym roku się nie udało, bo nie sprostał w półfinale Włochowi Matteo Berrettiniemu. Swoje zrobiła debiutancka trema, bo na tym etapie w Wielkim Szlemie nigdy wcześniej nie zagrał. Mimo wszystko zasłużył na wielkie brawa. - To wisiało w powietrzu, że Hubert w końcu odpali i znów będzie groźny dla najlepszych - komentował Fibak.

- Na korcie centralnym Wimbledonu, w Mekce tenisa, ma wolniejszą piłkę i gra winnera. Jest niezwykle odporny psychicznie. Ponadto gra bardzo agresywnie. Gdy tylko nadarzy się okazja, zmierza do siatki- wyliczał (w rozmowie z WP Sportowej Fakty) Mariusz Fyrstenberg, kapitan polskiej kadry, a w przeszłości czołowy deblista świata, finalista US Open i Masters.

Na pewno możemy być pewni jednego - po Wimbledonie definitywnie skończyły się czasy gdy Hurkacz będzie pojawiał się tylko na czołówkach rubryk sportowych w gazetach i internetowych portalach. Przedsmak mieliśmy już po Miami, gdy jego karierze i życiu przyjrzała się m.in. „Viva”.

Będzie czemu, bo niewiele na razie wiemy. Poza tym że urodził się w 1997 roku we Wrocławiu i ma młodszą siostrę Nikę, z którą czasem publikuje zdjęcia na Instagramie. No może jeszcze to, że pochodzi ze sportowej rodziny. Jego dziadek grał w siatkówkę, za to wujkowie, rodzice i siostra również postawili na tenis, (a mama Zofia ma nawet w dorobku medal mistrzostw Polski). Od kilku lat jest weganinem i jak twierdzi, bardzo mu służy taka dieta. Kiedyś zdradził również, że uwielbia filmy akcji i książki sensacyjne, na przykład Roberta Ludluma.

Można powiedzieć, że teraz to on sam pisze nam niezłą powieść sensacyjną. Oby z jak najszczęśliwszym zakończeniem...

Hubert Hurkacz o swoim występie na Wimbledonie: Dojście do półfinału tak wielkiej imprezy dodaje pewności siebie

Wideo

Materiał oryginalny: Hubert Hurkacz: Mówili o nim, że jest za grzeczny na gwiazdę. Dotarł do półfinału Wimbledonu [SYLWETKA] - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie