Ignacy Głowiński - rysownik "Dziennika Bydgoskiego", postać nietuzinkowa

Jolanta Zielazna
Jolanta Zielazna
Przedwojenny leicowiec złapał Ignacego Głowińskiego i towarzyszącą mu kobietę na Moście Teatralnym w Bydgoszczy. Nie wiemy, kto towarzyszy rysownikowi Zbiory rodzinne
Ignacy Głowiński przede wszystkim był rysownikiem. Współpracował z gazetami w Bydgoszczy, Toruniu, Poznaniu. Próbował sił jako wydawca, projektant. Jest dość tajemniczą osobą.

- Ignacy Głowiński był przyjacielem naszego domu, duchowo się wspieraliśmy - mówi ponad 80-letni dziś Olgierd Czarnecki z Poznania. Ignacego pamięta nie tylko ze swojego dzieciństwa. Kontakt trwał do śmierci rysownika w 1988 roku.

Olgierd Czarnecki chce podzielić się wspomnieniami z okresu okupacji o osobie, którą znał i uważał za nietuzinkową. Znalazł w internecie nasz tekst z 2008 roku. Pisaliśmy wtedy o Ignacym Głowińskim - rysowniku, karykaturzyście, który od połowy 1924 do marca 1926 roku związany był z "Dziennikiem Bydgoskim". Wtedy informacji o nim dostarczył nam Krzysztof Motoczyński. Ignacy był jego wujem - bratem matki. W rodzinie Motoczyńskich zachowało się wiele prac Ignacego, m.in. rysunki, szkice, projekty okolicznościowych laurek, zdjęcia. Część z nich mogliśmy wówczas Czytelnikom pokazać.
Był grafikiem, ilustratorem, krótko wydawcą. Postać to tajemnicza, w jej życiorysie pełno luk, które trudno wypełnić. Nawet w rodzinie o wielu sprawach nie było wiadomo.

Sprawdź

Głowiński - krajan spod Wąbrzeźna

Ignacy Głowiński urodził się w Kurkocinie (gm. Dębowa Łąka, pow. wabrzeski) 14.07.1896, zmarł w Poznaniu 20.04.1988, pochowany jest w Wielkich Radowiskach (gm. Dębowa Łąka). Imię dostał po ojcu, matka to Weronika z domu Brodowska. Ignacy był najstarszy z 8 dzieci, dwoje rodzeństwa zmarło krótko po urodzeniu.

Wiadomo, że Głowiński studiował w Gdańsku, ale to jedyna informacja na ten temat.

W "Dzienniku Bydgoskim" stworzył cykl karykatur politycznych - satyryczne rysunki z komentarzem. Nie wszystkie są sygnowane nazwiskiem. Rysował także m.in. portrety różnych osobistości, ilustrował bieżące wydarzenia. Stworzył galerię "Typy bydgoskie" - serię karykatur pokazujących znane w mieście postaci" oraz podobną serię "Kto to?".

Po rozstaniu z "Dziennikiem Bydgoskim" w Toruniu miał swój zakład graficzny (ul. Szeroka 11), rysował dla "Dnia Pomorskiego". W 1934 roku zaczął wydawać "Dzwony Niedzielne". W rodzinie Motoczyńskich były dwa numery tego pisma. Projektował przedmioty codziennego użytku ozdobione kaszubskimi motywami. Jaki był dalszy los projektów? - pytanie zostaje bez odpowiedzi.

Wiadomo, że po wojnie pracował w Poznaniu, w tamtejszych Zakładach Sprzętu Ortopedycznego, prawdopodobnie do emerytury. A w 1946 roku dla "Ekspressu Poznańskiego" rysował historyjki "Magda Plenc i jej Duda", pisał także wiersze.

Pomagał w czasie okupacji

Właśnie poznańskiego okresu w życiu Ignacego Głowińskiego dotyczą wspomnienia Olgierda Czarneckiego z Poznania.

Rodzina Czarneckich wywodzi się z Bydgoszczy, jej korzenie sięgają tu XVIII wieku. Z Bydgoszczy do Gruczna przeniósł się dziadek p. Olgierda, Antoni. Tam urodził się m.in. Leon, ojciec mojego rozmówcy. Jak i kiedy Leon trafił do Poznania - tego pan Olgierd nie wie. Dopiero niedawno dowiedział się, że ojciec brał udział w powstaniu wielkopolskim (służył w sztabie). Antoni dołączył do syna, gdy ten już mieszkał w Poznaniu.

- Mam 88 lat, pamiętam nie tylko czasy wojny, ale i przed wojną - mówi Olgierd Czarnecki. - Chcę podzielić się swoimi wspomnieniami o Ignacym Głowińskim.
- Dziadek mieszkał na Wildzie, na Wierzbięcicach - wspomina pan Olgierd. - Ignacy Głowiński też tam mieszkał. To dziadek najpierw go poznał i do nas przyprowadził.

Rysownik odwiedzał rodzinę w czasie wojny, mimo że Czarneckich okupant trzy razy wyrzucał z mieszkania. - Lubił do nas przychodzić, dużo nam pomagał.
Jak dziecko pan Olgierd nie we wszystko był wtajemniczany, części spraw mógł się domyślać. Pamięta, że Ignacy dobrze mówił po niemiecku. Wie na pewno, że w czasie wojny ratował ich kartkami żywnościowymi. Konkretnie - ratował starszą siostrę pana Olgierda. - Ona w czasie wojny ukrywała się, nie pracowała. A jeśli nie pracowała - nie miała kartek - wyjaśnia. - Ignacy jakoś załatwiał jej te kartki. Chyba pałał do niej sympatią.

Malarstwo kochał ponad wszystko

Głowiński po cichu dzielił się też z Leonem Czarneckim wiadomościami z słuchanych potajemnie audycji radiowych, szczególnie tych z Londynu. Słuchanie radia w czasie okupacji było największym przestępstwem. Nawet posiadanie odbiornika było zakazane. - Potem się dowiedziałem, że chyba w piwnicy ukrywał to radio. Bardzo ryzykował.

Pan Olgierd wspomina dalej: - Któregoś razu Głowiński został wezwany na Gestapo. Był przerażony, spodziewał się najgorszego. Bał się, że ktoś go zadenuncjował. Tymczasem chodziło o jakąś inną, błahą sprawę i wyszedł stamtąd.
- Był świetnym rysownikiem. Do dziś mamy narysowany przez niego kredkami portret mojego dziadka Antoniego. To rodzinna pamiątka. Zrobił też portret mojemu ojcu.

- Po wojnie moje drogi z Ignacym Głowińskim trochę się rozeszły, ale dalej przychodził do rodziców. Kolekcjonował obrazy, był w nich wręcz zakochany. Szukał żony, która by akceptowała jego miłość do sztuki.
Podobno znalazł taką, ale małżeństwo długo nie przetrwało. To kolejna tajemnica w życiu rysownika.
- Na Wierzbięcicach miał dwa pokoje we wspólnym mieszkaniu. Jeden był obwieszony obrazami. Sam jednak żył bardzo skromnie.
Wolny człowiek
Kontakty obu panów stały się znów częstsze pod koniec życia Ignacego. - U niego było bogactwo w domu, w postaci tych obrazów, a bieda w garnku - podsumowuje pan Olgierd. - Chorował, nosiłem mu jedzenie. Chciał, bym sprzedał któryś z jego obrazów, ale ja na tym nie znałem się.

Ignacy zmarł 20.04.1988 roku. Pochowany jest w Wielkich Radowiskach. Została tylko niewielka część jego spuścizny, brakuje dokumentów.
- Miałem kontakt z jego siostrą, Heleną. Ona też już nie żyje.

Tyle wspomnień pana Olgierda. To, co mówi o Ignacym Głowińskim, potwierdza opinie o rysowniku, które przytoczyliśmy w artykule sprzed 13 lat. Wówczas pan Michał, który pracował razem z Ignacym w Poznańskich Zakładach Sprzętu Ortopedycznego, zapamiętał go jako życzliwego, uprzejmego, uśmiechniętego człowieka. Siostrzeniec Krzysztof Motoczyński mówił o swoim wuju: - Zawsze w garniturze, zawsze elegancki. Wolny człowiek, artysta.
I taki pozostał.

Drożyzna nad Bałtykiem. Lepiej wyjechać za granicę?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie