Kącik Moja Wieś. Życie na wsi kontra życie w mieście [czekamy na listy!]

Małgorzata Lewandowska
Autorka listu - pani Małgorzata Lewandowska ze swoim pupilem
Autorka listu - pani Małgorzata Lewandowska ze swoim pupilem nadesłane
Sześć lat temu spełniliśmy z mężem swoje marzenie i przeprowadziliśmy się z miasta na wieś. Nadarzyła się nam okazja, decyzję musieliśmy podjąć niemalże natychmiast.

Napiszcie o swojej wsi

Napiszcie o swojej wsi

"Moja wieś" to kącik w serwisie, w którym będziemy publikować prace naszych Czytelników. Napiszcie jak Wam się tam pracuje, odpoczywa. Za co cenicie Waszą wieś najbardziej, a co należałoby w niej zmienić?

Najciekawsze prace opublikujemy, a ich autorom wyślemy drobne upominki. Czekamy na maile.

Adres: [email protected] Nie zapominajcie o podaniu adresu, pod który będziemy mogli wysłać upominek.

Redakcja

W tamtym okresie nie mieliśmy znajomych na wsi, nie było, więc żadnego punktu odniesienia. Byliśmy ogromnie podekscytowani zrealizowanym marzeniem, ale jednocześnie w głowach mieliśmy mętlik. Czy damy radę, jak to będzie, nasuwało nam się mnóstwo obaw, pytań, rozterek. Nie mieliśmy do kogo się z nimi zwrócić.

Sześć lat - nie jest to zbyt długi okres, wystarczający jednak, by móc doradzać innym zwłaszcza tym, którzy chcą, ale się boją...

Dziś wiem, że przeprowadzając się podjęliśmy najlepszą decyzję w naszym życiu. Pokuszę się, zatem o porównanie jakości życia w mieście i na wsi. Pomimo mojego wielkiego oczarowania sielskim klimatem, analizę postaram się dokonać obiektywnie - dostrzegając zarówno plusy, jak i minusy.

Pozytywnych stron jest zdecydowanie więcej, od nich zatem rozpocznę:

Zdrowie - bardzo ważny aspekt. Od sześciu lat nie chorujemy. Nie należeliśmy przedtem do zbyt chorowitych osób, ale przynajmniej raz w roku trafiały nam się przeziębienia. Odkąd zamieszkaliśmy na wsi skończyły się problemy z brakiem odporności. Wynika to przypuszczam z faktu, iż bardzo dużo czasu spędzamy na powietrzu (czystym!!!) w różnych temperaturach, dzięki czemu zahartowaliśmy się.

- Aktywność fizyczna - dom na wsi zmusza do całorocznej aktywności fizycznej. Jeśli chcemy mieć ładny ogródek to musimy się liczyć z tym, że od marca do listopada będziemy w nim ciężko pracowali. Posiadamy 5 000 metrów ziemi, głównie pokrytej trawą. Z roku na rok przybywa nam kwiatów, krzewów, iglaków, jest też warzywniak. Wszystko to wiąże się z harówką! W sezonie letnim średnio raz na tydzień, w najgorszym wypadku, raz na dwa należy kosić trawę. W przypadku takiej powierzchni jak nasza - jest to dwudniowa bieganina w upale z kosiarką. W przerwach między cyklicznymi koszeniami trzeba pielić. Jeśli tego się nie zrobi to szlak trafi efekt wizualny naszych starań, ale co gorsza z roku na rok będziemy mieli coraz więcej chwastów. Jeśli usuwa się je zanim wysieją nasiona, to istnieje szansa, że utrzymamy ich ilość na umiarkowanym poziomie. O tym, aby się ich pozbyć dokumentnie można jedynie pomarzyć. Poza koszeniami i pieleniem dochodzi nawożenie, podlewanie, rozsadzanie roślin, wkopywanie nowych nabytków, leczenie chorych roślinek...

Wiosną i latem pracy jest niewspółmiernie więcej niż czasu, który możemy na nią poświęcić. Jesień to czas zbiorów i porządków w ogrodzie. Tym razem wykopujemy niektóre cebulki, byliny, zabezpieczamy wrażliwe roślinki na zimę, chowamy meble ogrodowe. Jeśli posiadamy drzewa owocowe - zbieramy owoce, w warzywniaku - jak sama nazwa wskazuje warzywa, zbieramy też nasiona roślin na przyszły rok. W przerwach między zaprawami wypada pobiegać po lesie w poszukiwaniu grzybów, gdyż rodzina i znajomi nie wybaczą nam, jeśli jak co roku nie dostaną od nas grzybków.

Przychodzi zima - wydawać by się mogło, czas błogiego siedzenie przed kominkiem. Nic bardziej mylnego! Zima - to śnieg, a śnieg to odśnieżanie. Nasz zaprzyjaźniony sąsiad mawia - "posiadanie rodzi cierpienie". Mamy bardzo długi wjazd na posesję, prowadzący do niemniej długiego wjazdu do garażu. Jest też spory ganek... Wszystko to wymaga odśnieżania! Trzeba to robić systematycznie, bo może się zdarzyć, że któregoś dnia nie wyjedziemy do pracy. Wjazd przed posesją musi być dostępny nie tylko ze względu na nas, ale dla listonosza i dla firm wywożących odpady.

W garażu mają dom cztery koty przybłędy. Przy wysokim śniegu mają problemy z chodzeniem po działce. Wspaniałomyślnie, więc co roku toruję im w śniegu ścieżki na całych 5 000 metrów. Sądzę, że już dawno zasłużyłam na "złotą szuflę".

Z mojego opisu faktycznie może wynikać, że posiadanie rodzi cierpienie. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Nam ciężka praca fizyczna sprawia przyjemność, dodaje wigoru i poczucia, że zrobiło się samemu coś pożytecznego. Mając pieniądze można zlecić firmie dbałość o ogród - ale czy dostarczyłby nam to wtedy dumy i satysfakcji?

Ciągła aktywność to przyczynek do zdrowia i dobrej kondycji fizycznej.
- Przyjaźń sąsiedzka - ludzie na wsi odczuwają prawdopodobnie silniejszą chęć jednoczenia się, bratania i udzielania sobie wzajemnej pomocy. Być może nie wszędzie tak jest, bynajmniej u nas wszyscy się przyjaźnią, w każdej sytuacji możemy na siebie liczyć. Nie ma żadnej bariery pomiędzy "przybyszami z miasta" a "tubylcami" (nie lubię tego określenia, ale inne nie przychodzi mi do głowy). Owi tubylcy to najczęściej prości ludzie, ale z wielką mądrością życiową i jeszcze większym sercem.

Przebywając wśród dobrych ludzi, będąc zaskakiwana ich bezinteresownością i dobrocią mam wrażenie, że stałam się lepsza...

- Twórczy rozwój - zarówno dom jak i ogród zmuszają nas do twórczego myślenia. Przenosząc się, najczęściej z bloku, mamy do czynienia z o wiele większą i zupełnie inną powierzchnią do zaaranżowania i zagospodarowana. Nie każdy rodzi się projektantem, nie każdego na niego stać. Im mniej mamy środków finansowych, tym bardziej twórczo myślimy. Sztuką jest, bowiem zaplanować od zera powierzchnię na przykład 5 000 metrów tak, aby była miła dla oka, by zawierała wszystko to, o czym marzyliśmy i do tego, aby z roku na rok wymagała coraz mniej pracy. Opracowanie takiej koncepcji i wcielenie jej w rzeczywistość wymaga nie lada wyobraźni i pomysłowości. Dużą pomoc w tej kwestii stanowią fachowe pisma. Sięgając po nie i wczytując się w literaturę budowlaną, czy też ogrodową poszerzamy swoje horyzonty. Kilka lat temu nigdy bym siebie nie podejrzewała o to, że będę z wielkim zaangażowaniem uczestniczyła w dyskusjach na temat nawozów - Ba! - Że będę je sama robiła!!! Dom z ogrodem, to nie wątpliwie wyzwanie. Bez względu na to, czy robimy wszystko samodzielnie, czy też zlecamy firmie to w mniejszym, lub większym stopniu angażujemy się, zdobywając w ten sposób nową olbrzymią wiedzę.

- Poszerzanie wiedzy przyrodniczej - na wsi zewsząd otoczeni jesteśmy przyrodą. W miarę upływu czasu zaczynamy coraz więcej dostrzegać i interesować się naszym środowiskiem. Biblioteki domowe wzbogacają się w szybkim tempie o atlasy ptaków polskich, drapieżników, krzewów, drzew, kwiatów ogrodowych, grzybów, itp. Bardziej dociekliwi nabywają kolejne książki - nieco bardziej ukierunkowane - o bocianich zwyczajach, nietoperzach, gryzoniach polskich, o motylach bądź o amatorskim lęgu kur.

Przy takiej literaturze nic nas już nie zaskoczy. Widząc np. nieznanego do tej pory ptaszka - sięgamy po atlasik i już nasza ciekawość jest zaspokojona, a i wiedza pogłębiona!

- Zmiana gustów i upodobań - człowiek zmienia się całe życie i nie ma w tym nic złego, tym bardziej, jeśli zmiana jest korzystna. Na wsi przemiana odbywa się w błyskawicznym tempie.

Kiedyś zafascynowana byłam stylem nowoczesnym - im większa awangarda i "odlot", tym większy był mój zachwyt. Po zamieszkaniu na wsi mój gust przeszedł całkowitą metamorfozę. To, co dawniej wywoływało na mojej twarzy ironiczny grymas teraz wywołuje zachwyt. Cepelia to dla mnie raj! Roztkliwiam się nad rękodziełem ludowym, nad starociami, nad wykopanymi podkowami, nad każdym wyhaftowanym kwiatkiem! Kiedyś było to nie do pomyślenia!

Nie każdy oczywiście po przeprowadzce na wieś ulega sielskiemu trendowi, ale w większości wypadków jednak tak jest. Gdyby tak nie było, nie powstawałaby jak grzyby po deszczu komisy meblowe, importujące stare meble angielskie czy holenderskie. Wniosek jest prosty dzięki fascynacji wiejskim stylem całej rzeszy Polaków, rozwija się prężniej gospodarka, tworzą się nowe firmy, a tym samym miejsca pracy.
- Sprawy urzędowe w większości wypadków załatwia się w Urzędzie Gminy. Większość "miejskich urzędników" powinna udać się do gmin na naukę w kwestii podejścia do petenta. Trudno było nam na początku oswoić się z niecodziennym, niezwykle miłym i życzliwym traktowaniem. Dziwiła nas też łatwość i szybkość realizowania naszych spraw. Tam nikt nie stwarza dodatkowych problemów, wszystko załatwiane jest na poczekaniu, ku zadowoleniu obydwu stron. To, co mi imponuje najbardziej to fakt, iż w Urzędzie Gminy nie jest się kimś anonimowym. Wszyscy się znają... Władza zna nas, a my ją. Dużą zasługę w tym mają zebrania mieszkańców Sołectw z Wójtem. Kiedyś mnie trochę śmieszyły, bo atmosfera daleko odbiega od poważnej i urzędowej. Ale w tym tkwi ich urok i późniejsza łatwość załatwiania spraw w urzędzie.

Adekwatnie załatwia się swoje sprawy w Energetyce. W jej "małomiasteczkowych oddziałach pracują diametralnie inni ludzie. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale to co w dużym mieście byłoby karkołomną sprawą do załatwienia, tu się załatwia niemalże na telefon. Czy to nie jest miłe i czy to nie ułatwia wszystkim życia?

- Powrót do małych sklepików - większe zakupy dokonuje się w mieście, ale czasem trzeba skorzystać z przydrożnego wiejskiego sklepiku. Przyznaję, że na początku miałam z tym problem. Sklepik wydawał mi się prymitywny, obskurny, rodem z PRL-u. Życie sprawiło, że musiałam zacząć z niego korzystać. Powoli nabierałam zaufania i sympatii. Teraz ten sklepik budzi u mnie wręcz podziw i uznanie. To jest niewiarygodne, że w tak małym pomieszczeniu można zgromadzić tyle towaru!!! Nie wszystko jest wyeksponowane, ale o cokolwiek bym nie zapytała wszystko jest. Zdarza się owszem, że czegoś nie ma - właściciel następnego dnia ściąga specjalnie dla nas. Ekspedientki miłe i sympatyczne - i co tu dużo mówić - wszyscy wszystkich znają!!!

Pora na minusy życia na wsi:

- Brudne nogi - nie wiem jak to się dzieje, ale od marca do co najmniej października mam non stop brudne nogi. Zanim zamieszkaliśmy na wsi udaliśmy się kiedyś do koleżanki, która już na niej mieszkała. Pamiętam moje zdumienie, kiedy spojrzałam na stopy Eli, dodam, że ja w tym czasie byłam posiadaczką french pedicure. Zbulwersowana podzieliłam się swoim spostrzeżeniem z mężem. Teraz, kiedy spoglądam na swoje nogi przypominam sobie Elunię i stwierdzam, że ją w tym względzie przerosłam... Brudne nogi wynikają przede wszystkim z pracy w ogrodzie, z przemieszczania się po nim, ale i ogólnie większego kurzu. Pumeks zatem to mój największy przyjaciel i wybawca.

- Owady - to w moim mniemaniu największy minus! Muchy wszelkich rodzajów, komary i inne latające stworzenia genialnie potrafią popsuć nam humory i uprzykrzyć życie. Bolesne jest to, że zafundowaliśmy sobie ogród, po to by cieszyć się nim całe lato, przyjmować gości - ale często jest to niemożliwe. Nie ma żadnego cudownego środka na wredne insekty. Nasz dom usytuowany jest w dość bliskiej odległości od stawów i zasuszonych torfowisk - a to idealne wylęgarnie. Wydaje mi się, że z roku na rok przybywa owadów, niektóre z nich przechodzą też mutacje. Wiele z nich widuję pierwszy raz w życiu, przeraża mnie czasem ich wielkość i zagadkowość. Nie sadziłam też, że zwykłe muchy potrafią być tak krwiożercze. Mieszkając na wsi trzeba się zaopatrzyć w różne środki zaradcze na ukąszenia owadów. Jeśli ktoś ma alergię na ich jad może mieć problem.

- Osobie bezrobotnej trudniej znaleźć pracę - powodem nie jest fakt mieszkania na wsi, lecz ewentualna problematyczność z dojazdem do pracy. Ponadto rozważając propozycje pracy trzeba wkalkulować w wysokość wynagrodzenia koszt dojazdu. Może się, bowiem zdarzyć, że będziemy pracować za darmo. Znalezienie miejsca pracy w pobliżu miejsca zamieszkanie graniczy z cudem, skazani, zatem jesteśmy na pracę w dużych aglomeracjach.

- Zima to trudny okres dla osób mieszkających na wsi. W dużej mierze zależy to do tego, gdzie usytuowany jest nasz dom. Jeśli stoi przy drodze uczęszczanej przez brus szkolny - to jesteśmy wygrani, gdyż gminy bardzo dbają o takie drogi. Jeśli natomiast zdecydowaliśmy się żyć na "odludziu", to w przypadku sporych opadów śniegu możemy mieć problemy z dotarciem do pracy, czy sklepu. Adekwatnie do nas nie dotrze pogotowie, policja, czy choćby służby wywożące odpady. Zima to również czas niemiłych niespodzianek. Przy silnych mrozach ma prawo zamarznąć i pęknąć pompa wodna, mogą podnieść swój poziom wody gruntowe zalewając piwnice, może popsuć się piec odpowiedzialny za ogrzewanie domu i ciepłej wody. Zwykła kłódka czy brama zamarznięta może popsuć humor, kiedy rano śpieszymy się do pracy, nie mówiąc o przymusowym porannym odśnieżaniu.

My kupiliśmy stary "poniemiecki" dom z 1925 roku. Jak dotąd każdej zimy sprawiał nam jakieś niemiłe niespodzianki, ale uczymy się na nich. Usuwamy ich przyczyny i mamy nadzieję, że w tym roku nic nas nie zaskoczy. Sądzę, że w przypadku nowo wybudowanych budynków prawdopodobieństwo odczuwania skutków ubocznych silnego mrozu jest nieporównywalnie mniejsze.

- Niezbędny jest fundusz remontowo-budowlany, czyli pieniądze odłożone na ewentualne awarie, wymagające natychmiastowej naprawy. W kryzysie finansowym zmaganie się z popsutą pompą wodną, piecem, bramą, pełnym szambem, czy czymkolwiek innym to wątpliwa przyjemność.

- Powinny być przynajmniej dwa samochody w rodzinie, gwarantujące niezależność i poczucie bezpieczeństwa.

- Każdej jesieni bez względu na naszą kondycję finansową muszą się znaleźć niemałe pieniądze na opał.

- Zakupy nie stanowią problemu, trzeba jednak ich dokonywać w bardziej przemyślany i przewidywalny sposób. W mieście nie jest problemem "wyskoczenie" po coś, czego się zapomniało. Na wsi skleroza będzie nas kosztowała jazdę parę kilometrów np. po chlebek czy zapałki.

Podsumowując, to w moim mniemaniu życie na wsi jest zdecydowanie lepsze, spokojniejsze niż w mieście. Obydwoje z mężem doświadczyliśmy już przeróżnych problemów - zaznaliśmy zimna, braku prądu, wody, szufelką wybieraliśmy wodę z piwnicy przez parę nocy z rzędu, nosiłam śnieg do domu i go rozpuszczałam... Nigdy jednak, nawet przez ułamek sekundy nie pomyśleliśmy z nostalgią o mieście i o powrocie do niego. Tu odnaleźliśmy szczęście, tu jest nasze miejsce. Nie każdy jednak podzieli nasze odczucia. To, co mnie urzeka, kogoś innego może śmieszyć, to co według mnie pachnie komuś innemu będzie po prostu śmierdzieć. Osoby lubiące miejski gwar, markety, kluby, kina, nie odnajdą się na wsi - zanudzą się na niej. Wieś to raj dla osób lubiących ciszę, spokój, obcowanie z naturą i przedkładających prostotę życia nad wielkomiejski blichtr.

Lokalny portal przedsiębiorców

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Władysław
Ja też przeprowadziłam się z miasta na wieś. Tutaj ludzie się znają i sa dla siebie milsi. Mam sąsiadów rolników i choć pokończyli oni tylko zawodówki, to są to ludzie z klasą. Mili, kulturalni i mają szersze zainteresowania niz moi sąsioedzi z blokowiska (nawet dyrektorzy). Wiem, ze tutaj życia nie zmarnuję.
Pozdrawiam wszystkich "wsioków". Jesteście super!
Marta - też wsiok
M
Marta
Ja też przeprowadziłam się z miasta na wieś. Tutaj ludzie się znają i sa dla siebie milsi. Mam sąsiadów rolników i choć pokończyli oni tylko zawodówki, to są to ludzie z klasą. Mili, kulturalni i mają szersze zainteresowania niz moi sąsioedzi z blokowiska (nawet dyrektorzy). Wiem, ze tutaj życia nie zmarnuję.
Pozdrawiam wszystkich "wsioków". Jesteście super!
Marta - też wsiok
B
Basia
Chyba ,że trzeba jeszcze utrzymać rodzinę z pracy na roli i posłać dzieci do wiejskiej szkoły, gdzie są wyzywane od :tłumoków, choler i głupków.
G
Gość
Zasadniczo podzielam opinie wyrażone przez autorkę. Wieś ma wady tylko wtedy, gdy jest się starym, niesprawnym, niezdolnym do prowadzenia auta, a przychodnie lekarskie, kościół i inne instytucje są w większej odległości. Poza tym ma same zalety. Może jeszcze dodam, że dla mnie ważna jest odległość nie większa niż 30-40km od dużego miasta, tak, aby do oferty edukacyjnej i dóbr kultury mieć stosunkowo łatwy dostęp.
Dodaj ogłoszenie