Kainowa zbrodnia bydgoskiego fabrykanta. Zabił swojego brata w amoku

Maciej Myga
Wodyński strzelił do swojego brata Ludwika pięć razy, pozbawiając go życia na schodach domu przy ul. Unii Lubelskiej.
Wodyński strzelił do swojego brata Ludwika pięć razy, pozbawiając go życia na schodach domu przy ul. Unii Lubelskiej. sxc.hu
Przedwojenna prasa przynosi doskonały opis procesu przeciwko Stanisławowi Wodyńskiemu, który w 1932 roku zastrzelił swojego brata.

Wodyński strzelił do swojego brata Ludwika pięć razy, pozbawiając go życia na schodach domu przy ul. Unii Lubelskiej. Proces przeciwko niemu rozpoczął się pod koniec grudnia 1932 roku. Wyrok zapadł 31 grudnia.

Jak podaje "Gazeta Bydgoska" (ukazywała się do 1933 roku, później jako "Kurier Bydgoski"), Wodyński był postawnym i przystojnym mężczyzną. Zdaje się, że właśnie dlatego sala rozpraw w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy wypełniona była po brzegi - głównie kobietami.

Oskarżony nie przyznał się do winy. Tak opisał feralne zdarzenie: - Spotkałem się z bratem, ś.p. Ludwikiem na schodach w domu przy ul. Unii Lubelskiej 3. Minęliśmy się prawą stroną, nic do siebie nie mówiąc. Nagle brat uderzył mnie jakimś twardem narzędziem w głowę. Odwróciłem się i ujrzałem w ręku brata pistolet. Brat przyskoczył do mnie i zaczęliśmy się szamotać. Ludwik miał nade mną przewagę i zaczął mnie dusić. Więcej nie pamiętam.

Pytany przez sędziego, czy pamięta strzały, mężczyzna przyznał, że tak, ale nie mógł sobie przypomnieć ile.
- A oskarżony nie strzelał? - drążył dalej sędzia.
- Nie.
- To jak oskarżony wyobraża sobie, że brat podczas szamotania się z oskarżonym otrzymał cztery postrzały w pierś i jeden w brzuch?
- Nie umiem tego wytłumaczyć...

Przeczytaj także: Makabryczna zbrodnia. Arletta zaufała mordercy, a on to wykorzystał
Wodyńskiemu nie zostało nic, tylko zasłaniać się niepamięcią. Byli bowiem naoczni świadkowie zbrodni - w tym 9-letni siostrzeniec mordercy,
Mały Klemens zeznał, że wraz z mamą Wiktorią wybiegł na klatkę, słysząc hałas. Kiedy był na pierwszym piętrze ujrzał w połowie schodów swojego wuja Ludwika. Mężczyzna leżał, a stał nad nim drugi wuj - Stanisław, który w chwilę później wypalił w pierś brata. Chłopiec twierdzi, że Stanisław nie był jedynym agresorem. Jego żona podobno uderzała głową szwagra o schody, wołając "Noch mehr!".

Zeznania chłopca podtrzymała jego matka i dodała, że Stanisław próbował i ją zabić, jednak strzał chybił, a ona z dzieckiem uciekła na ulicę.
Dlaczego Wodyński popełnił kainową zbrodnię? Tłumaczył, że poróżnił się z bratem podczas pracy w fabryce. Twierdził, że Ludwik rzucił się na niego z pistoletem, ale rozdzielił ich trzeci brat - Julian.

Podobno Ludwik Wodyński zmienił się nie do poznania podczas pobytu w Niemczech. Adwokat oskarżonego podawał nawet jako jeden z powodów morderstwa "germanizację" ofiary. - Nienawiść pomiędzy Wodyńskimi powstała li tylko na tle podrażnienia uczuć patriotycznych oskarżonego, a nie, jak starano urobić opinię publiczną, na tle majątkowym. Ludwik Wodyński przebywał długo w Berlinie. Tam się zgermanizował. Swego czasu chciał nawet zwolnić pracowników ze swojej fabryki i ją zamknąć, aby pobrać zasiłem z Ostbundu. Oskarżony odrzucił jednak tę niecną propozycję, gdyż nie zgadzała się z jego pojęciami patriotycznemi - argumentował mecenas Cieloch.

Ale była też druga strona medalu. Świadkowie opowiadali, że Stanisław i Julian chcieli pozbawić brata jego udziałów w fabryce. Uknuli więc intrygę i zarzucili bratu szpiegostwo na rzecz Niemiec, w których właśnie do władzy doszedł Hitler. Ponoć chcieli go w ten sposób usunąć z Polski i zagarnąć jego majątek. Mimo to policjanci śledczy, którzy badali sprawę, przyznali, że Stanisław był człowiekiem łagodnym jak baranek i tylko zbieg okoliczności postawił go przed obliczem Temidy.

W końcu przed sądem stanął rusznikarz Pilaszczyński. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Ludwik Wodyński został czterokrotnie postrzelony w pierś, a jednak żaden strzał nie przebił klatki piersiowej. Stwierdził, że nie wyklucza, aby ofiara faktycznie postrzeliła się sama podczas szamotaniny. - Strzał śmiertelny w brzuch, który spowodował obrażenia wewnętrzne i ostatecznie śmierć, musiał jednak oddać oskarżony - zaznaczył Pilaszczyński.

Prokurator Wierzchowski, w mistrzowsko skonstruowanym przemówieniu nie dał wiary Stanisławowi Wodyńskiemu. - Wykluczam możliwość, aby oskarżony działał pod wpływem afektacji - grzmiał. I zażądał wyroku 10 lat więzienia dla podsądnego. Przedwojenny kodeks karny za zabójstwo przewidywał karę od 5 lat więzienia do kary dożywocia lub śmierci za najbardziej drastyczne morderstwa.

Wyrok ogłoszono jeszcze tego samego dnia - o godzinie 13. W sali rozpraw tłoczyła się widownia.

Wyrok wprawił wszystkich w osłupienie. Sąd podwyższył bowiem karę zaproponowaną przez prokuratora do 12 lat więzienia, zaliczając mu jedynie na poczet kary czas aresztowania od 26 września.

Jak podają ówczesne gazety, Stanisław Wodyński przyjął wyrok z rezygnacją i spokojnie. To wątpliwe, by odsiedział całą karę (do 1945 roku), ale jego dalszych losów nie znamy.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie