- Masz złamaną kość strzałkową i piszczelową, z przemieszczeniem. Jak doszło do tak poważnej kontuzji?
- Podczas akcji pod bramką wybijałem piłkę. Nagle któryś z piłkarzy Polonii Bydgoszcz zaatakował mnie butem, wszedł tak zwaną "nakładką". Wiedział, że nie zdąży do tej piłki, ale z jakiegoś powodu szarżował. Nawet nie wiem, który to z bydgoszczan. Dostał czerwoną kartkę, a ja upadłem z potwornym bólem. Z przerażeniem ujrzałem, że moja noga "wisi"! Szok. A wcześniej, strzeliłem w tym meczu bramkę. Mogłem się cieszyć tym meczem, tymczasem mam poważny problem ze zdrowiem.
- Dlaczego w tej rundzie grasz w rezerwach? Wielu kibiców wolałoby cię widzieć w pierwszej drużynie. Gdy "dowodziłeś" obroną, Olimpia zakończyła pierwszą rundę na 6. miejscu.
- Taka była decyzja trenera. Skoro w 2. rundzie przyszło mi grać w drugim składzie, chciałem pomóc drużynie. Angażowałem się bardzo w grę, jak zawsze zresztą.
- Wprost z boiska trafiłeś do szpitala na operację. Jakie są rokowania lekarzy?
- Operację miałem o godz. 22. Trwała dwie godziny. Mam w nodze jedną dużą śrubę, około 23-centymetrową, i pięć mniejszych. Na razie, przez pierwsze sześć tygodni mogę tylko ostrożnie przemieszczać się, o kulach, z pokoju do kuchni i łazienki. Opieranie się na złamanej nodze powoduje, że natychmiast puchnie. Jestem totalnie "uziemiony". Tak będzie przez pierwsze sześć tygodni. Później zacznę chodzić o jednej kuli. Po ośmiu tygodniach mam się zgłosić do szpitala na kontrolę i wyjmą mi pierwsze śruby, z górnej części kości. Lekarze orzekli, że muszę pauzować w sumie około sześciu miesięcy.
- Jak zniosłeś te najtrudniejsze dni w szpitalu?
- Pomogli mi je przetrwać moi grudziądzcy koledzy z drużyny i przyjaciele. Przede wszystkim bardzo się ucieszyłem, gdy już na drugi dzień w szpitalu zjawił się u mnie prezydent Grudziądza Robert Malinowski. Przejął się moją kontuzją. Dowiadywał się, jak poszła operacja i jak przebiegnie leczenie. Życzył zdrowia. Także na drugi dzień przyjechał Mirosław Urbanowski, były prezes klubu piłkarskiego w Nowym Mieście Lubawskim. Przyjaźnimy się. Chciał mnie podbudować. Wspólnie w czerwcu organizujemy mecz charytatywny, na rzecz dzieci z biednych rodzin. Niestety, nie zagram, ale włączę się w organizację.
To bardzo ważne, aby w trudnych chwilach po kontuzji, nie być w szpitalu samemu. Podbudowało mnie też, że kibice na meczu 15 maja wywiesili transparent "Rogal, trzymaj się!". Dzwonili do mnie działacze Olimpii, a ostatnio także trener Marcin Kaczmarek. Wszystkim im za pamięć i zainteresowanie serdecznie dziękuję.
- Jak półroczna przerwa może wpłynąć na twoją formę?
- Nie czarujmy się, to poważna kontuzja. Z drugiej jednak strony, jako Ślązak, mam bardzo twardy charakter. Nie dam się tak szybko złamać. Już teraz rozpocząłem ćwiczenia, które wolno mi w moim obecnym stanie stanie wykonywać. Ćwiczę trzy razy dziennie. Intensywnie. Nawet więcej, niż mi zalecili lekarze i rehabilitanci.
- Twoją kontuzję porównuje się z tą, jakiej doznał Marcin Wasilewski w Belgii, podczas meczu Anderlechtu ze Standardem. Wtedy Axel Witsel skoczył mu na nogę, powodując koszmarne, otwarte złamanie.
- Jest podobnie. Tak jak on, mam złamaną kość piszczelową i strzałkową. Moja noga też nienaturalnie się odkształciła. Tylko na szczęście, nie mam pozrywanych więzadeł. Może się będzie goić lepiej, niż myślimy. Zamierzam wrócić do zdrowia jak najszybciej, by znów grać w piłkę.
- Kontrakt z Olimpią masz także na 2011 rok?
- Tak. I zamierzam być jeszcze drużynie przydatny. Wybiegnę na murawę, zobaczycie! Obiecuję, że jeszcze dostarczę kibicom wiele radości.