Raz dwa trzy i mamy to co mamy

Adam Willma
- Stanie i czekanie na to aż ktoś znajdzie guzik albo załaduje się aparat, nie jest moim ulubionym - Adam Nowak nie lubi swoich zdjęć
- Stanie i czekanie na to aż ktoś znajdzie guzik albo załaduje się aparat, nie jest moim ulubionym - Adam Nowak nie lubi swoich zdjęć nadesłane
Adam Nowak z zespołu "RAZ DWA TRZY" nie chce śpiewać po angielsku i uważa, że w Polsce jest piękniej niż w Toskanii, tylko nie umiemy tego docenić.

Sprawdziłem, w 1963 roku, kiedy się pan urodził...
- Co się wydarzyło? Słyszałem, że Rosjanie wystrzelili w kosmos jakiegoś satelitę.

- Martin Luter King powiedział "Miałem sen....".
To o mnie! Może przewidział, że po drugiej stronie oceanu urodzi się człowiek, który przez wiele lat nie będzie wiedział, co ze sobą zrobić.

- Lubi pan ten kraj?
Lubię. A im więcej autostrad, tym bardziej go lubię, bo jestem człowiek jeżdżący.

- Platforma wykupi u pana spot wyborczy.
Politykami interesuję się rzadko. Ostatnio zainteresowałem się panią poseł Pawłowicz i zdarzyło mi się wypowiedzieć. Bo czasem ludziom egzaltacja odbiera rozum. Nikt nie jest wolny od błędu i jeśli ktoś go popełnił, powinien pochylić głowę i przeprosić.
A co do kraju, to jest piękny. Kiedyś byłem na wakacjach w Toskanii i lekko jeszcze zauroczony tamtejszymi panoramami wróciłem do kraju, gdzie graliśmy koncert w okolicach Karpacza. Wracaliśmy dróżkami prawie leśnymi i to co zobaczyłem, mogę określić po męsku: Toskania nie fika. Cieszmy się tym, co mamy. Komunistom udało się trochę popsuć przez 60 lat, ale na szczęście nie wszystko zepsuli.

- Mam wrażenie, że odsetek rodaków, który jest w stanie zachwycać się Polską, niebezpiecznie nam maleje.
Bo niestety, oprócz pięknych widoków są w tym kraju jeszcze nasi rodacy, a jak wiadomo część z nas nie jest zdolna do zachwytów.

Może po prostu nie potrafią Polsce zaufać. Pan ufa?
Jestem sceptykiem pełnym nadziei, w związku z tym stoicko przyglądam się temu, co się dzieje, ale też odnajduję w sobie możliwości do zmiany rzeczywistości. Nie trzeba zmieniać świata, wystarczy zmieniać siebie i wtedy świat wygląda inaczej. I się zmienia.

Czego nie wiedział pan o sobie 25 lat temu?
Że przy pomocy czynności, którą potrafię wykonywać, uda mi się doprowadzić z kolegami do tego, że ćwierć wieku później, gdziekolwiek się pojawimy, bilety są wyprzedane. Ziściło się moje marzenie i na szczęście nie muszę posiłkować się imprezami z okazji otwarcia kolejnego centrum handlowego. W 90 procentach nasze koncerty są komercyjne, biletowane.

Jak z "Autobiografii": "Za kilka lat mieć u stóp cały świat, wszystkiego w bród".
Gdybym się wykazał odpowiednią pracowitością i miał taką wizję, doprowadziłbym pewnie do tego, że gralibyśmy bardzo często na Zachodzie. Ale jak przyglądam się działalności artystów, którzy wyjeżdżają w dwuletnią trasę koncertową na świecie i widzą tylko ściany garderób, rozhulaną salę koncertową, limuzyny, hotele, jak rozpadają im się rodziny, to wiem, że nie jest to mój świat. Jestem kameralny, wolę tutaj. Kiedyś, przed laty przymierzałem się do zaśpiewania kilku piosenek po angielsku, ale to jest obca materia, nie muszę tego robić.

A jak wyobrażał pan sobie politykę ćwierć wieku temu?
Nie przypuszczałem, że na świecie istnieją aż tacy szubrawcy. Nie spodziewałem się, że ludzie, którym patrzyło szlachetnie z oczu w tym jarmarku politycznym nie mają większych szans. Wyparli ich krzykacze, cynicy i ludzie, którzy za wszelką cenę podrasowują błękit tuż za sobą.

Głosuje pan?
Zawsze głosowałem. Dzisiaj jestem daleki od namawiania ludzi do głosowania, szczególnie w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego, bo mam od jakiegoś czasu wrażenie, że to są spady z naszej polityki, które za ciężkie pieniądze wędrują do Brukseli. Ci ludzie są kompletnie niesterowalni i nie można ich skontrolować. Cenię sobie naszą obecność w Unii, ale nie ten rodzaj biurokracji i debilne przepisy, które się co rusz pojawiają. Dlatego, jeśli namawiałbym do udziału w wyborach, to raczej tych krajowych.

Które z wyborów najbardziej rozminęły się z pana wyborem?
Te z 1994 roku, kiedy do władzy powrócili komuniści. Pamiętam, jak w dniu ogłoszenia wyników w radiu pojawiła się piosenka Maćka Maleńczuka "Znów powróciłaś stara dziwko". Jestem mu głęboko wdzięczny, że miał taką piosenkę w repertuarze.

Jeśli wrócą i deportują pana na bezludną wyspę, którego polityka wybrałby pan sobie do towarzystwa?
Takiego, który byłby przydatny do zjedzenia. Opcja polityczna nie ma znaczenia.

Rozmawiacie o polityce w garderobach?
Głównie w busie. Bywają burzliwe dyskusje zarówno o polityce, jak i o religii, czasem dochodzi do rękoczynów. To jest fajne, gorące, bardzo mi się podoba, bo większość kolegów ma swoją opinię w tych kwestiach. Gdy ludzie potrafią pokłócić się o takie sprawy, znaczy, że żyją. Ale smuci mnie, gdy jakiś artysta daje głos na wiecach przedwyborczych, nawet jeśli robi to z wewnętrznego nakazu. Jeszcze gorzej, gdy robi to dla dobrych pieniędzy. Ja wyznaję XIX-wieczną zasadę, że artysta służy tylko sztuce. Gdybym był spryciarzem, napisałbym wniosek o dofinansowanie płyty na temat globalnego ocieplenia, ale nie jestem.

Za kilkanaście lat, kiedy ZUS wypłaci panu 1400 zł emerytury...
Sam sobie usiłuję zbierać na emeryturę. Ja niewiele od państwa dostałem i niewiele zresztą oczekuję. Płacę podatki, dałem Rzeczpospolitej 4 dzieci, czyli 4 nowych podatników, a państwo uderzyło mnie zmianą ordynacji podatkowej, która jest źle pomyślana. W sensie fizycznym artysta nie różni się niczym od zwykłego podatnika, ale nikt nie zwraca uwagi na to, jaki jest mechanizm powstawania twórczości i nikt nie bierze pod uwagę, że ogrom tej twórczości powstaje poza komercyjnym rynkiem.

Wróćmy do wspomnień. Zaczynaliście, gdy szołbiznes rodził się dopiero w cieniu hurtowni i straganów.
W 1989 roku współpracowałem jeszcze z kabaretami, ale w rok 1990 dostaliśmy nagrody w Krakowie i wysłano nas na konkurs debiutów w Opolu. Wówczas dość szybko sobie uświadomiliśmy, że jeśli mamy funkcjonować w tym świecie, przyszłość nie należy do nas. Całe miasto było oklejone wizerunkami pewnej pani, która również występowała w konkursie premier, więc sugestia, kto ma wygrać, była dość oczywista. Byliśmy jedynym zespołem, który nie grał z półplaybacku. W trakcie przygotowań ja zostałem zwolniony z ćwiczeń solfeżu, za to z chęcią przychodziłem z kolegami na lekcje tańca. Przychodziliśmy jako pierwsi, żeby zająć miejsca z tyłu, bo mieliśmy wtedy ciekawy widok przed sobą. To była dobra lekcja czego nie robić, w co nie wdepnąć, z kim nie pracować. Parę nauczek dostaliśmy jeszcze później po drodze, ale Opole to była najważniejsza lekcja i fajnie, że się odbyła tak wcześnie. Raz i wystarczy.

Pojawiły się firmy muzyczne, które później połknęły rynek.
Pierwsza nasza umowa z firmą Pomaton zajmowała jedną stronę A4. Później te umowy co pół roku się zmieniały, aż doszły do 100 stron z aneksami. Przez chwilę naszą menedżerką była Martyna Jakubowicz, a producentem był Wojtek Waglewski. Spotkaliśmy ludzi, którzy byli naszymi idolami, bo Martyna, której jako młody człowiek słuchałem w radio, była dla mnie zjawiskiem. Również kolejkę po płytę "Świnie" (Waglewski, Morawski, Nowicki, Hołdys) zapamiętałem jako ważne wydarzenie. Bardzo ważną rolę odegrała wówczas Telewizja Polska, która wpuściła sporo "powietrza", otwierając drzwi dla młodych wykonawców. To wówczas pojawiła się Kasia Nosowska czy Edyta Bartosiewicz. To był dobry czas dla muzyki w Polsce.

Przeprosił się pan ze starą muzyką?
Przez połowę swojego życia nie cierpiałem Mieczysława Fogga, którego z kolei kochała moja babcia. Włożyłem jednak kiedyś do odtwarzacza w samochodzie płytę Fogga i przesłuchałem ją z wielką przyjemnością. To jest głos z czasów, których już nie ma. W wieku 50 lat wolę dziś posłuchać piosenek o miłości niż piosenek buntu. Oczywiście, młodzi ludzie mają prawo do buntu, muszą go przeżyć, bo to jest bardzo potrzebny proces. Ale dziś młodzież jest dość grzeczna. Młody człowiek ma być grzeczny, bo jeśli będzie grzeczny, w końcu zobaczy jakieś światełko w tunelu w postaci kariery. Gdy jednemu udaje się - porzucając wyższe wartości - uzyskać ten profit, inni robią to samo.

Jaki będzie krajobraz po śmierci CD?
Płyta CD już się kończy, skoro całą muzykę można mieć w pudełku od zapałek. Standardem jest dziś muzyka nagrana w domu przy pomocy klawiatury od komputera. Jest cały zestaw urządzeń, które powodują, że żywa muzyka przepuszczona przez mastering brzmi tak, że nie chcę już tego słuchać, a co dopiero przetransponowana do mp3. Ale od tego nie da się już dziś uciec. Przy programach muzycznych są gotowe ustawienia, które reguluje się jednym guzikiem. Tylko po co w takim razie nagrywać dźwięk za pomocą mikrofonu za kilkadziesiąt tysięcy złotych, przepuszczać to przez kompresor za kolejnych kilkadziesiąt tysięcy, skoro w efekcie i tak wszystko kompresowane jest tak samo?

Praca przy filmie o powstaniu warszawskim coś w pana życiu zmieniła? Jakaś klapka się uchyliła?
Kiedy poproszono mnie o stworzenie piosenki, musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, co mam do powiedzenia w tej sprawie. Gdy się w końcu zgodziłem, zbladłem. Dopiero kiedy zobaczyłem 10-minutowy fragment z oczyszczonych klatek, zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Nie czuję się upoważniony do oceny powstania, ale z pokorą biję czołem przed niewyobrażalna nadzieją tamtych ludzi. Tamtą sytuację zapinam klamrą z rokiem 1989. Fajne jest to, że umiemy tak jak w 1944, ale umiemy też tak, jak w 1989.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie