Święta tajemnica

    Hanka Sowińska hanna.sowińska@pomorska.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Krzyż Virtuti Militari.

    Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Krzyż Virtuti Militari. ©fot. www.federacja-katyn.org.pl

    Po 22.40. wyczytane zostaną nazwiska zaczynające się od A do J. Będzie wśród nich zamordowany w Katyniu podporucznik Teodor Banasiewicz.
    Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Krzyż Virtuti Militari.

    Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Krzyż Virtuti Militari. ©fot. www.federacja-katyn.org.pl

    Dziś zostanie porucznikiem. Na placu Piłsudskiego będzie wymieniony jako 4397. ofiara sowieckiej zbrodni.

    Zdzisława Tylman nie pamięta taty. Nie może. Jeszcze dwóch lat nie miała, gdy Teodor pod koniec sierpnia 1939 r. żegnał swoje trzy ukochane kobiety - żonę Leokadię i dwie córeczki: 4 - letnią Marysię i Zdzisię. Młodsza miała na szyi złoty łańcuszek z medalikiem. Zdjął go, mówiąc: "Córeczko, oddam ci, jak wrócę".

    Nie wrócił, nie oddał...
    Nie wiadomo, czy miał go w chwili, gdy sowiecki oprawca przystawiał mu do głowy pistolet w katyńskim lesie. Wcześniej mogli go pozbawić tej relikwii. W obozie w Kozielsku wszelkie praktyki religijne były zabronione, a jeńcy przyłapani choćby na modlitwie - byli karani karcerem.

    Wrzesień 1939 r. zakończył się klęską. Ci, którzy nie zginęli, a nie trafili do niemieckich obozów, wracali do domów.

    W Ostrowie Wielkopolskim na podporucznika Banasiewicza czekała rodzina. Daremnie. Minął październik, listopad. Żadnej wieści. I wreszcie cud. W grudniu do mieszkania przy ul. Żwirki i Wigury zapukał listonosz. Miał list dla pani Leokadii. Skąd? Z ZSRR. Ze "Smoleńskiej Obłastii", z obozu w Kozielsku. Teodor pisał, że jest bardzo zimno, że prosi o ciepłe rzeczy, i że są z nim dwaj adwokaci, mieszkańcy Ostrowa.

    To nie był dobry znak
    Nastał nowy rok, i kolejny, i następny, i jeszcze jeden. Z Kozielska już nic nie przyszło. Za to wiosną 1943 r. do Ostrzeszowa, do którego przeprowadziła się pani Leokadia z córkami, dotarły wieści o odkryciu w Katyniu masowych grobów polskich oficerów. Tych, którzy byli w obozie w Kozielsku. Gdy to słyszała, z coraz większą trwogą myślała o mężu. Przecież on tam właśnie był. I od ponad trzech lat nie dał znaku życia. To nie mógł być dobry znak.

    Kończyła się wojna. Do Ostrzeszowa zbliżała się Armia Czerwona. - Mama nie tylko spaliła broszurę o Katyniu, którą od kogoś dostała, ale również list od ojca. Przeczuwała, że mogłyby sprowadzić na rodzinę wielkie niebezpieczeństwo, gdyby zostały znalezione przez sowietów. Były rewizje, aresztowania, grabieże. Gdy w domu dziadków Gorgolewskich, u których mieszkałyśmy, pojawiali się enkawudziści, niezmiennie pytali o ojca. Rodzina umówiła się, że jako mąż Leokadii Banasiewiczowej będzie wskazywany mamy brat - wspomina Zdzisława Tylman.

    Zaginął na wojnie
    Leokadia szukała męża. Przez Polski i Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Nie było go na żadnej liście. Pozostał tylko w pamięci najbliższych. Tragedia Teodora Banasiewicza stała się "rodzinną świętą tajemnicą katyńską". - Poza kręgiem najbliższych o tej zbrodni się nie mówiło - przyznaje córka. A była to, i jest, straszna zbrodnia, zwielokrotniona przez ohydne kłamstwo.

    W pierwszej połowie lat 50. pani Zdzisława złożyła papiery na Wydział Farmacji poznańskiej Akademii Medycznej. Napisała, że "ojciec zaginął w czasie działań wojennych". - Wezwano mnie do rektoratu na Fredry. Pamiętam to doskonale. Za stołem siedziała gruba kobieta, w czerwonym krawacie pod szyją. Natarczywie dopytywała, co to znaczy, że ojciec zaginął - przypomina tamtą rozmowę pani Zdzisława.

    Partyjna aktywistka pewnie liczyła, że dziewczyna się "wyłoży", że nie wytrzyma presji. Córka Teodora Banasiewicza wytrzymała. Mijały lata. W 1973 r. odeszła pani Leokadia. Córki miały już własne rodziny. Zdzisława Tylman, która po studiach przeniosła się do Bydgoszczy, nigdy nie zapomni 1979 roku.

    Mam coś dla pani
    Pojechała wówczas do sanator ium, do Kołobrzegu. Dyrektorem był przyjaciel jej kuzyna. Wiedział, że nosi w sercu wielką tajemnicę o sowieckiej zbrodni, której ofiarą padł jej ojciec. Pewnego dnia powiedział. "Mam coś dla pani. Przyniosę jutro". Słowa dotrzymał.

    - Wszedł do pokoju, bez słowa położył na stole książkę Adama Moszyńskiego* z nazwiskami ofiar z Katynia, która ukazała się na Zachodzie. I szybko wyszedł. Na liście Moszyńskiego po raz pierwszy zobaczyłam taty nazwisko - ze wzruszeniem mówi pani Zdzisława.

    Musiały jeszcze minąć dwie dekady, by rodzinna tragedia przestała być tajemnicą. W kwietniu 1990 r. Rosjanie przyznali się do zbrodni, a ówczesny prezydent ZSRR Michał Gorbaczow przywiózł do Warszawy listy wywozowe z trzech obozów jenieckich.

    W tym samym czasie Zdzisława Tylman była w Katyniu. Tam, gdzie pół wieku wcześniej, w jednym z ośmiu dołów śmierci spoczął jej ojciec. Pięć lat później uczestniczyła w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod przyszły cmentarz wojenny (został otwarty w 2000 r.). - Tato ma również tablicę w kościele Ojców Dominikanów w Poznaniu.

    *Adam Moszyński, Lista katyńska. Jeńcy obozów Kozielsk, Ostaszków, Starobielsk zaginieni w Rosji Sowieckiej. Bruksela 1949 (pierwsze wydanie)

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo