Teofil Gackowski - "ojciec" Bydgoskiej Spółdzielni...

    Teofil Gackowski - "ojciec" Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i jego wychowankowie

    Jolanta Zielazna, jolanta.zielazna@pomorska.pl tel. 52 32 63 139

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Jest niedoścignionym wzorem zaangażowania dla Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, człowiekiem - legendą. Ale inni pracownicy także pozostawili tam po sobie ślad.
    Teofil Gackowski "Ojciec"  Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej

    Teofil Gackowski "Ojciec" Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej ©fot. archiwum BSM

    Związali sie na dobre

    Kiedy dwa miesiące temu zbierałam materiał na 120-lecie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej ciągle powracano do pracowników, których za długoletnią pracę i zaangażowanie wspomina się do dziś. To, że na pierwszym miejscu wymienia się Teofila Gackowskiego, to nic dziwnego. W końcu dzięki niemu BSM w ogóle jest.
    Często też słyszałam: - To Marianna będzie wiedziała. Trzeba spytać Marianny.
    Albo: - Inżynier Drzewiecki może pamiętać. Pracował w BSM 50 lat.
    Albo: - To było za prezesa Kocieniewskiego...

    Dziś więc będzie o tych, którzy z BSM związali się na prawie całe zawodowe życie, albo i dłużej. W jakimś stopniu są wychowankami Teofila Gackowskiego.

    - To była osoba ogólnie lubiana i szanowana - pamięta Marianna Grajewska. - Ci, którzy pracowali w BSM za jego czasów, znajomość z nim poczytują sobie za zaszczyt.

    Służba była życiem

    Inż. Kazimierz Drzewiecki - dla BSM pracował 50 lat. fot. Jolanta Zielazna

    Spółdzielnia uczciła pamięć zasłużonych działaczy, którzy zgnięli w czasie wojny
    (fot. Wojciech Wieszok)

    O rzadko spotykanym jubileuszu BSM - 120 lat spółdzielni mieszkaniowej - pisaliśmy w jednym z czerwcowych "Albumów". Przypomnijmy tylko, że korzeniami spółdzielnia sięga czasu zaborów. Wtedy, 13 czerwca 1890 roku, kilku niemieckich urzędników kolejowych w Bydgoszczy założyło spółdzielnię mieszkaniową "Beamten-Wohnungsverein eingetragen Genossenschaft mit beschränkter Haftung zu Bromberg".

    To, że po powrocie Bydgoszczy do Polski, po I wojnie światowej, została przejęta przez Polaków jest zasługą Teofila Gackowskiego. On, obserwując, jak dobrze towarzystwo działa uznał, że koniecznie trzeba je uratować dla Polaków. Z narażeniem życia, przez linię demarkacyjną podczas walk powstania wielkopolskiego, zawiózł do Poznania memoriał o ustanowienie przymusowego polskiego zarządu nad towarzystwem. Tak też, ale dopiero w 1920 roku, się stało.

    Służba spółdzielni stała się dla Teofila Gackowskiego sensem życia. Nie dziwi więc, że w którymś momencie określił się jako jej "ojciec".




    Leśnik został kolejarzem

    Spisane przez Gackowskiego wspomnienia dotyczą głównie spółdzielni. Bardzo mało natomiast wiemy o jego pracy na PKP. Formalnie rzecz biorąc tam był zatrudniony. W spółdzielni nie miał etatu.

    Teofil Gackowski urodził się 7 lutego 1888 roku w Różannie (pow. świecki). Nie wiadomo, kiedy zamieszkał w Bydgoszczy, ale tu wrócił z wojny pod koniec 1918 roku. I mieszkał następne prawie 70 lat.

    Ochotniczo zgłosił się do oddziału kolejowego Straży Ludowej. Leśnik z zawodu, pracował w administracji warsztatów kolejowych, potem został przeniesiony do Zarządu Warsztatów Głównych I kl. PKP w Bydgoszczy.

    W 1922 roku ukończył jeden semestr na Uniwersytecie Ludowym w Bydgoszczy. Na więcej nie pozwoliła choroba żony.

    Podczas okupacji pracował w DAG w Łęgnowie. W 1945 roku, tak szybko jak tylko się dało, zajął się odbudową spółdzielni, szukał wywiezionych przez Niemców dokumentów.

    Ba, czas jakiś, gdy w siedzibie spółdzielni przy ul. Libelta 12 mieścił się jeszcze wojenny szpital, biuro urządził w swoim mieszkaniu.

    Ciekawe, że dopiero w 1945 roku Gackowski formalnie został prezesem spółdzielni. Przez cały międzywojenny okres był sekretarzem Rady Nadzorczej. Funkcjami pełnionymi przez Teofila Gackowskiego w spółdzielczości mieszkaniowej (także w regionie i w kraju) można by obdarzyć kilka osób. Podołał wszystkiemu.

    Choć na emeryturę kolejową przeszedł w 1955 roku, dla pracy w spółdzielni nie miało to znaczenia.

    Mając ponad 90 lat z ubolewaniem pisał: "Niestety, ze względu na przekroczony 90. rok życia nie mogę nadal udzielać się aktywnie w pracach spółdzielczych, ale w dalszym ciągu żyję jej życiem".

    Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi, honorową odznaką "Bydgoszcz zasłużonemu obywatelowi", uhonorowany wieloma dyplomami.

    Zmarł 23 grudnia 1986 roku. Miał 98 lat. Miasto jego imieniem nazwało jedną z ulic na Górzyskowie.

    Nestor Drzewiecki

    Ryszard Kocieniewski - w BSM zaczynał jako inspektor techniczny, skończył jako prezes Fot. Jolanta Zielana

    Inż. Kazimierz Drzewiecki - dla BSM pracował 50 lat.
    (fot. fot. Jolanta Zielazna)

    Ci, którzy z Teofilem Gackowskim współpracowali, najczęściej sami już są na emeryturze po przepracowaniu w BSM kilku dziesiątek lat.

    Dziś nestorem jest inż. Kazimierz Drzewiecki, choć trudno uwierzyć, że niedługo skończy 84 lata. A w kwietniu minęło 50, jak związał się z BSM. Dopiero niedawno zrezygnował z bycia zastępcą przewodniczącego Rady Nadzorczej BSM. - W którymś momencie trzeba odejść - mówi. Ale dalej interesuje go, co się dzieje w spółdzielni.

    Gdy w 1958 roku inż. Kazimierz Drzewiecki przypadkowo zaszedł na Libelta do spółdzielni, pracował już w Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych na Paderewskiego. Wcześniej, na początku l. 50, jako kierownik budowy z gdańską firmą kolejową zbudował mosty w ciągu ul. Armii Czerwonej (teraz Focha).

    Teofil Gackowski przyjął Drzewieckiego w zarękawkach. - To był prawdziwy urzędnik - wspomina dziś inż. Drzewiecki. - Staranny, wszystko uporządkowane, poukładane tak, że po ciemku można było wyciągnąć właściwą teczkę z dokumentami.

    Dwa lata później, na walnym, wybrano inżyniera w skład zarządu BSM. Ale dalej pracował w dyrekcji budowy osiedli.

    Kierowniczka kancelarii

    Teofil Gackowski zmarł mając 98 lat. Pochowany jest na bydgoskim cmentarzu Świętej Trójcy Fot. Jolanta Zielazna

    Marianna Grajewska przed budynkiem BSM przy ul. Libelta 12 (ob. ul. Szwalbego). Tu przez wiele lat mieściła się spółdzielcza administracja
    (fot. Fot. Jolanta Zielazna )

    Mariannę Grajewską na przyjście do spółdzielni namówił Jan Wyrwicki. Społecznie był wtedy prezesem BSM, a zawodowo architektem miejskim.
    - To było chyba w 1967 roku - sprawdza w książeczce ubezpieczeniowej.

    Zamieniła więc Wydział Budownictwa, Urbanistyki i Architektury w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej na kierowanie spółdzielczą kancelarią. W praktyce zajmowała się wszystkim. - Centralą telefoniczną, obsługą sekretariatu, maszynopisaniem, kartotekami. Ale wtedy była jeszcze mała spółdzielnia - wspomina.

    Pamięta, że często-gęsto musiała zostawać popołudniami. - Kiedyś członkowie zarządu w spółdzielni pracowali najwyżej na część etatu albo wcale, działali społecznie.

    - Zarząd pracował popołudniami, od godziny 17 tak długo, jak trzeba. I jeszcze brało się dokumenty pod pachę i w domu robiło - opowiada Drzewiecki.

    Co ciekawe, Teofil Gackowski w swoich wspomnieniach też podkreśla, że zawodowo w spółdzielczości nie pracował nigdy. Tylko honorowo i społecznie.

    Kazimierz Drzewiecki w BSM był zastępcą prezesa, a w Zakładzie Usług Inwestycyjnych i Projektowania - zastępcą dyrektora. Tam miał etat. W 1982 roku przeszedł na emeryturę. Ale bardzo szybko ją zawiesił i poszedł pracować do BSM. - Na zawodową emeryturę przeszedłem tak naprawdę w 1992 roku - wspomina. - Wtedy jednak zostałem wybrany do Rady Nadzorczej. A to przewodniczący, a to członek, a to zastępca. I tak to trwało do lipca tego roku.

    Od inspektora do prezesa


    Ryszard Kocieniewski - w BSM zaczynał jako inspektor techniczny, skończył jako prezes
    (fot. Fot. Jolanta Zielana)

    Krótko po Mariannie Grajewskiej w spółdzielni zatrudniony został inspektor techniczny Ryszard Kocieniewski.

    Przez kolejne szczeble zawodowej drabiny doszedł w 1975 roku do pełnomocnika zarządu - kierownika administracji osiedla Błonie. Był nim prawie 20 lat. Potem krótko zastępcą prezesa, by w 1994 roku zostać prezesem zarządu. Tę funkcje pełnił do końca kwietnia 2007 roku, gdy odszedł na emeryturę.

    Z 45 lat "zawodowego żywota", jak mówi, ponad 39 przypada na BSM. Trafił na czas, gdy mieszkania w przedwojennych śródmiejskich kamienicach trzeba było doprowadzić do odpowiedniego stanu. Na sufitach wisiały tam jeszcze przewody oświetlenia gazowego. Wodę doprowadzały ołowiane rury. W wielu kamienicach były wspólne ubikacje w podwórzu.

    Wtedy też spółdzielnia zaczęła budować na dobre. Najpierw Wyżyny B I.

    Gdy Ryszard Kocieniewski został zatrudniony w BSM, inż. Kazimierz Drzewiecki był już jednym z zastępców prezesa.

    - I, jak długo był szefem do spraw technicznych, tak cały czas mu podlegałem - wspomina Kocieniewski. - Nauczyłem się od niego wyrozumiałości dla pracowników. Nawet jak ostro dyskutowaliśmy, na drugi dzień potrafił rozmawiać bez urazy. Ja byłem młody gniewny. Niektórych szefów nie zdążyłem przeprosić, co do dziś mnie boli.





    Szczególny obowiązek


    Teofil Gackowski zmarł mając 98 lat. Pochowany jest na bydgoskim cmentarzu Świętej Trójcy
    (fot. Fot. Jolanta Zielazna)

    Spółdzielnia, a szczególnie nieżyjący już prezes Bernard Toczkiewicz, dbali o zasłużonych pracowników. - A pan Gackowski był dla BSM kimś szczególnym - mówi Marianna Grajewska.

    Po kilku latach pracy w kancelarii została specjalistą do spraw samorządowych. Wtedy prezes Toczkiewicz nałożył na nią szczególny obowiązek. Raz w tygodniu odwiedzała w domu Teofila Głowackiego i zdawała relację, co u niego?

    Pan Teofil był głęboko wierzący. - Nie bacząc na obecność sekretarzy partii zebrania zawsze zaczynał od słów "Niech będzie pochwalony" - wspomina Marianna. - Nic sobie nie robił z konsternacji zebranych.

    Na święta przysyłał kartki z życzeniami. - Zawsze było "Szanowny Zarządzie", o wszystkich pamiętał: i o pracownikach, i o rodzinach pracowników - Marianna kilka takich kartek ocaliła.

    Odwiedzała Teofila Gackowskiego niemal do końca jego życia.

    Kilka miesięcy wcześniej podjęła inne wyzwanie - została kierownikiem administracji na Wzgórzu Wolności, później osiedla Śródmieście.

    W 2002 roku zdecydowała się na emeryturę. Ale - tak jak inni - ze spółdzielnią kontaktu nie zerwała.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo