Wiele chorób nas trapi, nie tylko COVID. Ludzie naprawdę umierają w samotności i z samotności. Rozmowa z ojcem Pawłem Kowalskim

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
– Wiele chorób nas trapi, nie tylko COVID – mówi ojciec Paweł Kowalski, duszpasterz akademicki DA Winnica w Gdańsku
– Wiele chorób nas trapi, nie tylko COVID – mówi ojciec Paweł Kowalski, duszpasterz akademicki DA Winnica w Gdańsku Piotrhukalo
Udostępnij:
Zamiast dodatkowego nakrycia, warto wykonać jeden telefon więcej. Nie do kogoś, kto jest mi bliski i przyjemny, ale do osoby będącej od nas daleko, nie tylko fizycznie, także mentalnie. Z kim nie rozmawiałem od lat, bo pokłóciłem się przy jakiejś okazji i teraz ten konflikt kultywujemy. Spróbujmy wyjść naprzeciw podziałowi i samotności. Kolejna rzecz – każdy ma sąsiadów. Od osób starszych z mojej parafii słyszę, że będą to bardzo trudne święta, bo rodzina nie będzie ich odwiedzać. Usłyszą od bliskich, że jest pandemia, że muszą dbać o siebie. A ludzie naprawdę umierają w samotności i z samotności – mówi ojciec Paweł Kowalski, duszpasterz akademicki DA Winnica w Gdańsku, który na Twitterze pisze o sobie: „Wiara, społeczeństwo, social media i heavy metal. Jestem księdzem i do tego jezuitą :)”.

Z jednej strony pandemia sprawiła, że pustoszeją świątynie, z drugiej zalewają nas informacje o postępującej laicyzacji Polaków i spadku zaufania do Kościoła. Czy w tej sytuacji uda się uratować święta Bożego Narodzenia?

Myślę, że jest dokładnie odwrotnie. Nie jest istotne, czy uratujemy wydarzenie związane z uczczeniem tego, że Pan Bóg schodzi na ziemię. Możemy utrzymać pewną formę naszego obchodu świąt, ale najważniejsze jest, że Pan Bóg narodził się, by nas zbawić. Dlatego każdy z nas powinien postawić sobie pytanie – w jaki sposób ja sam mogę się dać uratować Panu Bogu w czasie tych świąt.

Utrzymanie znanej nam dotychczas formy świętowania może być trudne. Przy wigilijnym stole zasiądą osoby o różnych poglądach, w tym także pokolenie, które uczestniczyło w Strajkach Kobiet. Jak utrzymać świąteczną atmosferę, jeśli rozpoczną się dyskusje światopoglądowe?

Bardzo bym się cieszył, gdyby jakiekolwiek dyskusje rzeczywiście rozgorzały. Mam wrażenie, że obrazu świątecznego stołu, przy którym ludzie się spotykają, dzielą opłatkiem, jest miło i serdecznie, już w rzeczywistości nie ma.

W rozmowach ze studentami słyszę, że święta Bożego Narodzenia to bardzo trudny czas, kiedy ludzie – niczym asteroidy – wchodzą na tor kolizyjny. Zderzają się ze sobą, co powoduje ogromne rany, ból, smutek. Po czym z pewną ulgą rozchodzą się po świętach, żeby leczyć rany powstałe podczas świąt.

Jeśli dojdzie do spotkania skutkującego rozmową, byłoby to bardzo pożądane.

Pod warunkiem, że będziemy mogli się spotkać.

Zastanawiałem się ostatnio nad pandemią i doszedłem do wniosku, że tym, na co teraz zachorowaliśmy, jest samotność.

Wcześniej nie byliśmy samotni?

Byliśmy, ale pandemia zabrała nam wszelkie znieczulacze, które sprawiały, że nie dopuszczaliśmy samotności do naszej świadomości. Tak też może być przez święta. Rodziny będą obchodzić je osobno, ludzie nie będą się odwiedzać, ale zastanówmy się, jak wyglądały te świąteczne spotkania w minionych latach?

Siadaliśmy razem do kolacji wigilijnej, obejrzeliśmy koncert kolęd nagrany cztery lata temu, rzuciliśmy dwa gniewne komentarze, a potem młodzi uciekli do swoich pokoi, by pograć w jakieś gry lub wyszli na imprezę ze znajomymi, by jak najszybciej zabrać się z domu. Nie jestem pewien, że poczują jakąś wielką stratę z powodu tegorocznych ograniczeń epidemicznych.

Jest na to lekarstwo?

Bardzo bym sobie życzył, byśmy w tym roku przełamali samotność i zaczęli ze sobą rozmawiać. Nie chodzi o wygłaszanie wielkich monologów, związanych z poglądami politycznymi, światopoglądowymi. Chodzi o to, byśmy umieli wysłuchać się z szacunkiem, odnaleźć w sobie nawzajem jakąś wartość. Papież Franciszek w swojej ostatniej encyklice o braterstwie pisze o tym w genialny sposób. Pracę nad encykliką rozpoczął jeszcze przed pandemią, ale to jej wybuch pokazał, że najlepszą odpowiedzią na samotność jest braterstwo.

Jakie są przyczyny naszego osamotnienia?

Wiele chorób nas trapi, nie tylko COVID.

Starsze pokolenie jest alienowane ze społeczeństwa jako nieprzydatne. Młode pokolenie nie jest zainteresowane doświadczeniem starszych. Starsze pokolenie uważa, że musi ingerować w zachowania młodych, wchodząc mocno w ich życie. Ludzie w średnim wieku są nastawieni na produkcję i sprawdzanie swoich potencjałów.

Papież proponuje jako lekarstwo zobaczenie w drugiej osobie wartości, tego, że ma ona nam coś do dania. Nawet, jeśli jest ona emerytem, który przeżył wojnę, ciemny czas komuny w Polsce, to może dać młodszym coś z własnego doświadczenia.

Młodzi zaś powinni zobaczyć, jak wielki skarb siedzi w starszych ludziach.

Ludzie w wieku produkcyjnym muszą uznać, że prawdziwe szczęście to nie jedynie zarabianie pieniędzy, ale także przekazanie dzieciom umiejętności nawiązywania kontaktów międzyludzkich.

Drugi człowiek jest ważniejszy niż finanse. Trzeba w sobie nawzajem zobaczyć wartość i umieć po tę wartość sięgnąć.

Tegoroczne Boże Narodzenie zbliża się do nas wielkimi krokami, dlatego też postanowiliśmy zapytać naszych internautów, co ich najbardziej denerwuje w świętach. Niektóre odpowiedzi mogą Was zaskoczyć!Zobaczcie na kolejnych slajdach komentarze naszych Czytelników >>>

Wiemy, co najbardziej Was denerwuje w świętach Bożego Narodz...

Jeśli przy jednym stole spotkają się dziadek-słuchacz Radia Maryja i wnuki, które na kartonach pracowicie malowały osiem gwiazdek, może być problem z wzajemnym zobaczeniem wartości w sobie. Bardzo chętnie oceniamy innych, przypinając im z góry łatki starego nudziarza lub młodego, bezmyślnego awanturnika. Trudno pod nimi zobaczyć prawdę o człowieku?

Nie wiem, czy brak oceniania jest rozwiązaniem problemu. Należy sobie zadać pytanie – jak możemy tego człowieka zrozumieć? Jego historię, postępowanie, co on mi mówi przez swoje życie. Dla starszego pokolenia Strajki Kobiet są zupełnie niezrozumiałe. Ludzie ci odbierają protesty jako agresywny atak na coś, co jest dla nich święte. Czyli życie ludzkie, życie nienarodzonych, wiarę.

Dlatego myślę, że dobrze by było, aby osoby, które poczuły się tak zaatakowane, próbowały zrozumieć, co tak naprawdę skłoniło młodych do wyjścia na ulicę. Czasami bowiem protest ma wymiar bardziej polityczny niż światopoglądowy. Może trzeba wytłumaczyć dziadkowi, że osiem gwiazdek to nie chęć aborcji na życzenie.

Z drugiej strony, młodzi niekoniecznie muszą zaagitować starszych swoim zachowaniem. Niech pomyślą o tym starszym człowieku, zrozumieją, jakie wartości są dla niego ważne. Zawieszenie sądu to warunek wstępny do porozumienia. Ocenianie człowieka zawsze jest zamykające. Wkłada go w szufladkę, poza którą nie ma możliwości się wychylić. A my bardzo nie lubimy siedzieć w szufladkach. Chcemy, by doceniano nasze bogactwo, wnętrze, nie wtłaczając nas za wszelką cenę w jakąś definicję.

Szufladkowanie innych ułatwia życie. Już widzę wujka, rzucającego niepochlebne słowa o „protestujących pedałach”, i siostrzenicę, odpowiadającą, że ma porządnego kolegę-geja. Czy za bardzo nie daliśmy się sprowokować politykom, którzy rozhuśtali do granic nastroje społeczne?

Nie wiem, czy jest to sterowane. Zakładam, że, jak większość rzeczy w społeczeństwie, zawsze ktoś chce na tym zarobić, coś zyskać. Czy mówimy o strajkach, konfliktach, podziale czy konsumpcjonizmie, ktoś będzie chciał na tym coś dla siebie ugrać. Tylko nie wiem, czy takie ujęcie sprawy cokolwiek rozwiązuje.

Ostatnie skandale, wstrząsające polskim kościołem, konfrontacyjne wypowiedzi niektórych duchownych sprawiły, że młodzież coraz częściej deklaruje obojętność religijną. Czy uda się jeszcze młodych ludzi przyciągnąć do Kościoła?

Znów mam problem z pytaniem, jak ściągnąć do Kościoła młodzież, bo przez nie przebija chęć ocalenia albo powrotu pewnego status quo. Faktycznie, słysząc, co się działo w naszej parafii we Wrzeszczu w latach 80. i 90. XX wieku, o setkach, tysiącach ludzi jeżdżących na Oazy, o gigantycznych grupach młodzieżowych – w sytuacji, gdzie dziś w takiej grupie jest 5-10 osób – można wpaść w pewną pułapkę resentymentu. Nie jest to jednak dobrze postawione pytanie.

Jak należy wobec tego je postawić?

Czy powinniśmy tracić czas na ratowanie pewnej struktury i czegoś, co funkcjonuje tylko w naszych głowach? Czy nie lepiej spróbować poszukać odpowiedzi: do czego nas teraz Pan Bóg zaprasza? Nie odwrócimy biegu historii.

Jedno jest pewne – pomimo trudnych, obrzydliwych sytuacji, zbrodni ludzi Kościoła, zachowania hierarchów, tajenia pedofilii, wykorzystywania seksualnego, pomimo COVIDU, kwarantanny, zamknięcia i samotności – Pan Bóg nie wstrzymuje swojej łaski. Nie przestał człowiekowi błogosławić.

I tu warto wrócić do pierwszego pytania, w jaki sposób dać się uratować przez Boże Narodzenie. Pan Jezus, przychodząc na Ziemię, nie narodził się z honorami w pałacu, otoczony przez wyznawców. Urodził się jako Bóg-człowiek na biednym podwórku, zapomniany przez wszystkich, otoczony przez meneli. I tak zaczyna się historia zbawienia człowieka. Mało tego, Herod – jedyna osoba, która miała wówczas władzę -– postanawia zabić małego Dzieciaczka. Morduje setki, tysiące dzieci, mając nadzieję, że i Jego ustrzeli. To nie były czasy lepsze niż teraz.

Jaki z tego wniosek?

Zastanówmy się, jak Pan Bóg chce nas dziś ocalić, do czego nas zaprasza? Myślę, że pandemia i towarzyszące jej dramaty pokazują, gdzie jest Pan Bóg i do czego nas wzywa. Ostatnio uświadomiłem sobie, że tym, co ratuje nas przed samotnością, jest służba, czyli caritas – pragnienie dobra. Czyli agape – uniwersalna, ponadczasowa miłość Boga do ludzi i ludzi do Boga. Miłość uniwersalna, do której wzywa nas Bóg, który sam jest Miłością. Służba. Jest stary obyczaj, nakazujący postawienie na stole wigilijnym talerza dla nieoczekiwanego przybysza...

W 2020 roku na Wigilię nie będziemy wpuszczać obcych...

Zamiast dodatkowego nakrycia, warto wykonać jeden telefon więcej. Nie do kogoś, kto jest mi bliski i przyjemny, ale do osoby będącej od nas daleko, nie tylko fizycznie, także mentalnie. Z kim nie rozmawiałem od lat, bo pokłóciłem się przy jakiejś okazji i teraz ten konflikt kultywujemy. Spróbujmy wyjść naprzeciw podziałowi i samotności.

Kolejna rzecz – każdy ma sąsiadów. Od osób starszych z mojej parafii słyszę, że będą to bardzo trudne święta, bo rodzina nie będzie ich odwiedzać. Usłyszą od bliskich, że jest pandemia, że muszą dbać o siebie.

A ludzie naprawdę umierają w samotności i z samotności. I tego boją się dużo bardziej niż zakażenia.

Pomyślmy, komu z sąsiadów złożyć życzenia, do kogo podejść z piernikiem, z opłatkiem, oczywiście stosując dystans, maseczkę, dezynfekcję. Taki nasz gest pomoże realnie uratować nie tylko święta, ale i życie człowieka, który przez to nie będzie zjedzony przez wirusa samotności.

Zamiast czekać na samotnego wędrowca, powinniśmy go poszukać?

Albo samemu zostać tym wędrowcem. Mówiliśmy wcześniej o tym, jak trafić z wiarą do młodzieży. Młodzi potrzebują wesprzeć się na autorytecie. Muszą widzieć świadków. Myślę, że najlepsze, co teraz starsi mogą zrobić dla młodego pokolenia, to samemu zacząć służyć, przełamując czyjąś samotność.

Trzeba zacząć żyć tak, jak do tego zaprasza nas Pan Bóg. To oczywiście nie jest proste, ale jeśli my się przełamiemy, może dla młodych pojawi się iskierka nadziei. Młody człowiek może sobie pomyśleć: biskupa mam, jakiego mam, księża są, jacy są, ale widzę moją mamę, która z serdecznością podchodzi do swoich sąsiadów, robiąc w Boże Narodzenie coś, do czego zaprasza ją Pan Bóg. Zobaczy autentyczną wiarę, która zmienia postępowanie najbliższych.

Takich ludzi dających swoim życiem świadectwo świętości może nie być dużo, ale będą to jasne gwiazdy w Kościele. Jedna świeczka sprawi, że nie będzie ciemności.

Stawiamy na oddolne podchodzenie do wiary, bez zwracania uwagi na denerwującego nas biskupa?

Do tego nas zaprasza Pan Bóg, co oczywiście nie zmienia potrzeby, by o pewnych wynaturzeniach w Kościele mówić i nad tym pracować. Trzeba sobie jasno powiedzieć – wiele rzeczy by w Kościele nie zostało ruszonych, gdyby nie nagłaśniane przez media skandale i wynaturzenia. Działanie mediów w tym zakresie jest bardzo pomocne dla oczyszczenia Kościoła.

Uważam też, że mówienie o czymś, co jest złe w Kościele, może przebiegać w dwóch wektorach. Z jednej strony, może to wzbudzać w moim sercu pewną kwaśność, sprawiać, że będę osłabiony oraz doprowadzać do postawienia pytania: czy mogę jeszcze być w takim Kościele? Jeżeli taka osoba nie spotka jakiegoś świadka wiary, to bardzo prawdopodobne, że da swoje serce zatruć przez zło, które widzi.

Z drugiej, paradoksalnie, świadomość zła może mnie zapalać do jeszcze bardziej wytężonej pracy dla Kościoła. Myślę, że jest to możliwe wtedy, gdy spotkamy świadków wiary. Jeżeli ktoś do kościoła nie pójdzie, nie będzie miał kontaktu z wierzącymi, to jedynym przekazem, jaki do niego trafi, będzie ten o wielkich grzechach Kościoła. I może ja powinienem do niego pójść, by pokazać inną, sensowną twarz Kościoła.

Trzeba bronić przed zakwaszaniem serca przez zło. Musimy zło widzieć, ale nie dajmy się przez nie zatruć.

Nie jest to łatwe – pojawia się złość, niechęć, poczucie, że to nie Pan Bóg, ale inny człowiek, który nie pomógł skrzywdzonym, teraz próbuje ustawić nam po swojemu nasze życie, które...

Które jest błogosławione. Bo jeśli naszą reakcją na grzech jest oburzenie, to to oburzenie jest złe? Czy mam położyć uszy po sobie? Najważniejsze, by nie zatruł nas grzech popełniony przez drugiego człowieka.

Myśląc o Bożym Narodzeniu, czytam właśnie list papieża Franciszka o św. Józefie. Prostym człowieku, który, w momencie gdy zło zaczęło nastawać na Pana Jezusa, zabrał Go i zaczął uciekać. Nie był bierny, podejmował konkretne działania. Wyobrażam sobie, że nie szczędził mocnych słów Herodowi, gdy został zmuszony do ucieczki do Egiptu. Musiał zawinąć cały dobytek i wyruszyć w drogę, co nie było proste. Zachował się jak ojciec rodziny, któremu na tej rodzinie zależy. Nie dał się jednak zatruć przez zło.

Nie bójmy się trudnych emocji, pamiętając jednak, że to, co boli, powinno stać się moją modlitwą. Jeśli odczuwamy złość, smutek, wściekłość, gniew, rozczarowanie, kierujmy wszystko do Boga, o wszystkim mu mówiąc.

Jeżeli z tego, co dla mnie trudne, uczynię swoją modlitwę, moje życie wiary będzie bardziej Boże. I pojawią się rozwiązania, których się nie spodziewam.

Ojciec Paweł Kowalski, duszpasterz akademicki DA Winnica w Gdańsku
Ojciec Paweł Kowalski, duszpasterz akademicki DA Winnica w Gdańsku Aleksandra Nazaruk

POLECAMY NA STREFIE BIZNESU:

Q&A z Robertem Kubicą

Wideo

Materiał oryginalny: Wiele chorób nas trapi, nie tylko COVID. Ludzie naprawdę umierają w samotności i z samotności. Rozmowa z ojcem Pawłem Kowalskim - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie