Dość oszukiwania na cenach. UOKiK szykuje zmiany dotyczące wyprzedaży i promocji

Katarzyna Piojda
Katarzyna Piojda
Już samo słowo "wyprzedaż" brzmi kusząco. Oby jednak podczas wyprzedaży nie stracić głowy. No i nie pójść z torbami
Już samo słowo "wyprzedaż" brzmi kusząco. Oby jednak podczas wyprzedaży nie stracić głowy. No i nie pójść z torbami Sławomir Mielnik/zdjęcie ilustracyjne
Sprzedawca powie klientowi, ile towar czy usługa kosztowały przed obniżką. Tak ma być według nowych przepisów. Nie będzie sztucznego zawyżania cen, żeby potem je szybko - tak samo sztucznie - obniżyć.

Zobacz wideo: Fala upałów jest przeplatana burzami. Na to musisz uważać!

Kupujesz produkt z wyprzedaży. Cieszysz się, że sporo zaoszczędziłeś. W domu odklejasz etykietkę z nową ceną. Na naklejce pod spodem widzisz jednak, że towar był tańszy przed przeceną niż po niej. Bo to pseudorabat był.

Koniec sztucznych cen!

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wypowiada walkę pseudookazjom. Pora nie jest przypadkowa: mamy w pełni sezon letnich wyprzedaży. Wśród najczęstszych nieprawidłowości dotyczących sezonowych przecen UOKiK wymienia stwarzanie pozornie atrakcyjnych promocji, podczas gdy cena jest taka sama lub nawet wyższa niż gdybyśmy kupowali produkt w normalnej cenie.
Konsumenci mają zyskać dodatkowe prawa dzięki szykowanej zmianie przepisów. Chodzi o dyrektywę „Omnibus”. Ma ona wyeliminować sytuacje, gdy sprzedawcy sztucznie zawyżają ceny towarów lub usług. Będą oni musieli informować klienta o cenie produktu czy usługi sprzed obniżki.

Tomasz Chróstny, prezes UOKiK, wyjaśnia: - Rozwiązanie, znajdujące się w projekcie ustawy zakłada, że przedsiębiorca ma obowiązek informowania konsumentów o najniższej cenie danego produktu z ostatnich 30 dni. Nie będzie mógł być wykorzystywany mechanizm sztucznego podnoszenia cen na tydzień czy 2 tygodnie przed wyprzedażami po to, aby później chwalić się obniżkami cen. Konsument będzie wiedział, jaka jest rzeczywista skala obniżki.

A jak personel i kierownictwo sklepu nie posłuchają, to czeka ich kara.
Koronawirus sprawił, że Polacy zaczęli częściej kupować przez internet. W covidowych czasach prawie co 3. z nas (29 procent) zastąpił zakupy stacjonarne tymi w sieci. Po pandemii 55 proc. klientów zamierza wrócić do tradycyjnych sklepów stacjonarnych. A w tych sklepach szał wyprzedaży trwa w najlepsze. Rabaty sięgają minus 80 procent. Dla kuszących cen łatwo stracić głowę. Personelowi i kierownictwu niejednego sklepu nieobca jest żonglerka cenami.

Pracownica sklepu opowiada anonimowo: - Sztuczne pompowanie cen na tydzień czy krótszy okres przed wyprzedażą to amatorszczyzna. Są przecież klienci, którzy średnio co tydzień odwiedzają te same sklepy. Załóżmy, ktoś tuż przed rozpoczęciem wyprzedaży upatrzy sobie ubranie. Zapamięta jego cenę, ale go nie kupi. Zdecyduje się przyjść za tydzień, czyli jak już będą przeceny. Wtedy się zdziwi, ponieważ zorientuje się, że rzecz z przeceny podrożała w porównaniu z ceną przed obniżką.

Sprzedawcy zawodowcy działają z minimum miesięcznym wyprzedzeniem, czyli podwyższają ceny znacznie wcześniej. Dają sobie sporo czasu na to, aby klient przyzwyczaił do wyższych cen. W takim przypadku sklep zarobi podwójnie. Po pierwsze będzie sprzedawał droższy asortyment do momentu uruchomienia wyprzedaży. Po drugie, gdy ceny już w czasie wyprzedaży staną się promocyjne, tzn. w rzeczywistości wrócą do poziomu sprzed pseudobonifikaty, to klientów będzie więcej niż standardowo, gdyż słowo „wyprzedaż” przyciąga.

Dawniej mówiło się, że wyprzedaże wolno organizować maksymalnie dwa razy do roku, tj. latem i zimą. Obecnie praktycznie w każdym miesiącu da się zauważyć w sklepach nibyprzeceny. Nowe przepisy, w ramach których sprzedający będzie obowiązkowo przekazywał klientowi informację o poprzednich cenach danego produktu, mają być stosowane od 28 maja 2022 roku.

Sklep ukarany

Jeśli przedsiębiorca celowo błędnie informuje o cenach, to Inspekcja Handlowa może zastosować sankcje do 20 tys. zł. W przypadku powtarzających się nieprawidłowości, sprzedawca otrzyma maksymalnie 40 tys. zł kary. Gdyby zaś personel notorycznie łamał przepisy w tym zakresie i doszłoby do naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, wówczas UOKiK wkracza do gry. Jest w stanie nałożyć sankcję do 10 proc. rocznego obrotu przedsiębiorcy.

W UOKiK radzą, jak nie dać nabić się w wyprzedażową butelkę. - Sprzedawcy, stosujący sformułowania typu „ubrania przecenione nie podlegają reklamacji”, łamią prawo. Rzecz kupioną na wyprzedaży można reklamować, ale jej zwrot zależy jedynie od dobrej woli sprzedawcy. Reklamację składamy, najlepiej pisemnie, u sprzedawcy. Gdy do produktu dołączona jest gwarancja, możemy zgłosić reklamację gwarantowi (najczęściej jest to producent lub dystrybutor towaru). Prawo wyboru między obiema możliwościami należy do nas. Jeśli z kolei powodem obniżenia ceny jest wada towaru, o jakiej wiedzieliśmy podczas zakupu, nie wolno nam jej reklamować u sprzedawcy. Wszystkie inne wady - jak najbardziej.

Świadome kupowanie zaczyna się jeszcze w domu, przed wyruszeniem do sklepu. - W internecie dostępne są porównywarki, jak np. „Skąpiec” czy „Ceneo”. One wskażą nam sklep oferujący najlepszą cenę produktu, którego szukamy - zaznaczają w Związku Firm Pośrednictwa Finansowego. - Pomogą nam realnie ocenić, gdzie dany zakup opłaca się najbardziej, a gdzie przepłacimy.

Jeżeli natomiast zrobiliśmy zakupy i zorientowaliśmy się, że staliśmy się ofiarami pseudowyprzedaży (nie dość, że nie kupiliśmy taniej, to wyszło drożej), jeszcze nic straconego. Najlepiej jest oddać towar. Można też szukać innych rozwiązań. Warto poradzić się eksperta, dzwoniąc na infolinię konsumencką pod nr 801 440 220 bądź skontaktować się z Konsumenckim Centrum E-porad, wysyłając maila na adres [email protected] Warto też pofatygować się do swojego, czyli miejskiego albo powiatowego rzecznika konsumentów.

Wyprzedaż połączona z bijatyką

Zdarza się i tak: w dyskoncie ogłoszono wyprzedaż. Można było kupić m.in. tańsze buty ogrodowe, potocznie zwane gumowcami. Były tańsze o 15 zł od pierwotnej ceny. Jeszcze przed otwarciem sklepu utworzyła się kilkunastoosobowa kolejka. Gdy go otwarto, ludzie ruszyli po „gumowce”. Brali po kilka par. Dla tych z tyłu kolejki została ostatnia para. Dwaj panowie o nią się pobili. Emerytowani ochroniarze nie potrafili poradzić sobie z mężczyznami. Wezwano więc policję. Ostatniej pary butów nie mógł kupić ani jeden, ani drugi agresor.

Tak za karę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie