Jarosław Kotewicz: Tu zaczynają się igrzyska

    Jarosław Kotewicz: Tu zaczynają się igrzyska

    Rozmawiał: TOMASZ FROEHLKE

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Rodzinie Kotewiczów sport towarzyszy w każdej chwili. Żona Ewa była zawodową siatkarką, a 3-letnia Kinga ma chyba najdłuższe nogi w przedszkolu i są

    Rodzinie Kotewiczów sport towarzyszy w każdej chwili. Żona Ewa była zawodową siatkarką, a 3-letnia Kinga ma chyba najdłuższe nogi w przedszkolu i są duże szanse, że pójdzie w ślady rodziców. ©Fot. tomek czachorowski

    Jarosław Kotewicz - ostatni medalista MŚ juniorów dla bydgoskich barw
    Rodzinie Kotewiczów sport towarzyszy w każdej chwili. Żona Ewa była zawodową siatkarką, a 3-letnia Kinga ma chyba najdłuższe nogi w przedszkolu i są

    Rodzinie Kotewiczów sport towarzyszy w każdej chwili. Żona Ewa była zawodową siatkarką, a 3-letnia Kinga ma chyba najdłuższe nogi w przedszkolu i są duże szanse, że pójdzie w ślady rodziców. ©Fot. tomek czachorowski

    - Pięknie by było, gdyby w Bydgoszczy medal zdobył bydgoszczanin...
    - Pięknie. Oglądam pilnie moją ukochaną lekkoatletykę, ale ciężko będzie.

    - A wiesz, kto był ostatnim zawodnikiem, który zdobył dla bydgoskiego klubu medal mistrzostw świata juniorów?
    - Nie mam pojęcia.

    - Jarosław Kotewicz dla Zawiszy Bydgoszcz.... Dokończysz?
    - Nie żartuj, ale numer! Rok 1988. Kanada, Sudbury. Brązowy medal w skoku wzwyż.
    Wynik 2,22, mistrzostwo dla mojego przyjaciela, wieloletniego partnera w pokojach hotelowych, na zawodach i zgrupowaniach Artura Partyki z wynikiem 2,28. Srebro dla Greka Lambrosa Papakostasa z 2,25.

    - Czas się zatrzymał. Od 20 lat nie ma medalu dla Bydgoszczy, a na twoim ówczesnym poziomie, z rekordem życiowym 2,31 skaczą polscy zawodnicy obecnie.
    - Nawet żona mi mówi, że mogłem poskakać jeszcze trochę, bo teraz można na tym więcej zarobić (śmiech). Mamy paru niezłych skoczków. Tyle, że skaczą od trenera do trenera. Jak w taki sposób można ustabilizować formę? Znam przypadki, że trener zaleca odpoczynek i treningi, a zawodnik jedzie na siłę na jakiś mityng, żeby zarobić 500 euro więcej. Dla nas były inne priorytety. Byliśmy jedną wielką, sportową rodziną. To przecież od naszej ekipy wziął nazwę i do teraz działa w Spale pub "Junior". Trenerzy różnych specjalności potrafili po zajęciach usiąść razem do brydża, my również razem spędzaliśmy czas. Priorytety były jasne: sukcesy na najważniejszych imprezach ze szczytem na igrzyskach olimpijskich.

    - Pamiętasz ten moment, w którym jako 19-letni chłopak dowiedziałeś się, że jedziesz na juniorskie mistrzostwa do Kanady?
    - Na spartakiadzie młodzieży w Pile skoczyłem 2,16. Wypełniłem minimum międzynarodowe, ale chyba centymetr brakował mi do minimum PZLA. Wszystko zależało więc od związku. Tuż po zakończeniu zawodów debata nad składem trwała całą noc. Rano na śniadaniu w Pile mój trener Włodzimierz Michalski, obecnie pracujący w Zawiszy, a wówczas jeszcze dodatkowo trener kadry skoczków, poinformował mnie, że jadę. Sam zrezygnował, żebym ja pojechał. Chyba nie muszę tego komentować...

    - Jak potoczyły się wydarzenia po tej wiadomości?
    - Obóz w Spale, potem wylot na trzytygodniowy obóz klimatyczny do Sadbury przez Amsterdam i Toronto.

    - Jak być porównał stadion w Kanadzie do bydgoskiego?
    - Na zgrupowaniu trenowaliśmy na jakimś bocznym boisku i zastanawiałem się, kiedy nas przeniosą na główny obiekt? Tymczasem na pięć dni przed mistrzostwami rozłożono przy nim trybuny na około 5 tysięcy widzów, z rolek wyłożono nową trawę i okazało się, że to jest właśnie ten obiekt. Bydgoski stadion to perełka. Jeden z najpiękniejszych z wszystkich, które widziałem na całym świecie, Gdy byłem na nim pewnego upalnego dnia, słońce świeciło, bez żadnej chmurki, pomyślałem, że jestem na południu Europy. Na przykład w Walencji.

    - Dopingowała was wówczas liczna kanadyjska Polonia?
    - Jeszcze jak! Mieliśmy również z nią spotkanie, grillowanie nad jeziorem. Byli wniebowzięci, gdyż w jednej konkurencji mieli na podium dwóch Polaków i Mazurka Dąbrowskiego. Problem w tym, że organizatorzy pomylili hymny i nie zabrzmiał...

    - Dwóch Polaków na podium nie usłyszało hymnu?!
    - Nasza Polonia tak się wkurzyła, że kilkunastoosobowa grupa od razu energicznie interweniowała u organizatorów. Już po dekoracji schodziliśmy do tunelu, ale zostaliśmy cofnięci. Jeszcze raz weszliśmy na podium i z całą grupą Polonii zaśpiewaliśmy hymn. To było piękne.

    - W trudnych czasach dla naszego kraju z waszej ekipy kilku Polaków zostało wówczas na stałe w Kanadzie. Rozważałeś taką opcję?
    - Miałem taką propozycję, ale nie zastanawiałem się ani chwili. Jestem bardzo przywiązany do naszego kraju.

    - Juniorskie mistrzostwa mają być dla wielu zawodników trampoliną na igrzyska olimpijskie. Dla ciebie były?
    - Oczywiście, że tak. To był cel nadrzędny. Po Sadbury Artur pojechał już do Barcelony, ja, niestety, byłem po operacji kolana. Trener Michalski zakończył współpracę z Zawiszą, więc ja również wróciłem do rodzinnej Iławy. Na kortach tenisowych poznałem Zygmunta Dmochowicza, który założył Stowarzyszenie Rozwoju Ziemi Iławskiej. Ono zapewniało mi finanse na przygotowanie się do igrzysk w Atlancie, nawet gdy od 1991 roku przeniosłem się do Łodzi. Jestem też pierwszym w Polsce stypendystą sportowym, który został ujęty w budżecie miasta. Przegłosowała to rada w Iławie. I dopiąłem swego, będąc dotychczas jedynym w historii Iławy olimpijczykiem (wszedł do finału w Atlancie wynikiem 2,28; w finale 11. miejsce z wynikiem 2,25 - red.).

    - I na razie ostatnim medalistą mistrzostw świata juniorów z Bydgoszczy.
    - Jakoś wyjątkowo się czuję, jak mi to uświadomiłeś. Ale mocno trzymam kciuki za to, żeby ktoś do mnie szybko dołączył.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo