Ksiądz Jankowski patronem polskich antyklerykałów (komentuje...

    Ksiądz Jankowski patronem polskich antyklerykałów (komentuje Adam Willma)

    Adam Willma

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Pamiętam galerię broni białej w przedpokoju i żałosne olejne portrety w złotych ramach upamiętniające ks, Jankowskiego z możnymi tego świata. Pamiętam też jasnowłosego cherubinka, który niespodziewanie wszedł do pokoju...
    11.10.2007 warszawa targi w pkin , pralat henryk jankowski fot maciej jeziorek / polskapresse

    11.10.2007 warszawa targi w pkin , pralat henryk jankowski fot maciej jeziorek / polskapresse ©Fot Maciej Jeziorek / Polskapresse

    Szkoda, że ksiądz Henryk Jankowski, prałat z parafii św. Brygidy w Gdańsku zmarł tak wcześnie. Z jednej strony dlatego, że nie może już zająć stanowiska wobec tekstów poświęconych jego osobie (które właśnie się ukazały). Z drugiej - dlatego, że byłby laboratoryjnym przykładem choroby, która grasuje na styku religii i polityki.
    Wyobraźnię dzisiejszych dwudziestoparolatków, tych którzy wypięli się na Kościół, rozpala postać o. Rydzyka. Rozpalają ją miliony płynące z państwowych kont i skarpet wdów. Rozpala ją pląsanie notabli na dorocznych zlotach oraz buta zakonnika bez skrupułów rozstawiającego polityków po kątach.
    Ale ksiądz Jankowski to była inna liga - również rozkochany w tłumach, ale jednocześnie delektujący się urokami doczesności: koneser motoryzacji, świetnego wina, ulubieniec krawców i bursztynników.
    Nie cierpię prymitywnego antyklerykalizmu. Gotuje się we mnie, gdy czytam pełne oburzenia teksty o “katolickich szamanach”, którzy odprawiają mszę w pociągu. Zwłaszcza, że pociąg był pełen pielgrzymów, a wagon Warsu został odpłatnie wynajęty do ceremonii. Ale, przyznać muszę, że ksiądz Jankowski to antyklerykalny strzał w dziesiątkę. Kilka razy byłem w rezydencji prałata przy kościele św. Brygidy. Pamiętam galerię broni białej w przedpokoju i żałosne olejne portrety w złotych ramach upamiętniające ks, Jankowskiego z możnymi tego świata. Pamiętam też jasnowłosego cherubinka, który niespodziewanie wszedł do pokoju, w którym prowadziliśmy wywiad, oparł się o stół, sięgnął po czekoladkę, przeciągnął się i majestatycznie wyszedł. Wszyscy się domyślali, ale nikt głośno nie mówił. Nikomu się nie opłacało, bo z księdzem-księciem można się było dogadać, a w telefonie duchownego były numery do wszystkich świętych z Lechem Wałęsą na pierwszym miejscu.
    Minęło 8 lat i trudno już sobie wyobrazić urząd superprałata. Kiedyś trudno będzie wyobrazić sobie urząd ojca-dyrektora. A na pewno najszybciej będą chcieli zapomnieć politycy.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo