Michał Kacewicz: Łukaszenka chce szantażować Unię Europejską

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Fot. archiwum prywatne
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
- Póki trwa konflikt z opozycją białoruską, władze traktują Andrzeja Poczobuta i Andżelikę Borys jako zakładników. Jako ofiary symboliczne; postaci, które trzeba ukarać, pokazać, że „my mamy rację”, czyli, że reżim ma rację - mówi publicysta Michał Kacewicz, dziennikarz Biełsat TV

Brał Pan udział w akcji solidarnościowej z Andrzejem Poczobutem i innymi represjonowanymi na Białorusi dziennikarzami?

Akurat nie było mnie w Warszawie, więc fizycznie udziału nie brałem, ale rzecz jasna, mocno się solidaryzuję z tą akcją, jak również bardzo wspieram Andrzeja Poczobuta, którego dobrze znam.

Jak Pan traktuje tego rodzaju akcje? Jaka jest siła oddziaływania tego rodzaju demonstracji?

To oczywiste, że tego typu akcje nie są w stanie w żaden sposób wprost wpłynąć na władze białoruskie i spowodować, aby uwolniły Andrzeja Poczobuta, Andżelikę Borys, ale także innych więźniów politycznych. Nie zapominajmy, że to są setki osób. Bardzo nagłaśniamy sytuację Andrzeja Poczobuta i Andżeliki Borys, bo to są Polacy. Ale są też setki Białorusinów, którzy nadal są przetrzymywani w więzieniach, w aresztach. Dla nas to mnóstwo anonimowych postaci, ale są oni uczestnikami protestów albo robotnikami, którzy próbowali strajkować w białoruskich zakładach. Dostają bardzo surowe wyroki albo są trzymani w areszcie bez wyroków. Poddawani są różnego rodzaju presjom, a często torturom psychicznym i fizycznym. Rzecz jasna, tego typu akcje, jak w ostatnią sobotę w Warszawie, nie wpłyną na władze białoruskie. Natomiast one wpływają na nagłośnienie w Polsce informacji o losach prześladowanych więźniów politycznych Łukaszenki. Niestety, świadomość tego, co się dzieje na Białorusi, mimo że w mediach coś się pojawia, zwłaszcza kiedy są duże protesty i duże represje i że to się dzieje tuż za naszą granicą, 200 kilometrów od Warszawy, nie jest wielka. A przynajmniej nie na tyle wielka, żeby funkcjonowała powszechnie jako jeden z głównych tematów społecznych, politycznych. Zatem tego typu akcje wpływają też na nagłośnienie tego za granicą, bo o ile w Polsce jeszcze czasem na ten temat rozmawiamy, piszemy o tym w mediach i pokazujemy, to - daleko nie trzeba szukać - w Niemczech świadomość tego, co się dzieje na Białorusi jest bardzo niewielka. Im dalej na zachód, tym jest jej jeszcze mniej. Wszyscy wiedzą, że Łukaszenka jest ostatnim dyktatorem Europy, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że sytuacja jako żywo przypomina tę z czasów zimnej wojny i żelaznej kurtyny lat 80. To sytuacja dość podobna do tej, która była w Polsce po stanie wojennym, w latach 80., kiedy reżim komunistyczny był jeszcze na tyle silny i represyjny, by wprowadzać w życie represje i zastraszać całe społeczeństwo. Podobnie jest obecnie na Białorusi. Ten reżim łukaszenkowski został jakoś osłabiony, jednak nadal jest silny.

Bo ma odpowiednie narzędzia i instrumenty.

Posiada potężny aparat represyjny, siłowy aparat bezpieczeństwa, a także wsparcie polityczne i gospodarcze ze strony patrona wschodniego, czyli Rosji.

Mija właśnie pół roku, od kiedy Andrzej Poczobut jest uwięziony. Zarzuty wobec niego i Andżeliki Borys to podżeganie do nienawiści. Czy ma znaczenie, jaki zarzut dostali? Oprócz nich siedzi 27 innych dziennikarzy i całe mnóstwo innych opozycjonistów. Jak wygląda życie w białoruskich więzieniach?

Nie tylko opozycjoniści; w więzieniach siedzą zwykli ludzie, którzy wyszli na jakiś protest, albo napisali coś na mediach społecznościowych; to są często osoby, które znalazły się tam - wydawałoby się w naszym świecie - pod kompletnie absurdalnymi zarzutami. Takimi, które w naszej świadomości wydają się na tyle głupie, że nie są w stanie zaszkodzić żadnej władzy, a zwłaszcza tak silnej, autorytarnej władzy jak łukaszenkowska. No i właśnie Andrzej Poczobut znajduje się w więzieniu pod absurdalnymi zarzutami. Absurdalnymi dla nas, absurdalnymi dla niego. To, co on przez całe życie, a zwłaszcza w ostatnim czasie robił, jeśli chodzi o uświadamianie, co do historii Polski i historii Białorusi, powiązań i związków między Polakami a Białorusinami, to między innymi upamiętnianie wszelkich rocznic historycznych, związanych z pamięcią Kresów czy też pamięcią grodzieńszczyzny - to wszystko absolutnie nie były rzeczy związane z podżeganiem do nienawiści narodowościowej. Wręcz przeciwnie. Andrzej Poczobut zrobił wiele, żeby ta nienawiść, jeśli gdziekolwiek ona się pojawiała, a znając ten region, uważam, że ona się nie pojawiała poza propagandą państwową, robił wiele, żeby właśnie zredukować tego typu emocje. Jest postacią niesamowicie zasłużoną dla budowania nowoczesnej tożsamości Białorusi, wielonarodowej, wieloetnicznej, wieloreligijnej i z różną pamięcią historyczną. Jest oskarżony o coś absurdalnego; dla nas to jest idiotyczne, dla niego również, ale nie jest to idiotyczne dla białoruskich władz.

Dlaczego?

Dlatego, że władza chce podkreślenia tego, że Poczobut siedzi i zostanie skazany za podgrzewanie nienawiści narodowościowej. Idealnie wpisuje się w tę narrację, którą przyjął Łukaszenka. A ta narracja w dużym skrócie mówi tak: „Polska za pomocą swojej mniejszości, także Kościoła katolickiego, Polaków na Białorusi, próbuje w pewien sposób rozerwać Białoruś, rozerwać od środka państwowość białoruską, zbudowaną przez Łukaszenkę”. To poszukiwanie ofiary sakralnej, kogoś, kto będzie symbolizował działanie „piątej kolumny” polskiej, jednocześnie wpływów polskich na Białorusi, a także mącenia i wspierania opozycji. No i znalazł się Andrzej Poczobut, postać na tyle znana na Białorusi i w Polsce, jednocześnie mocno związana z polską mniejszością, ale też niekryjąca swoich krytycznych poglądów na władzę Łukaszenki. Był już prześladowany wcześniej, to człowiek, który niezmiernie zasłużył się zarówno dla ruchu opozycyjnego, jak i działalności polskiej i Polaków na Grodzieńszczyźnie; idealnie do tej układanki pasował. Postawienie mu tego rodzaju zarzutów to napiętnowanie wszystkiego tego, co w białoruskiej propagandzie łukaszenkowskiej jest po prostu złe. Ale idealnie się w tę narrację wpisuje. Niestety. Póki trwa konflikt z opozycją białoruską, władze traktują Poczobuta i Andżelikę Borys jako zakładników, jako ofiary symboliczne, postaci, które trzeba ukarać, pokazać, że „my mamy rację”, czyli - że reżim ma rację.

Odwołam się tu do Pana osobistych relacji - jak się Pan poznał z Andrzejem Poczobutem i jaki ma jego obraz jako człowieka, dziennikarza?

Poznaliśmy się w Grodnie wiele lat temu; w pierwszej dekadzie lat 2000. Rozpoczęły się już pierwsze prześladowania Związku Polaków na Białorusi; wtedy też poznałem Andżelikę Borys. Andrzej Poczobut najbardziej utkwił w mojej pamięci, za co będę mu dozgonnie wdzięczny, kiedy białoruska milicja zatrzymała mnie w Grodnie. Przebywałem tam jako dziennikarz, ale też obserwator uzupełniających wyborów, w których startował kandydat białoruskiej opozycji. Zostałem zatrzymany wraz z fotoreporterem, w lokalu wyborczym. Milicjanci stwierdzili, że mam fałszywą akredytację.

Pretekst tak samo dobry jak każdy inny.

Oczywiście, to była bzdura; akredytację wydały mi ich władze, no, ale milicjanci tak stwierdzili. Zawieziono mnie na komisariat, siedziałem tam kilka godzin, w tym czasie polski konsulat w Grodnie czynił różne starania, aby mnie uwolnić. I to się ostatecznie stało. Wyszedłem z komisariatu, a właściwie zostałem z niego wypchnięty; w środku było już dużo milicjantów OMON-u, w pełnym rynsztunku, z tarczami, pałkami, przygotowanych do rozganiania demonstracji. Nie wiedziałem, dlaczego. Kiedy zostałem wypchnięty na zewnątrz, okazało się, że przed nim stoi tłum miejscowych aktywistów, działaczy polskich, ale też białoruskich, z Andrzejem Poczobutem i Andrzejem Pisalnikiem na czele. Zaapelowałem do nich, aby się rozeszli, bo w środku już czekali na nich panowie z tarczami i pałkami. Nie chciałem, żeby doszło do czegoś nieprzyjemnego z mojego powodu. Później dowiedziałem się, że to Andrzej Poczobut poczynił wiele starań, żeby po pierwsze zlokalizować miejsce, w którym jestem przetrzymywany, bo milicja nas po prostu wywiozła i nie było wiadomo, gdzie; ukrywali to. Po drugie, czynił starania, żeby mnie uwolnić, a po trzecie właśnie, bardzo szybko skrzyknął grupę ludzi, żeby stanąć pod tym komisariatem i protestować, apelować do milicji, żeby nas wypuścili. Potem Andrzej wielokrotnie pomagał mi w Grodnie w pracy dziennikarskiej. Poznałem też jego tatę, pana Stanisława Poczobuta; jeździłem z nim po polskich wioskach na Grodzieńszczyźnie. Ojciec Andrzeja Poczobuta jest znawcą regionu, spraw związanych z historią Polaków tam mieszkających.

Kiedy się Pan widział z Andrzejem Poczobutem ostatni raz?

Dość dawno, trzy czy cztery lata temu w Wojnowicach na konferencji „Polska polityka wschodnia”. Później już dostałem zakaz wjazdu na Białoruś. Andrzej jest niesamowicie odważnym człowiekiem, na pewno jest trudny do złamania i to widać. On się nie daje. Już wcześniej miał tego rodzaju doświadczenia, był aresztowany; opowiadał mi o tym. Mam wrażenie, że ostatnio był znacznie bardziej przygotowany na to, co może go spotkać; już przeszedł przez białoruskie cele więzienne. Kwestią jest jeszcze wytrzymałość fizyczna, ale psychicznie, uważam, Andrzej jest tym człowiekiem, który potrafi dużo wytrzymać. Jest ideowy i wie, że racja jest po jego stronie.

Mówi Pan, jak ważne jest nagłośnienie; jak ważne jest, aby wiedziano o tym w innych krajach. Co można zrobić więcej? Można doprowadzić do powstania regulacji ochrony i wolności mediów, i domagać się ich respektowania przez taki kraj jak Białoruś?

Nie ma żadnej wątpliwości, że tego się domagamy; to cały czas jest na agendzie nacisków dyplomatycznych na reżim Łukaszenki ze strony polskiej i ze strony całej Unii Europejskiej, ale też amerykańskiej. To oczywiste; wypuszczenie więźniów politycznych jest jednym z głównych punktów tej agendy. Natomiast to już nie jest zadanie dla nas, dla społeczeństwa. Naszym zadaniem jest nagłaśnianie i wybieranie takich polityków, którzy są świadomi tego, co się dzieje na Wschodzie i potrafią coś z tym robić. Obecnie dyplomacje unijna i polska mają bardzo trudne zadanie. Wydaje się, że wszystkie, normalne, cywilizowane środki, instrumenty nacisku, rozmowy w Mińsku są wyczerpane. Dociera do nas, że prowadzone są zakulisowe, nieoficjalne rozmowy z reżimem w Mińsku, ale tych oficjalnych nie ma. Innym sposobem dialogu z Mińskiem są sankcje.

Łukaszenka dobrze o tym wie i tym właśnie gra. A zza jego pleców wychyla się Putin.

Tak jest. Mamy tu do czynienia z polityką państwa, ale prowadzoną środkami z arsenału terrorystów. To są instrumenty terrorystyczne: branie zakładników, jak to było w przypadku Ramana Pratasiewicza i porwania samolotu Ryanair. Takie działania stosowali terroryści. Dalej mamy sytuację szantażu, wywierania presji na Polskę, Litwę, za pomocą kryzysu granicznego. To jest arsenał przemocowy, stosowany przez autorytarny reżim. My, nie sięgając po środki bezpieczeństwa, środki militarne, nie mamy innych możliwości w tym momencie, jak prowadzenie rozmowy za pomocą coraz bardziej rozwijających się sankcji. To się dzieje. Może nie tak, jak byśmy wszyscy oczekiwali, ale te sankcje są wprowadzane, prowadząc do coraz większych kłopotów reżimu Łukaszenki. On oczywiście ma zdolność przetrwania, bo posiada aparat bezpieczeństwa i wsparcie polityczne i gospodarcze z Rosji. Ale dla reżimu Łukaszenki powrotu do takiego życia, jakie wcześniej próbował w relacjach z całym światem budować, przed sierpniem ubiegłego roku, to już nie ma. To już nie wróci.

Po co mu jeszcze ten konflikt na granicy?

Konfliktem na granicy Łukaszenka chce szantażować Unię Europejską. Próbuje wpłynąć przynajmniej na część społeczeństwa państw unijnych - Polski i Litwy, ale także na część klasy politycznej, część elit, żeby zaczęły myśleć w taki sposób: „Może warto dogadać się z Łukaszenką, tak jak w 2015 roku dogadała się Unia Europejska - Bruksela, Berlin z Erdoğanem. Może warto odstąpić albo nie wprowadzać tak daleko idących sankcji”. Na razie te działania nie przynoszą żadnych efektów. To znaczy mamy zawieruchę medialną i polityczną częściowo w Polsce, trochę działo się to na Litwie. Praktycznie żadnego odzewu, żadnej reakcji nie ma, jeśli chodzi o społeczeństwa zachodnioeuropejskie. Podczas wyborów w Niemczech to nie był żaden temat. Na razie ten kryzys jest na tyle lokalny, bo dotyczy Polski i w mniejszym stopniu Litwy, że nie jest w stanie wpłynąć na politykę całej Brukseli, a zwłaszcza jej najsilniejszych graczy; nie jest on dla nich kłopotem. Stąd też, uważam, ten kryzys będzie się przeciągał, będzie eskalował. Będziemy mieli coraz więcej dramatycznych i tragicznych wydarzeń inspirowanych przez stronę białoruską. To się będzie ciągnęło, bo Łukaszenka nie osiąga swoich celów, a jednocześnie widzi szansę, bo to w zasadzie jeden z niewielu instrumentów, który ma. Oczywiście to nie jest Turcja, Białoruś nie ma u siebie obozów imigrantów ani nie ma dostępu do krajów, z których migranci bezpośrednio przychodzą. Ma więc ograniczone możliwości.

W jednej z Pana opinii, dotyczących moratorium Putina, przeczytałam, że prawo do przebywania imigrantów w Rosji ma działać tylko do końca września, więc co dalej? Mają obowiązek opuścić Rosję? Dokąd pojadą?

W Rosji rzeczywiście może być taka sytuacja, że część imigrantów z Bliskiego Wschodu, z Afganistanu czy innych państw, bo też przebywają tam migranci z Afryki, oni rzeczywiście mogą szukać jakiejś drogi wyjazdu z Rosji, ale równie dobrze władze rosyjskie mogą stworzyć im jakąś furtkę, możliwości do pozostania. To zależy, w jaki sposób Rosja będzie próbowała to rozwiązać. Myślę, że dla władz w Moskwie, w tym momencie strategią będzie jak największe dystansowanie się od tego, co się dzieje na Białorusi, jeśli chodzi o kryzys graniczny. Oczywiście w ich interesie jest, żeby Łukaszenka był maksymalnie skonfliktowany z Zachodem. Rosjanie po cichu, jeżeli chodzi o logistykę służb specjalnych rosyjskich, wspierają to, co się dzieje, ale oficjalnie będą się od tego dystansować. Dlatego nie wiem, czy w interesie władz rosyjskich będzie jakikolwiek sposób inspirowanie tego, żeby imigranci, którzy przebywają w Rosji, pojechali przez Białoruś i próbowali przedostać się za granicę. Gdyby to wyszło, to w sposób jasny będzie można mówić, że to już nie jest tylko Łukaszenka, to już jest Putin. Myślę, że Putin na razie tego nie chce. Druga sprawa to taka, że w Rosji przebywa znacznie więcej - to są miliony ludzi - migrantów zarobkowych z Azji centralnej, tej posowieckiej, z Tadżykistanu, z Kirgistanu, z Zakaukazia też. Jeśli chodzi o nich, to tu raczej nie ma żadnego zagrożenia. Może poza pojedynczymi przypadkami, to ich celem jest po prostu praca w Rosji. Jeżeli Rosja będzie jakąś politykę migracyjną wobec nich stosowała, to raczej jako środek nacisku na państwa Azji centralnej, które są zależne od tej siły roboczej, która przesyła pieniądze do domu.

Ale z drugiej strony Rosji też zależy na tym, żeby zachód nie wspierał wschodu? W tym - Ukrainy.

Kryzys graniczny Ukrainy bezpośrednio nie dotyczy, ale oczywiście dla Rosji może to być element szerszego pokazywania, że jakiekolwiek angażowanie się na wschodzie grozi problemami. To Rosja robi już od dłuższego czasu. Narracja rosyjska, także ta skierowana do środowisk, niektórych elit zachodnich jest taka: „Uważajcie, nie mieszajcie się, nie wspierajcie za bardzo niepodległości Ukrainy, bo to grozi konfliktem z Rosją”. Rosja oczywiście podbudowuje to zagrożenie regularnie. W tym sensie kryzys graniczny będzie poniekąd temu sprzyjał, ale to nie jest główny temat akurat w tej narracji, związanej z Ukrainą.

Wróćmy do Łukaszenki - według Pana, Łukaszenka się sparzy. Ale pamiętamy, jak rok temu obudzili się Białorusini, jak wyszli na ulicę, protestowali. Co z tego dziś zostało?

Łukaszenka już się sparzył, w tym sensie, że nie powróci do tego typu relacji ze światem zewnętrznym, ale też modelu rozwoju społeczeństwa białoruskiego, czy gospodarki, jaki był przed wyborami. Po pierwsze, nie będzie już tylu pieniędzy, tylu możliwości sprzedawania białoruskich towarów za granicę. I pozyskiwania technologii czy finansowania. Jeśli zaś chodzi o same protesty - one teraz są w naturalnej fazie. Biorąc pod uwagę, w jaki sposób zostały potraktowane przez władze - chodzi o masowe represje, o bardzo dużą skalę retorsji wobec społeczeństwa białoruskiego i to na poziomie nawet nie liderów opozycji, aktywistów opozycyjnych, tylko po prostu ludzi, którzy w jakikolwiek sposób zaangażowali się, wychodząc choćby na jeden mityng, albo cokolwiek komentując w internecie. Skala tych represji jest ogromna. To powoduje, że te protesty w tej chwili się nie odbywają. Białoruskie społeczeństwo jest po prostu straumatyzowane. To taki stan traumy, w jakim znajdowało się polskie społeczeństwo po stanie wojennym. A do tego dochodzi to, że te represje cały czas trwają. Trwa poszukiwanie ludzi, za pomocą najróżniejszych środków, inwigilacji, donosicieli; tych ludzi, którzy w jakikolwiek sposób kwestionują reżimową rzeczywistość. Łukaszenka ogłosił pojednanie narodowe, ogłosił, że już koniec okresu niepokoju i taka jest właśnie polityka i narracja władz białoruskich wobec samych Białorusinów. A ten, kto się wychyla - powiedział to Łukaszenka - to jest agentem wrogów ojczyzny; krótko mówiąc zdrajcą. To dotyczy sportowców, artystów; tak naprawdę wszystkich. Społeczeństwo jest pod batem, jest zastraszone i trudno oczekiwać, żeby znów zaczęły się protesty na taką skalę, jak to było latem i jesienią ubiegłego roku. Jednocześnie zniechęcenie Białorusinów do władzy cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Nie jest tak, że ludzie, którzy deklarowali, głosowali na Cichanouską w zeszłym roku, nagle stali się zwolennikami Łukaszenki. Cały czas budowana jest alternatywa: są bardzo silne ośrodki emigracyjne, jest ośrodek Cichanouskiej w Wilnie, są w Polsce, jest białoruska diaspora polityczna, opozycyjna. To cały czas istnieje i w świadomości Białorusinów jest, myślę, teraz, taki stan przeczekania: „Poczekajmy, co będzie. Poczekajmy, aż ludzie Łukaszenki zaczną się ze sobą kłócić. A może Rosja zacznie coś majstrować przy reżimie Łukaszenki”. Takie są oczekiwania Białorusinów. Czy one są uzasadnione - zobaczymy. Na razie wygląda na to, że Putin postawił zdecydowanie na Łukaszenkę, namaścił go jako swojego namiestnika na Białorusi. Łukaszenka całe życie od tej roli uciekał. Chciał być samodzielny; chciał przyjaźnić się z Putinem, z Rosją, o tyle, o ile przynosiło mu to bezpośrednie zyski i budowało jego samodzielność na Białorusi. Ale to się skończyło.

Przegrany satrapa?

Jest wasalem. Wpadł w rolę, przed którą nie tylko uciekał; mało tego, były czasy, kiedy sobie wyobrażał, że to on będzie rozdawał karty na Kremlu. Było to co prawda dawno, ale było. W tym sensie jest przegrany. Ale wygrał, bo zachował życie, swoją władzę, jego rodzina jest bezpieczna. No i póki co, zachował trwałość reżimu, gdzie tysiące ludzi jest zależnych od systemu politycznego, który stworzył.

Michał Kacewicz - dziennikarz, komentator, publicysta. Był dziennikarzem „Newsweeka”, obecnie pracuje w TV Biełsat. Zajmuje się Europą wschodnią i centralną.

Black Friday - Świadomość klientów rośnie

Wideo

Materiał oryginalny: Michał Kacewicz: Łukaszenka chce szantażować Unię Europejską - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Tusk nigdy oficjalnie nie potępił Łukaszenkę ani Putina
Dodaj ogłoszenie