Polscy łowcy głów? Detektywi zaprzeczają, ale...

    Polscy łowcy głów? Detektywi zaprzeczają, ale...

    Maciej Czerniak maciej.czerniak@mediaregionalne.pl

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Detektyw podejmuje się na własną rękę odnalezienia ściganego

    Detektyw podejmuje się na własną rękę odnalezienia ściganego ©archiwum

    Detektywi zaprzeczają. Mimo to śledzą kanciarzy na krańcach Europy, a nawet dalej.
    Detektyw podejmuje się na własną rękę odnalezienia ściganego

    Detektyw podejmuje się na własną rękę odnalezienia ściganego ©archiwum

    - Nie wystawiam ludzi. Nie chcę, by dłużnik, którego odnajdę, za miesiąc leżał martwy gdzieś w przydrożnym rowie - Marian Szłapa, prywatny detektyw, dlatego nie mówi o sobie "łowca głów".

    Detektyw wchodzi do komisariatu policji. Niedbale wita się ze znajomymi policjantami. Kieruje się do pokoju, w którym siedzą "poszukiwacze". Rzuca jakiś żart do funkcjonariuszy, ci odwzajemniają się małą, koleżeńską złośliwością.
    Siada na krześle, a po chwili szef wydziału kryminalnego lokalnej komendy wyświetla mu na monitorze wszystkie możliwe dane dotyczące notowanego ostatnio bandyty. Detektyw podejmuje się na własną rękę odnalezienia ściganego.
    Prawda czy zmyślenie?

    Biznesmen, ksiądz czy prostytutka?

    Detektywa z Centralnego Biura Bezpieczeństwa w Bydgoszczy pytam, czy taki scenariusz jest w Polsce możliwy.

    Przeczytaj także:Wszczęto postępowanie wobec Krzysztofa Rutkowskiego

    - Na coś takiego może sobie pozwolić chyba tylko detektyw Monk - żartuje śledczy. - Myślę, że takie rzeczy nie wchodzą w grę, choć większość prywatnych detektywów, jeśli nie wszyscy, to właśnie emerytowani gliniarze.

    Do pokoju, w którym rozmawiamy, wchodzi dwóch pracowników biura w czarnych uniformach. Detektyw wskazuje na nich: - Właściwie wszyscy mamy za sobą służbę w policji.

    Logo CBB wyglądem przypomina logotyp innych służb mundurowych - trochę policyjną odznakę, trochę plakietkę CBŚ.

    Mój rozmówca chce pozostać anonimowy. Tłumaczy, że wykonując zawód detektywa, pragmatyzm nakazuje nie rzucać się w oczy.

    - Nigdy do końca nie wiadomo, kim może być zleceniodawca - tłumaczy bydgoski śledczy. - Jeśli mamy choćby cień przeczucia, że człowiek, który zleca nam poszukiwania, na przykład dłużnika, może mieć jakieś niecne zamiary wobec poszukiwanego, to po prostu mówimy "dziękuję" i nie przyjmujemy takiego zlecenia.

    Z kolei Marian Szłapa, szef toruńskiego biura Detectio idzie o krok dalej.
    - Załóżmy, że przychodzi do mnie klient. Przedstawia się jako, powiedzmy Andrzej Kowalski - snuje Szłapa. - Przecież dopiero podczas spisywania umowy o przyjęciu zlecenia proszę go o przedstawienie dowodu tożsamości. A i to nie daje mi gwarancji, czy dana osoba podaje się za tego, kim jest naprawdę. Do końca nie wiadomo, czy ma się do czynienia z biznesmenem, gangsterem, księdzem czy prostytutką.

    Z tożsamością klienta wiąże się kolejne ważne pytanie. Po co zamierza zlecić detektywowi poszukiwania danej osoby?

    - Mam taką zasadę, że nie wystawiam ludzi - tłumaczy Szłapa, emerytowany oficer Centralnego Biura Śledczego. - Przecież nie chodzi o to, by delikwent, którego namierzę na czyjeś zlecenie, został po miesiącu, dwóch odnaleziony martwy gdzieś w przydrożnym rowie. Dlatego zawsze badam klienta. Pytam, jaki ma prawny interes w odnalezieniu danej osoby.

    Łowcy głów na granicy prawa

    Pomysł wprowadzenia w Konstytucji RP prawnych regulacji pozwalających na działanie rasowych łowców głów pojawił się kilka lat temu. W 2008 roku taka propozycja padła z ust Adama Rapackiego, do niedawna jeszcze zastępcy ministra spraw wewnętrznych i administracji.

    - Pomysł Rapackiego nie doczekał się realizacji w formie jakiejkolwiek nowelizacji ustawy - tłumaczy Mirosław Szłapa. - Poza tym uważam, że byłoby to bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Trzeba byłoby, na przykład rozwiązać problem zatrzymywania osób, które są poszukiwane listami gończymi. Obecnie obowiązujące prawo pozwala tylko na tak zwane "ujęcie obywatelskie". W myśl tego przepisu każdy obywatel Polski ma prawo zatrzymać sprawcę przestępstwa, ale tylko do czasu przyjazdu na miejsce policji.

    Śledczy podkreśla, że ustawa mówiąca o "ujęciu obywatelskim" nie pozwala już detektywom na przetrzymywanie kogokolwiek, a - tym bardziej - na przewożenie z miejsca na miejsce. - Żaden prywatny detektyw nie może przecież ot tak wejść do czyjegoś domu, ba nawet policja musi mieć sądowy nakaz, by coś takiego uczynić.

    Renegat z polskim dowodem?

    Jeszcze kilka lat temu na jednym z komercyjnych kanałów można było śledzić wyczyny Reno Reinesa, tytułowego bohatera amerykańskiego serialu "Renegat". Były policjant, wyrzucony ze służby za to, że nie chował pod dywan brudów swoich kolegów po fachu, wraz z niejakim Bobbym Sixkillerem zostają łowcami nagród. Podejmują się brawurowych akcji, pełnych strzelanin i pościgów i łapią bezwzględnych bandytów, za niemałe pieniądze wyręczając przy tym zawodowych, policjantów-rangersów.

    - Nie mam wątpliwości, że - gdyby oczywiście prawo na to pozwalało - to również i w Polsce znaleźliby się chętni do wykonywania fachu rasowego "łowcy głów" - twierdzi toruński detektyw. - Powstaje pytanie: czy jest to potrzebne? I komu można by było powierzyć takie uprawnienia?

    Wierzyciele się przebudzili

    Szłapa szczególnie obawia się nadużywania przez takich łowców głów przemocy. - To musiałyby być osoby ze szczególnymi predyspozycjami. Przecież nie chodzi o to, żeby podczas zatrzymania wyrwać komuś rękę ze stawu. Przemoc, nadużywanie broni palnej to dla mnie po prostu oznaka słabości i braku profesjonalizmu.

    Tymczasem fakt, że w Polsce wciąż nie ma prawa, które pozwalałoby działać takim wolnym strzelcom, wcale nie czyni zawodu detektywa mniej ciekawym. Jak twierdzą ludzie ze "środowiska", w interesach pomógł im... tak nagłaśniany kryzys gospodarczy.

    - Przez ponad rok pracowaliśmy głównie na Śląsku - wspomina szef bydgoskiego Centralnego Biura Bezpieczeństwa. - Gdy zrobiło się głośno o kryzysie, posypały się zlecenia. Właściciele dużych firm otworzyli biurowe szafy i sejfy, a stamtąd wyszperali dokumenty dotyczące udzielanych kontrahentom pożyczek, kredytów, poręczeń i tak dalej. Wielu biznesmenów zdało sobie sprawę, że dla nich, wierzycieli przyszedł czas najwyższy, by uregulować stare rachunki z dłużnikami. I tak posypały się zlecenia.

    Wystarczyło parę zleceń od dużych firm, które chciały odszukać dłużników i powstał łańcuszek.
    - Jedna z osób poszukiwanych przez śląskie przedsiębiorstwo ukrywała się w Kujawsko-Pomorskiem - wyjaśnia śledczy z CBB. - Sprawę udało się szybko zamknąć, a to ważne, bo chodziło o zobowiązania kilkuset tysięcy złotych. Firma, która zleciła nam poszukiwania dłużnika, skierowała potem zebrane przez nas dowody do prokuratury. Potem do akcji wszedł już komornik. Dzięki łańcuchowi kontaktów zostaliśmy poleceni innej firmie, referencje poszły dalej. I tak jest do dziś.

    Czasem detektywi, rozwiązując sprawy gospodarcze, chcąc nie chcąc wikłają się w rodzinne intrygi. Tak było w przypadku zlecenia, które przyjął Stanisław Piątek, szef agencji "3P" z Bydgoszczy.

    Mąż zniknął, firma się sypie

    - Skontaktowała się ze mną mieszkanka Suwałk - opowiada Piątek. - Twierdziła, że zaginął jej mąż. Przekonywała, że na pewno uciekł do Bydgoszczy, bo stąd właśnie pochodził. Sugerowała, że chciał wrócić do swoich korzeni.

    Detektyw przyjął zlecenie, bo - jak zaznacza - wydawało mu się łatwe do zrealizowania. Nie przypuszczał jednak, że okaże się ono aż tak nieskomplikowane.

    - Moja klientka podkreślała, że zależy jej na szybkim odnalezieniu męża, bo to on jest właścicielem i szefem rodzinnego przedsiębiorstwa - tłumaczy Piątek. - I to mąż podpisywał wszelkie dokumenty niezbędne do prowadzenia interesu.

    Bydgoski śledczy przypadkiem zauważył mężczyznę do złudzenia przypominającego zaginionego przedsiębiorcę z Suwałk. - Był w centrum handlowym. Im dłużej mu się przypatrywałem, tym bardziej byłem pewien, że to ten facet. Pojechałem za nim autobusem. Gdy się przesiadł, wsiadłem za nim do następnego. I tak trafiłem na osiedle Szwederowo. Wszystko się zgadzało - wszedł do domu w którym - jak zapewniała mnie klientka - mieszkał jego brat.

    Kilka dni później do Bydgoszczy przyjechała żona poszukiwanego. Błędnego biznesmena udało się sprowadzić z powrotem do Suwałk.

    Jeśli nie Maghreb, to Ameryka

    Jak informuje pracownik CBB tropienie, na przykład dłużnika za granicami naszego kraju może kosztować nawet kilkanaście tysięcy złotych.

    - Działamy w całej Europie - informuje śledczy. - Wiele zależy od zasobności portfela klienta. Gdy chodzi o duże pieniądze, ustalamy procent, jaki zostanie nam przelany przez komornika ściągającego dług.

    Do niedawna, przed podpisaniem przez Polskę umów ekstradycyjnych, takim bezpiecznym azylem dla oszustów były kraje południowej Europy. Gdy Hiszpania czy Włochy okazały się za ciasne dla oszustów, ci znaleźli sobie nową ziemię obiecaną.

    Czy policja musiała przegrać z Rutkowskim?

    - Jeśli ktoś znika z naprawdę dużymi pieniędzmi, to stać go na to, aby rozpocząć nowe życie w państwach północnej Afryki - przekonuje detektyw CBB.

    Maroko, Algieria, Tunezja ze wszelkimi europejskimi wygodami i nastawieniem na turystykę to idealne miejsca, aby się zaszyć przed wierzycielami.

    - Bywa, że ślad za człowiekiem, którego tropimy, urywa się w Ameryce Południowej - twierdzi detektyw. - Może się wydawać nieprawdopodobne, ale Kolumbia, Argentyna, Brazylia i Meksyk to kraje, w których "nasi" lokalni oszuści zaczynają nowe życie. Wiadomo, że jest tam trudno, ale człowiek, który zdefraudował fortunę, może sobie tam zapewnić spokój.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo