Tango na kółkach

Maja Erdmann maja.erdmann@pomorska.pl
Teatr nasz widzę ogromny, ale tylko z zewnątrz - wjechać na wózku się tutaj nie da, chyba, że zaproszę krzepkich kompanów
Teatr nasz widzę ogromny, ale tylko z zewnątrz - wjechać na wózku się tutaj nie da, chyba, że zaproszę krzepkich kompanów fot. jarosław pruss
Mój wózek jest czarny. Dla aktywnych, młodych niepełnosprawnych Sprawdziłam, czy uda mi się przejechać ulicami Bydgoszczy.

Dokładnie 12 lat temu po raz pierwszy wsiadłam na wózek inwalidzki, żeby sprawdzić jak niepełnosprawny może na kółkach przemieszczać się po Bydgoszczy. Na jakie bariery napotyka, z czym nie może sobie poradzić. Zaintrygowało mnie, dlaczego tak mało ludzi na wózkach jeździ naszymi ulicami?

Inwalida niepożądany

Tak jak wtedy rajd zaczynam od gmachu sądu przy Wałach Jagiellońskich. Nazwa tej instytucji zmieniła się z "wojewódzkiego" na "okręgowy".

Stosunek do niepełnosprawnych nie. Sąd kupił elektronicznie bramki antyterrorystyczne i każdy, kto do nich dotrze musi ochroniarzom pokazać co ma w torebce, ale pieniędzy na zniesienie barier architektonicznych już nie znaleziono. Żeby otworzyć ciężkie, sądowe drzwi trzeba by pokonać kilka wysokich stopni schodów. Na wózku się nie da. Inwalida nie dojedzie więc o własnych siłach do odpowiedniego wydziału, by załatwić, na przykład, odpis z księgi wieczystej, czy w razie konieczności stawić się na rozprawę. No chyba, że ma kilku krzepkich przyjaciół, którzy wezmą go na ręce i wniosą do budynku. A jak siłaczy w kręgu znajomych nie ma?

Razem z Mają Erdmann bydgoskie ulice przemierzał z kamerą Maciej Wasilewski, m.in. autor zdjęć do dokumentalnego filmu Józefa Herolda "Schengen - dwie granice"

Odwracam się w stronę przejścia dla pieszych i... tu zaszła zmiana. Nie ma krawężnika i swobodnie można przejechać na drugą stronę ulicy. Jednak, no właśnie, przede mną schody w dół prowadzące do ulicy Pod Blankami. Próba zjechania na wylewce dla wózków dziecięcych graniczy z głupotą. Samemu się nie da. Ryzyko jest takie jakby dać cioci Krysi narty i kazać jej skakać jak Małyszowi.
- Może pomóc? - pyta może trzydziestoletni mężczyzna. Chętnie przystaję na propozycję. Mężczyzna poci się, sapie, ale jakoś udaje mu się przetransportować mnie w dół. Jest zmęczony, ale z uśmiechem mówi: - Ja wiem, jak wam ciężko jest żyć w tym mieście. Moja babcia też ma wózek, ale tylko ją na spacerki po ogrodzie wyprowadzamy. Ciężko wozić. Sama, to by nawet z domu nie wyszła, bo mieszka na trzecim piętrze. - Musi wam być ciężko. - No, babcia swoje waży, ale my z miłości zrobimy dla niej wszystko.

Po 12 latach na pewno zmieniła się jedna sprawa. I to na lepsze! Ludzie są o wiele bardziej życzliwi. Często się uśmiechają. Nie patrzą na samotnika na wózku jak na dziwoląga. Nie pokazują dzieciom palcami. Nie starają się odwracać wzroku od inwalidy. Dziwne? Nie pamiętacie? Tak było. Pamiętam.

Wielu niepełnosprawnych przykutych do wózków spędza swoje życie nie wychodząc na ulicę. Polska Akademia Nauk szacuje że w Polsce żyje około 4 milionów osób niepełnosprawnych. Przynajmniej 800 tysięcy musi korzystać z wózków. To tyle co dwa miasta wielkości Bydgoszczy.

Pamiętam, jak wtedy wjechałam kółkiem wózka między tory tramwajowe na przejściu dla pieszych. Prawie się wywróciłam, torebka spadła z kolan. Właśnie najeżdżał tramwaj. Motorniczy zamiast przyhamować, dzwonił na alarm. Ludzie stali i patrzyli, co się stanie. Dopiero gdy wagoniki się zatrzymały, ktoś się ocknął i pomógł mi zjechać z jezdni. Teraz znowu się zaklinowałam. Tym razem na ulicy, którą można nazwać horrorem wózków nie tylko inwalidzkich, ale i dziecięcych - na Chodkiewicza. Od razu kilka osób zauważyło co się święci. Samochody grzecznie się zatrzymały i czekały aż dwie starsze panie sprowadzą mnie z ulicy. Całą i zdrową. Bardzo im dziękuję. Nie musiałam nawet prosić o pomoc. Same ruszyły na odsiecz.

Windą do prezydenta
Kolejnym etapem jest Urząd Miejski. Kilkanaście lat temu nie było nawet co marzyć o wizycie u prezydenta, czy załatwieniu spraw w poszczególnych wydziałach. A tu zmiana i to jaka! Przed furtką ratuszową dzwonek dla niepełnosprawnych. Dzwonię, bramka się otwiera. Portier wygląda na zewnątrz. Podjazd pod same drzwi ratusza. Elegancko. Pan z ochrony uprzejmie prowadzi mnie do windy i pyta: - W jakiej sprawie? Jeśli są problemy z dotarciem do któregoś wydziału, zapraszamy odpowiednią osobę tutaj. Można porozmawiać w wydziale osób niepełnosprawnych, a urzędnik przyjdzie do pani.

I jest sielsko. Ale... Jest toaleta dla niepełnosprawnych. Tyle że zamknięta na głucho. Długo trzeba pytać w magistrackich pokojach, kto dysponuje kluczem.
Sprawa toalet to kolejny problem. Gdy niepełnosprawny musi z nich skorzystać, zaczynają się prawdziwe schody. Jedynym szaletem w centrum miasta dostosowanym dla niepełnosprawnych jest ten przy ulicy Pod Blankami. Inne to dziury w ziemi charakteryzujące się stromymi, wąskimi schodami.
Podobnie nie do przejścia są schody większości restauracji i knajpek. Bez towarzystwa silnych osób nie da rady zjeść w centrum miasta. Miłe wyjątki to restauracje Sowa i - od zawsze - Hotel Pod Orłem.

Życie duchowe
Z kultury w Bydgoszczy może niepełnosprawna osoba zrezygnować. I tak się nie dostanie do muzeum, teatru czy filharmonii. Tylko w Biurze Wystaw Artystycznych w ramach wyjątku niepełnosprawnych dowozi się windą towarową. Można więc sobie wystawy pooglądać. Po drodze nie spotkałam ani jednego kościoła otwartego na niepełnosprawnych. Wszędzie schody. Chyba, że wierni pomogą i litościwie wtargają inwalidę razem z wózkiem do świątyni.

Najgorzej jednak, sprawa wygląda z dostępem do filharmonii od strony ulicy Słowackiego. Tu nie można się przecisnąć między samochodami parkującymi na chodnikach. Nijak wózkiem bez zarysowania aut nie da się przejechać. Można jedynie krążyć naokoło i przez park spróbować. Patrzę, jest wolne miejsce! O dziwo nie ma wysokiego krawężnika - zmory wszystkich samodzielnych wózkowi czów. Ale to pułapka. Kółka wózka przyblokowały się na kilkunastocentymetrowej wyrwie tuż przed podjazdem. Koniec, kultury nie będzie. Spaceru po alejkach parkowych też.
Klamkę można pocałować

Kilkanaście lat temu miejscem, gdzie niepełnosprawny mógł załatwić swoje sprawy był wydział zdrowia urzędu wojewódzkiego. Teraz podobną funkcję spełnia Narodowy Fundusz Zdrowia. Tu o niepełnosprawnych zadbano. Jest podjazd do windy: nowoczesnej i z sensorami. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie drzwi, które bronią dostępu do budynku. Są ciężkie i stylowe, i mają system samozamykający tak przykręcony, że nijak nie da się ich otworzyć siedząc na wózku. Pomagać więc muszą petenci NFZ. Drzwi z takim systemem to prawdziwa zmora. Być może jest to sposób na tych, którzy zapominają je zamknąć, ale bynajmniej nie są przyjazne ludziom na wózkach i matkom z małymi dziećmi. Podobne wrota są, na przykład w bydgoskim ZUS, przy św. Trójcy. Tam dodatkowo nie można porozmawiać z urzędnikami, bo zamknięto ich w boksach tak małych, że wózek tam nie wejdzie.

Bez szans na spacer
Czas dojechać do redakcji i tak jak dwanaście lat temu, pokonać całą Gdańską, główną ulicę miasta. Z początku idzie całkiem nieźle. Nie ma krawężników. Droga prosta i bezpieczna. Im dalej od centrum, tym gorzej. Połamane płyty chodnikowe, przejścia dla pieszych bez zjazdów dla wózków. Horror. Na całe szczęście przechodnie są bardzo mili. Bez wahania pytają, jak mogą pomóc. Targają wózek po wysokich krawężnikach. Pomagają wspiąć się na schody aptek i sklepów. Pan Rysiu też ma inwalidów w rodzinie. - Najtrudniej, to siostra ma. Dziecko po porażeniu mózgowym, teraz już skończy16 lat i swoje waży - opowiada prowadząc mnie przez przejście dla pieszych. - Młodego trzeba wozić po mieście, ale siostra sobie nie radzi, za słabe ręce ma na te chodniki. Na schody wózka z synem nie wtarga. Zawsze ludzie jej pomagają. Dla mnie więc normalka, że drugim pomagam.

Ręce mdleją mi z wysiłku. No i zaczynają się pułapki. Psie kupy na chodnikach. Chwila nieuwagi wystarczy, by w coś takiego wjechać. Gdy przyklei się do koła nijak się tego pozbyć nie można. A brudnych rąk umyć nie ma gdzie.
Wreszcie docieram na miejsce. Mogę zsiąść z narzędzia tortur jakim jest wózek inwalidzki. Mam odciski na brudnych dłoniach i obolałe mięśnie rąk. Czuję się jak człowiek, który przebył tor przeszkód. Mam ochotę zaprosić kogoś z władz miasta do takiej przejażdżki. Z chęcią przywiążę mu nogi do wózka i każę dotrzeć do ratusza.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie