Umierającej córeczce obiecała, że sobie poradzi. Teraz...

    Umierającej córeczce obiecała, że sobie poradzi. Teraz pomaga innym

    Roman Laudański

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Agnieszka Kaluga prowadzi blog "Zorkownia"

    Agnieszka Kaluga prowadzi blog "Zorkownia" ©archiwum rodzinne

    Dwie godziny przed śmiercią dziesięciodniowej córeczki Martynki, trzymając ją za rączkę, powiedziała: Jeżeli nie masz siły, żeby zostać, to pozwalam ci odejść. I obiecuję ci, że nie utonę. Tej obietnicy dotrzymała.
    Agnieszka Kaluga prowadzi blog "Zorkownia"

    Agnieszka Kaluga prowadzi blog "Zorkownia" ©archiwum rodzinne

    Agnieszka Kaluga, autorka zwycięskiego bloga "Zorkownia" na co dzień jest żoną i mamą 8-letniego Bartka. Z wykształcenia - panią od polskiego, uczyła przez rok w liceum. Wtedy zaszła w ciążę; jej córeczka zmarła. Działa w Stowarzyszeniu Rodziców po Stracie Dziecka "Dlaczego", jest wolontariuszem w hospicjum, organizuje spotkania dla rodziców po stracie.

    Przeczytaj także: Wielu ciężko chorych bez pomocy? Zabraknie pieniędzy?
    Podczas podróży poślubnej w Grecji poczęli ich pierwsze dziecko - Martynkę. Termin porodu wyznaczony był na kwiecień 2002 roku, ale córeczka urodziła się już w styczniu.

    Przeżyła 10 dni
    - Jest społeczne oczekiwanie, że po śmierci dziecka jednak ruszysz do przodu, weźmiesz się w garść - opowiada Agnieszka. - A ze mną po ośmiu miesiącach było coraz gorzej. Potrafiła rano usiąść w fotelu, a po południu stwierdzić, że ciągle siedzi w piżamie i jeszcze nie zjadła śniadania.

    Potworny marazm
    Dodaje, że czasami ludzie stają się aniołami, wcale o tym nie wiedząc. Zadzwoniła do niej prodziekan z uczelni. Zapytała, dlaczego taka świetna studentka jeszcze nie obroniła magisterki. Po dwóch tygodniach była po obronie.

    Następnie zrobiła kurs prawa jazdy. A kiedy podczas kolejnego egzaminu znowu zgasł silnik samochodu, w nerwach wyrzuciła z siebie wszystkie nieszczęścia, które ją spotkały. Egzaminator przyznał się, że zdążył już pochować dwóch synów.

    Czasem człowiek ma wrażenie, że dostaje coś na kredyt, ale w wieku 25 lat, po śmierci córki, była tak życiowo poobijana, że bardzo potrzebowała pomocnej dłoni przypadkowych aniołów.

    Bywa, że pomagają nam w życiu zupełnie obce osoby. - Kimś takim staram się być w hospicjum - mówi blogerka. - Wiem, że czasami spadam ludziom z nieba. Robię swoje i znikam.
    Ale o hospicjum za chwilę
    Po śmierci Martynki najbardziej chciała zostać mamą. Było mnóstwo komplikacji. Zaszła w ciążę - dodajmy - zagrożoną. Od trzeciego miesiąca leżała w szpitalu. Tym samym, w którym zmarła wcześniej jej córeczka. Pięcioosobowa sala szpitalna. Poronienia. Podtrzymanie ciąży bliźniaczej, kiedy jedno z dzieci już zmarło. Dramat za dramatem.

    Bartek urodził się w 29 tygodniu ciąży. Wcześniak. Drobina. Ważył niewiele więcej niż kilogram mąki. Trafił na ten sam oddział, na którym zmarła wcześniej Martynka. Podobny inkubator. I lekarze mówiący, że synek jest w ciężkim stanie. - Gdyby on nie przeżył, to nie podnieślibyśmy się z mężem z kolejnej tragedii - mówi. Może dlatego mały musiał żyć. Po tygodniu wyjechał z OIOM-u. Agnieszka mówi, że synek ma dwóch aniołów stróżów. Swojego i tego od Martynki.
    Kiedy urodziła syna, miała już siły by założyć Stowarzyszenie dla Rodziców po Stracie Dziecka "Dlaczego". Mają swoją stronę internetową. Organizują spotkania. W większości przychodzą mamy, ale jest także forum dla ojców, którzy choć często nie pokazują swoich emocji, też potrzebują pomocy.

    Opowiada, że jako społeczeństwo nie dorośliśmy do przegranych narodzin. Szpitale prześcigają się w akcjach rodzenia po ludzku. A kiedy wiadomo, że dziecko urodzi się martwe albo z wadami śmiertelnymi, to nikt nie wie, co powiedzieć. - Rodziłam Martynkę dziesięć lat temu. Przeżyłam horror rodem z PRL-u. Nie było obok psychologa. Teraz jest już trochę lepiej - dodaje Agnieszka Kaluga. - Ale czy położne - młode dziewczyny, które nie mają jeszcze własnych dzieci, potrafią się zachować przy rodzicach umierającego dziecka?

    Pyta również, jak rozmawiać z mamą, której malutka córka wypadła przez okno i zabiła się? Przecież to jest jej prywatny koniec świata. Później, po kilku latach, być może ta kobieta będzie mogła mieć następne dzieci, nowego męża, fajną pracę oraz dużo radości w sobie.

    Ale na razie ma koniec świata.

    Opowiada, że stowarzyszenie powstało z jej niezgody na samotność. Bo po stracie zostajemy sami. Jest rodzina, przyjaciele, ale czasami boją się do nas podejść, zadzwonić. - Potrzebowałam kogoś, kto do mnie przyjedzie, żeby ugotować razem obiad. Pójść razem na zakupy albo do kina. Bo co można robić po śmierci dziecka? Ile czasu spędzać w fotelu?
    Odwożąc syna do szkoły codziennie mijała poznańskie hospicjum. Zastanawiała się, czy mogłaby pomóc ludziom, którzy tam trafiają. - Czułam, że mogę tam zrobić coś dobrego - uśmiecha się Agnieszka. - Trochę się bałam, jak zareagują na ten pomysł moi bliscy, czy nie pomyślą, że skoro straciłam Martynkę, założyłam stowarzyszenie dla rodziców po stracie, to mam jakieś zaburzenia związane ze śmiercią?

    Później na raka płuc zachorował jej teść. Półtora miesiąca był w hospicjum. Odwiedzała go i przekonała się, że to jest dobre miejsce, które wcale nie wygląda jak umieralnia czy szpital.

    Kiedyś siedziała obok teścia, a do łóżka podeszła wolontariuszka, która robiła pacjentom zakupy. - Byłam zdziwiona, bo przecież sama mogłam to załatwić, ale teść powiedział mi, że to jest pani Jola, która jest wolontariuszką i właśnie w każdy czwartek robi zakupy dla pacjentów.

    Pani Jola opowiedziała jej wtedy o wolontariacie w hospicjum. Agnieszka skończyła półroczny kurs. Teraz sama pomaga w hospicjum.
    Niektórzy wolontariusze przychodzą do każdego pokoju i spędzają w nim 5-10 minut. Bo w jednym ktoś chce pogadać, a w drugim trzeba zaparzyć komuś herbatę. Agnieszka przychodzi tu na kilka godzin. I bardzo długo rozmawia z chorymi. - Lubię kogoś poznać bliżej, to mój sposób na wolontariat - tłumaczy. - Ale to boli, kiedy ta osoba odchodzi, umiera.

    Po pierwszej wizycie w hospicjum wróciła do domu, usiadła na podłodze w przedpokoju i zastanawiała się, jak po tych doświadczeniach ugotować obiad czy posprzątać. Jak normalnie żyć, kiedy wiadomo, że w hospicjum umiera właśnie człowiek, z którym szczerze rozmawiałeś? Internetowy blog stał się hospicyjną myśloodsiewnią. - Chodziłam z tymi ludźmi w głowie, było mi bardzo ciężko, a wtedy jeszcze nikt mi nie umarł - opowiada Agnieszka. - Zastanawiałam się, a jak udźwignę czyjąś śmierć.

    Na początku starała się tak pisać bloga, by nikt nie skojarzył jej z konkretnym hospicjum i nie zarzucił, że wykorzystuje czyjeś historie. Przełomem była śmierć 31-letniej Gosi (rak piersi), która osierociła dwuipółletnią córeczkę. Bardzo zaangażowała się w tę rodzinę.

    Wspomina Waldka, który osierocił troje (8, 7 i 5 lat) dzieci. Została z nimi 31-letnia wdowa. - Czasami mam zaszczyt zostać czyimś ostatnim przyjacielem - uśmiecha się Agnieszka. - Bardzo zaprzyjaźniłam się z Markiem-alkoholikiem. Miał trudne życie. W wieku 49 lat zerwał z alkoholem. Od dziesięciu lat był trzeźwy. Starał się odbudować relacje z dziećmi. Przy swojej parafii założył klub Anonimowych Alkoholików. I kiedy zaczął żyć - rozchorował się na raka. Myślała, że dopilnuje, żeby Marek nie umierał samotnie.

    Nie udało się
    Agnieszka: - Przyjechałam godzinę po jego śmierci. Byłam ostatnim przyjacielem w jego życiu. A na pogrzebie, kiedy ksiądz już odchodził, wzięłam mikrofon i powiedziałam tym alkoholikom, którzy przyszli na cmentarz, jakiego mieli kumpla.

    Opowiada, że spotkania z pacjentami są najróżniejsze. Czasem z wielkim bólem obserwuje, jak ludzie odchodzą niepogodzeni z rodziną. Widać np., że relacje matki z córką są straszne i w takiej chwili już nie ma czasu na kłótnie. Po prostu można by sobie odpuścić. Ale nie da się ludzi do tego zmusić. - W hospicjum jestem wersją de lux, kwiatkiem bez łodygi - opowiada Agnieszka. - Kiedy coś za bardzo mnie zaboli - mogę nie przyjść. Mam bardzo duży szacunek dla pielęgniarek i lekarzy, bo oni nie mają wyboru, muszą okroić się z emocji, żeby normalnie pracować.

    Na oddział wprowadzał ją wolontariusz Romek - "Atomek". Trzy tygodnie temu okazało się, że "Atomek" ma raka.
    Podczas rozstrzygnięcia konkursu na najlepszy blog wsłuchiwała się w słowa jurora, który opowiadał, jak to usiadł rano do komputera i nie mógł oderwać się od bloga. Mówił, że wygrywa blog, którego bohaterami, jak w powieściach Dickensa, są osoby wspaniałe, zupełnie zwyczajne, a nawet przegrane. - Pomyślałam: Boże, co to za blog?! - uśmiecha się Agnieszka. - A juror powiedział, że problem z tymi bohaterami polega na tym, że oni już wszyscy nie żyją.

    Wtedy zrozumiała, że mówił o jej "Zorkowni".

    Agnieszka Kaluga w konkursie Blog Roku 2011 zdobyła trzy wyróżnienia m.in. za najlepszy blog literacki, główne od wszystkich jurorów, tytuł Bloga Blogerów.
    Chce w przyszłości być dobrym psychologiem (bo po latach studiuje psychologię), ale czy tak się stanie? Pewnie nadal będzie organizować spotkania dla rodziców po stracie, a w hospicjum wysłucha i potrzyma za rękę kolejnych odchodzących.

    Opowiada, że w granicznych momentach życia wykuwa się nasze człowieczeństwo. To, kim jesteśmy. Ludzie, którzy nie doświadczyli czarnej dziury śmierci, korzystają z luksusu beztroskiego życia. Ale tacy jak ona stracili już naiwną radość życia. I żeby do niej dojść, muszą obejść cały świat. Zwykłym ludziom wystarczy do tego jeden krok.

    Zapewnia, że umie również celebrować życie. Wyjeżdżają całą rodziną w góry, gdzie kończy się droga, a telefony tracą zasięg.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (8)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (8) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo