Waldemar Brachucki to jedyny piłkarski trener z powiatu świeckiego, który w ostatnich latach odnosił sukcesy

Sławomir Wojciechowski
Waldemar Brachucki z zawodnikami i działaczami stara się zawsze utrzymywać dobre kontakty.
Waldemar Brachucki z zawodnikami i działaczami stara się zawsze utrzymywać dobre kontakty. Fot. Sławomir Wojciechowski
Udostępnij:
Trenerzy ze Świecia i okolic mało są cenieni przez klubowych działaczy z piątej i wyższych lig. Obecnie pracują co najwyżej w A klasie. W tym sezonie Dariusz Strzyżewski prowadzi Czarnych Lniano, a Marcin Kulewski Spartę Przysiersk.

W III, IV i V lidze zatrudniani są szkoleniowcy z Bydgoszczy, Grudziądza i Torunia.

Wyjątkiem jest Waldemar Brachucki, który trenerem jest od 17 lat. W przeszłości odnosił sukcesy z Gromem Osie, z którym w latach 2005-08 świętował dwa awanse. W 2010 roku pomógł awansować Sparcie Przysiersk do A klasy. W lipcu 2012 roku został zatrudniony w piątoli-gowej Chełminiance Chełmno. Trenowanie jej przyniosło mu najwięcej chluby. Najpierw był awans do IV ligi, a rok później historyczny do trzeciej. Co ważne, Brachucki dysponował niemal takim samym składem co jego poprzednik. Jaka jest recepta na awans?

- W Chełminiance, podobnie jak wcześniej w Sparcie, wystarczyły dwie-trzy korekty w składzie i wypaliło - podkreśla Waldemar Brachucki. - W życiu miałem dużo awansów jako zawodnik i trener. Chyba sprzyja mi szczęście. Poza tym, staram się żyć w zgodzie z ludźmi. Nie palę za sobą mostów. Jako trener najpierw stawiam na miejscowych piłkarzy, bo tylko oni mogą oddać za swój klub serce na boisku. Najemnicy za pieniądze tego nie gwarantują. W Chełmnie awanse osiągnęliśmy swoimi zawodnikami lub z powiatu. W Gromie miałem nieco inną sytuację, bo tam mogliśmy sobie pozwolić na transfery.

Sukcesy Brachuckiego związane są też z ofensywnym ustawieniem drużyny. - Dla mnie to jest chore, że ktoś jedzie 100-200 kilometrów na mecz i stawia "autobus" przed własnym polem karnym z nastawieniem, by jak najmniej przegrać - nie ukrywa popularny "Kostek". - Zasada jest prosta. Wygrywasz jak coś strzelisz, a jak nie strzelisz nic, to co najwyżej zremisujesz. Ponadto kibicom należy się jakieś widowisko za to, że przyszli na stadion. Dlatego drużyny, które prowadziłem nawet z silniejszymi rywalami prowadziły otwartą grę.
Waldemar Brachucki jest przykładem na to, że nie kursy i licencje zdobią trenera. Według przepisów PZPN nie prowadził on Chełminianki. W protokoły meczowe jako trener wpisywany był Rafał Baranowski. - Jak zdałem egzaminy trenerskie, to mogłem prowadzić nawet drużyny w I lidze - wyjaśnia "Kostek". - Sytuacja zmieniła się po wejściu do Unii Europejskiej, gdy pojawiły się licencje UEFA. Z uwagi na swoją podstawową pracę nie miałem czasu jeździć na kursy, które trwają kilka dni. Pojechali młodsi - w Gromie Michał Kleczkowski, a Chełminiance Rafał Baranowski. Im licencje się przydadzą. Oczywiście starałem się być na bieżąco z nowinkami.

W tym tygodniu Waldemar Brachucki zakończył pracę w Chełmnie. - Dzięki Chełminiance miałem okazję pierwszy raz pracować w III lidze. Jednak prowadzenie własnej działalności koliduje z byciem trenerem na tym poziomie. Nie dysponuję taką ilością czasu ile powinienem dać zespołowi. Jak coś robić, to dobrze. Trzeba też poświęcić czas rodzinie. Synowi niedawno urodziła się córka, więc doszły mi obowiązki dziadka. Od futbolu biorę urlop - dodaje trener.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie