Zbliża się 35 rocznica pożaru szpitala w Górnej Grupie

    Zbliża się 35 rocznica pożaru szpitala w Górnej Grupie

    Maciej Ciemny

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Chorzy nie mieli szans na ucieczkę. Ich ciała powyginane wraz z ramami posłań znaleźli strażacy. Zginęło 56 pacjentów.
    Pięć lat temu z inicjatywy parafii Niepokalanego Poczęcia w Świeciu i dyrekcji szpitala psychiatrycznego postawiono nowy grób upamiętniający tragicznie

    Pięć lat temu z inicjatywy parafii Niepokalanego Poczęcia w Świeciu i dyrekcji szpitala psychiatrycznego postawiono nowy grób upamiętniający tragicznie zmarłych. Wyryto na nim nazwiska wszystkich pochowanych. ©Andrzej Bartniak

    Pod koniec miesiąca będzie miała miejsce 35 rocznica pożaru w Górnej Grupie. W nocy z 30 na 31 października 1980 roku w filii szpitala psychiatrycznego mieszczącego się na terenie gminy Dragacz zginęło w pożarze 54 pacjentów. Dwóch kolejnych zmarło w szpitalu. 46 pochowano w zbiorowej mogile na szpitalnym cmentarzu w Świeciu.

    To jeden z najbardziej przerażających pożarów, do jakich doszło na Pomorzu i Kujawach w drugiej połowie XX wieku. O wypadku śpiewał Jacek Kaczmarski, a wokół tragicznych wydarzeń była osnuta fabuła filmu kryminalnego „Jeziorak” z zeszłego roku.

    Przed wojną ogromny gmach był siedzibą księży werbistów. Dziś jest podobnie, ale nie zawsze tak było.
    Przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 r. posiadłość należała do rodziny Bismarcków. Miała w niej mieszkać sama siostra cesarza Otto von Bismarcka, który Prusy uczynił potęgą militarną i gospodarczą. Nieruchomość przejęło odradzające się państwo polskie, a po kilku latach wykupili ją werbiści. Rozbudowali gmach. Budowa zakończyła się w 1927 r. Klasztor otacza kilkuhektarowy park.

    Chorzy zamiast werbistów
    Po wojnie dobra zakonne znacjonalizowano. Seminarium duchowne zamknięto nagle w 1952 r. Kleryków zwolniono, a w budynku pozwolono pozostać ledwie pięciu werbistom. Niezwłocznie przewieziono do Górnej Grupy pacjentów szpitala psychiatrycznego ze Świecia, który w tym czasie był największym tego typu zespołem w Polsce. Miał liczne filie, choćby w Morsku i na Żurawiej Kępie. W latach siedemdziesiątych cały kompleks leczył jednorazowo nawet do dwóch tysięcy pacjentów. W dawnym klasztorze werbistów według różnych źródeł przebywało od czterystu do pięciuset chorych.

    Szpital psychiatryczny w Świeciu obchodził dwa tygodnie temu swoje 160-lecie. To najstarsza tego typu placówka na terenie Polski. W przypominanej na naszych łamach historii lecznicy można było przeczytać m.in., że w 1828 r. po sekularyzacji klasztoru bernardynów w Świeciu powstał stułóżkowy Szpital Krajowy, a w nim dwadzieścia łóżek dla chorych psychicznie. Oficjalnie lecznica rozpoczęła swoją działalność 1 kwietnia 1855 r. Początkowo liczyła 200 łóżek.

    W 1920 r. Szpital został przejęty przez władze polskie. Pierwszym polskim dyrektorem został Stanisław Dekow­ski. Powstały wtedy liczne warsztaty rzemieślnicze, w których przeprowadzano terapię pracą. Szpital posiadał gospodarstwo rolne o obszarze 300 mórg magdeburskich. W tym czasie organizowano również kursy pielęgniarskie dla podniesienia kwalifikacji personelu. Poza tym zlikwidowano także wysokie mury okalające szpital.

    Jeszcze w czasach PRL szpital w Świeciu był częstym miejscem wycieczek mieszkańców. Pacjenci w ramach terapii dbali o utrzymanie w czystości parkowych alej. Mogli odpoczywać przy kilku znajdujących się na terenie kompleksu fontannach. Działała również szkoła podstawowa. W latach dziewięćdziesiątych lecznica podupadła. Trafiła pod nadzór samorządu wojewódzkiego i przez długi okres nie znajdowano pieniędzy nie tylko na potrzebne remonty, ale również na niezbędne naprawy. Sytuacja zmieniła się dopiero niedawno. Sukcesywnie odnawiane są kolejne oddziały.

    Na pierwszy rzut oka PRL-owska sielanka ze Świecia nie miała nawet przez chwilę miejsca w podległych filiach. Te były zaniedbane, nieprzystosowane do leczenia pacjentów, w ogóle nie były budowane z myślą o hospitalizacji, a już na pewno nie takiej liczby osób.

    W Górnej Grupie praktycznie z całych kondygnacji tworzono wieloosobowe sale, gdzie przebywało nawet kilkadziesiąt osób.
    Pozostawiano jedynie małe pomieszczenia dla personelu i kuchni. Obsługa chorych miała również do dyspozycji toaletę, o czym pacjenci mogli marzyć. Im musiały wystarczać wiadra, do których załatwiali się stojąc w kolejce.

    Łóżka tylko na sen
    Niczym w wojsku nie mogli również za wcześnie kłaść się do łóżek. Czas spędzali albo w sali pobytu dziennego, albo na dziedzińcu. Za dnia mogli jedynie poleżeć na ziemi. Andrzej Michorzewski był dyrektorem szpitala w Świeciu w latach dziewięćdziesiątych. Po godzinach zasłynął jako twórca tekstów dla toruńskiej Kobranocki. W latach siedemdziesiątych praktykował na oddziale w Górnej Grupie. – Nie mogłem pojąć, co się dzieje. Koledzy wyjaśnili mi, że chorzy leżą na podłodze, bo pobrudzą łóżka. A tak wieczorem się umyją i trafią do czystych łóżek. Byłem w szoku – mówił ponad dziesięć lat temu Michorzewski w reportażu na łamach lokalnej prasy.

    Łóżek i tak nie można było utrzymać w czystości, bo chorzy trzymali na nich cały swój dobytek. Brakowało miejsca na szafki. Wystarczająco ściśnięte były już posłania pacjentów. Nie można było wokół nich przejść.

    Pożar wybuchł w nocy. Jego przyczyną była nieszczelność instalacji kominowej. Ogień pojawił się na drugim piętrze. W starych murach rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Od sali, na której zamknięci byli chorzy nie można było znaleźć kluczy w harmidrze, który wybuchł. Część pacjentów była poprzywiązywana pasami do łóżek. Nie mieli szans na ucieczkę. Ich ciała powyginane wraz z ramami posłań znaleźli strażacy. Reszta martwych kłębiła się pod drzwiami. Nie byli w stanie otworzyć drzwi.

    Cmentarz w Świeciu
    Czterdziestu sześciu pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu szpitala w Świeciu. Początkowo bez nazwisk. Te pojawiły się na krzyżu, który postawiono obok dopiero w latach dziewięćdziesiątych.

    Pięć lat temu, z powodu trzydziestej rocznicy pożaru, postawiono nowy nagrobek z wyrytymi nazwiskami wszystkich pochowanych. W uroczystości wzięli udział druhowie ochotniczych jednostek z gminy Dragacz, którzy jako pierwsi stawili się na miejscu pożaru w 1980 r.

    Po tragedii zlikwidowano filie szpitala. Z czasem zrezygnowano z przykuwania na noc do łóżek. Znalazły się pieniądze na leki na bezsenność.

    Po upadku PRL-u nieruchomość wróciła do werbistów. Ofiary upamiętnił Jacek Kaczmarski w piosence „A my nie chcemy uciekać stąd”, która stała się jednym z rozsławionych antykomunistycznych protest songów, gdzie szpital psychiatryczny interpretowano jako cały PRL, a chorymi byli wszyscy Polacy.

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (1) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej