Jan Rulewski: Ból był wliczony

rozmawiała Agnieszka Wirkus
Jan Rulewski
Jan Rulewski Fot. autorka
Rozmowa z senatoremJanem Rulewskim byłym liderem bydgoskiej "Solidarności"

Jan Rulewski

Jan Rulewski

Polityk, związkowiec, poseł na Sejm trzech kadencji. W wyborach w 2007 r. zdobył mandat senatorski, startując z listy PO. Kieruje zespołem przygotowującym obchody 27. rocznicy wydarzeń Bydgoskiego Marca 1981, którym patronuje "Gazeta Pomorska". 17 marca Bydgoszcz będzie miejscem spotkania przedstawicieli Związku Miast Polskich. Tego dnia odbędzie się sesja "Rzeczpospolita Obywatelska. Ku odpowiedzialnej wolności". 19 marca to dzień finału ogólnopolskiego konkursu "Bydgoski marzec 1981-Twój krok ku wolności". Odbędzie się również premiera dokumentalnego filmu, zrealizowanego na podstawie niedawno odnalezionych taśm z 1981 r.
Polityk, związkowiec, poseł na Sejm trzech kadencji. W wyborach w 2007 r. zdobył mandat senatorski, startując z listy PO. Kieruje zespołem przygotowującym obchody 27. rocznicy wydarzeń Bydgoskiego Marca 1981, którym patronuje "Gazeta Pomorska". 17 marca Bydgoszcz będzie miejscem spotkania przedstawicieli Związku Miast Polskich. Tego dnia odbędzie się sesja "Rzeczpospolita Obywatelska. Ku odpowiedzialnej wolności". 19 marca to dzień finału ogólnopolskiego konkursu "Bydgoski marzec 1981-Twój krok ku wolności". Odbędzie się również premiera dokumentalnego filmu, zrealizowanego na podstawie niedawno odnalezionych taśm z 1981 r.

- Pańskiemu zębowi postawiono pomnik.
- Nie. To "broda", którą temu pomnikowi dopisali dziennikarze. Ja byłem przeciwnikiem ustawienia kamienia.

- Pomnik - kamień upamiętnia wydarzenia z marca 1981 roku, gdy delegacja "Solidarności" pojawiła się na sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej. Pan był jednym ze związkowców, którzy nie zgodzili się na przerwę w obradach i razem z radnymi pozostali na sali. W wyniku tego został pan pobity - wybito panu kilka zębów, zaczęły strajkować zakłady pracy, a marzec '81 stał się jedną z najważniejszych chwil w historii Bydgoszczy. Mimo to, w obszernym życiorysie, zamieszczonym na pańskiej stronie internetowej, nie wspomina pan o tamtych wydarzeniach. Dlaczego?
- Ta historia jest znana. Nawet zbyt znana, wręcz przereklamowana i ukazująca przez to niesłuszny obraz tego co się wówczas stało. Redukuje się tamte wydarzenia do swoistego pojedynku na pięści między dowódcą milicji a mną. A przecież wówczas ważniejsze było coś zupełnie innego.

- Czyli?
- Nasz marzec objął całą Polskę, a nawet wyszedł poza jej granice. Zaskoczył wszystkich. Nikt nie był w stanie dojrzeć tych wszystkich powodów, dla jakich ludzie tak tłumnie i z taką determinacją, poświeceniem i wiarą wystąpili w geście solidarności z pobitymi. Zademonstrowali władzy, że tak dalej być nie może.

- Kulminacyjnym momentem tamtego marca była sesja WRN. "Solidarność" otrzymała na nią tylko sześć zaproszeń. Przyszło jednak - według różnych relacji - 25, 30, 34 związkowców.
- Liczba zaproszeń była tematem negocjacji. To śmieszne, bo każda władza chce, aby jak najwięcej osób oglądało jej "popisy". Tymczasem my musieliśmy wówczas prosić o pozwolenie na wstęp. Wynegocjowaliśmy niecałe dziesięć zaproszeń. Delegacja składała się z członków "Solidarności", niezalegalizowanych wówczas chłopskich związków zawodowych i przedstawicieli kościoła. Liczba delegatów wzrosła do około 15 osób. Nie wiedzieliśmy wtedy, że wśród nas ukryli się tajni funkcjonariusze SB. Wyróżniali się przypiętymi do ubrań znaczkami honorowych dawców krwi.

- Czy udając się na sesję, obawialiście się skutków waszego postępowania? Do Bydgoszczy ściągnięto milicjantów z innych miast. Wy zaś mieliście dyskutować nie tylko o problemach w dostawach żywności, ale i poruszyć drażliwy wówczas problem legalizacji rolniczych związków zawodowych. Myśleliście o konsekwencjach?
- Publicznie zapytałem komendanta milicji, czy w związku z sesją planowane są jakieś działania mundurowych. Odpowiedział: "Panie Janku, pan wie, że milicja w Bydgoszczy nigdy nie użyje siły przeciw robotnikom". Dodał, że przyjazd większej grupy stróżów prawa jest związany z przygotowaniem miasta do ruchu turystycznego.

Kalendarium

Kalendarium

8 luty 1981 - w Bydgoszczy manifestuje ok. 20 tys. osób. Żądają zarejestrowania "Solidarności Chłopskiej" i "Solidarności Wiejskiej".
12 marca 1981 - na terenie województwa bydgoskiego Zarząd Wojewódzki NSZZ"Solidarność" Rolników Indywidualnych ogłasza pogotowie strajkowe
16 marca 1981 - gdy Zjednoczone Stronnictwo Ludowe odmawia udzielenia pomocy, rolnicza "Solidarność" rozpoczyna w siedzibie organizacji strajk okupacyjny
17 marca 1981 - do strajkujących dołączają przedstawiciele Zjednoczonego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych "Solidarność". Wspólnie tworzą Ogólnopolski Komitet Strajkowy i żądają, aby rząd uznał wiejską "Solidarności" jako reprezentanta indywidualnych rolników
19 marca 1981 - sesja Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Posiedzenie zostaje przerwane, zanim głos zabiera delegacja "Solidarności". Związkowcy wraz z częścią radnych pozostają w sali. Wspólnie przygotowują komunikat. Delegaci zostają usunięci z sali siłą.
30 marca 1981 - podpisane zostaje "porozumienie warszawskie". Zajście z sesji uznano za niezgodne z zasadami rozwiązywania konfliktów społecznych

- W marcu?
- W marcu. Uwierzyliśmy w zapewnianie komendanta, bo czy ktoś mógł się obawiać kilkuosobowej delegacji?

- Musieliście się czegoś obawiać. Czego?
- Małostkowości bydgoskiej. To znaczy, że radni posłuchają, głowami sędziwymi pokiwają i pojadą do domu. Powiedzą żonom: "A wiesz ten Rulewski... A wiesz ta "Solidarność"... A tak naprawdę droga żono to załatwiłem dodatkową kostkę masła". To akurat jest prawdą, bo masło było w WRN wydawane.

- Wy jednak nie zdążyliście nawet przedstawić swoich postulatów. Zanim radni dotarli do tego punktu obrad, sesja została przerwana.
- To była niespodzianka i zwycięstwo. Znak, że potraktowano nas poważnie. Sprawa nie rozmyła się w zdobycznej kostce masła. Odbyła się wielka debata na temat tego, co dalej z Polską.

- Kiedy przerwano sesję, pan przeskoczył przez barierki, chwycił mikrofon i próbował zatrzymać radnych, którzy opuszczali salę. Jak pan przekonał grupę kilkudziesięciu radnych do pozostania?
- Widziałem koniec sprawy. Obawiałem się, że efektem przerwania obrad będzie radykalizacja działań związku. Zostaliśmy przecież obrażeni. Gdy dobiegłem do mikrofonu i zacząłem nawoływać radnych, liczyłem że uda się dokończyć sesję. Chciałem ich skłonić do dyskusji, a nie do ucieczki od tematu. Przecież region bydgoski był wówczas obok poznańskiego największym zagłębiem chłopskim. Rolnicy byli bardziej wyzyskiwani niż robotnicy. Nie mieli ruchu, który by ich bronił. Uznałem, że mamy szczególne prawo, aby dążyć do zalegalizowania rolniczych związków oraz spróbować zrealizować u siebie postulat wyżywienia narodu.

- Część radnych została na sali, ale obrad nie udało się już kontynuować. Postanowiliście przygotować wspólny komunikat. Prace nad nim musiały być trudne. Reprezentowaliście różne środowiska....
- ... i musieliśmy sobie poradzić z dość skomplikowaną sytuacją. Nieoficjalnie usłyszałem, że grozi mi więzienie, jeśli nadal będę przebywał w sali obrad. Pojawiały się też różne tajemnicze postacie.

- Tajemnicze?
- Tajemnicze, czyli cywilne. Sądziłem, że są to radni lub związkowcy. Nie wiedzieliśmy wówczas, że już poprzedniego dnia na strychu WRN byli milicjanci. Urzędnikom wyjaśniono, że mają zabezpieczyć budynek przed pożarem. Nie mieliśmy też pojęcia, że portierzy zostali wymienieni na funkcjonariuszy chyba SB i milicji. Gdy nieco spóźnieni próbowaliśmy wejść na salę, jakiś osobnik w cywilu zaczął nas sprawdzać. Nasza delegacja liczyła bowiem więcej osób niż posiadaliśmy zaproszeń. Doszło do sprzeczki, o to czy wpuścić więcej związkowców. Zwracam uwagę, że widownia miała wówczas 50 wolnych miejsc. A tu był problem, czy może wejść dodatkowo sześć lub siedem osób. Jeden z funkcjonariuszy pytał drugiego. Na to odezwał się dyrektor któregoś z wydziałów: "Wpuścić, wpuścić, bo mamy w końcu demokrację".

- Później niektórzy twierdzili, że przyszliście na sesję z plecakami i zapasem żywności.
- Nie zamierzaliśmy okupować sali. Gdy przerwano obrady, zgodziliśmy się, że my - obrażeni z pustymi rękoma budynku nie opuścimy. Dlatego chcieliśmy opracować komunikat. Pracę nad nim utrudniał ówczesny wicewojewoda Roman Bąk, który prawem kaduka wzywał radnych do przejścia do innej sali. Mimo że przeszkadzało nam dużo innych osób, w końcu przygotowaliśmy komunikat. Domagaliśmy się w nim m.in. dokończenia sesji w ciągu siedmiu dni. Gdy zaczynaliśmy odczytywać wspólne stanowisko, do sali wkroczyli milicjanci.

- W jaki sposób wyprowadzono was z sali?
- Usiedliśmy w kącie. Kobiety w środku, my z brzegu, chwyciliśmy się za ramiona. Powiedzieliśmy, że nie wyjdziemy, a tym bardziej na polecenie milicji. Nawet nie zdążyliśmy wszyscy dobrze zająć miejsc, gdy zaczęto nas szarpać. Nie robili tego wcale mundurowi. Najpierw chwycili nasi ci, którzy stanowili część naszej delegacji, czyli "honorowi dawcy krwi".

- Zaczęli was wyprowadzać z sali...
- ... kopali, bili w głowę. Niedaleko kąta, w którym się zebraliśmy, za kotarą były ukryte drzwi. Niespodziewanie otworzono je i zaczęto wypychać nas w kierunku parku. Mnie wynosiło sześć lub osiem osób. Nie godziłem się na opuszczenie sali w pozycji pionowej. Gdy "ugniatano" mnie kastetami, krzyczałem z bólu. W parku zobaczyłem tylko zbliżający się do mnie cień. Poczułem uderzenie i straciłem przytomność. Wtedy bijący się przerazili. Nie mogli mnie wyprowadzić za ogrodzenie, bo na bramę napierał tłum. Wnieśli mnie z powrotem do budynku. Teraz już okupowałem salę na życzenie władzy. W środku znajdowała się też grupa radnych, od których odgradzał nas kordon milicji. Mundurowi cały czas nas filmowali. Podobno wierzyli, że urządzimy w budynku bijatykę, będziemy rzucać krzesłami i długopisami. Tymczasem my usiedliśmy w kącie.

- W końcu wyniesiono was z budynku. Pan i inni pobici trafiliście do szpitala. Zajęli się wami lekarze, a na miejscu pojawił się Lech Wałęsa, z którym rozmawiał pan telefonicznie tuż po przerwaniu obrad. Wówczas Wałęsa nakłaniał pana do spokojnego rozwiązania sprawy.
- Mówił: "My nic z tego nie będziemy mieli. Lepiej wyjść z sali i poza nią rozmawiać z radnymi". Przyznał jednak, że decyzja należy do mnie. Dodał tylko, żebym nie dał się stłuc.

- A jednak się pan dał "stłuc".
- Nie sprowadzajmy tych wydarzeń tylko do tego. Pobicie mnie i pozostałych związkowców nie było najważniejsze. Ból był, ale myśmy go wkalkulowali. Wiedzieliśmy, że nie możemy pokazać, iż walczymy na niby.

- Nie daliście się. Był sukces.
- Popierał nas Kościół i radni, którzy w wyniku tych wydarzeń stali się radnymi z krwi i kości. Zrozumieli, że są przedstawicielami społeczeństwa, którzy dążą do osiągnięcia celów reprezentowanych przez nich obywateli. W końcu też władza, która zawsze mówiła rolnikom: "Niet!", musiała ustąpić. 17 kwietnia zarejestrowano chłopski związek zawodowy. Bez bydgoskiego marca by się nie udało.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie