- Przez 24 lat pracowała pani w jednej z największych firm ubezpieczeniowych i ścigała klientów, którzy próbowali wyłudzić odszkodowania. Dużo ich było? - rozmowa z Małgorzatą Klemczak, specjalistką od przestępczości ubezpieczeniowej, która ściga przestępców ubezpieczeniowych.

Małgorzata Klemczak odpowiada: - Sporo ich było. Około 40 procent roszczeń było nieuzasadnionych. Gdybyśmy tego nie sprawdzali, to tylko na Kujawach i Pomorzu moja firma traciłaby rocznie 800-900 tysięcy złotych. Klienci oszukiwali na różnych ubezpieczeniach, ale najbardziej na komunikacyjnych.

Czytaj też: Czytaj też: PZU. Firma, w której dobry pracownik to... przede wszystkim milczący pracownik

- Dlaczego?

- Jeszcze w latach 90. każdy kierowca musiał posiadać pakiet polis: od odpowiedzialności cywilnej, autocasco oraz od następstw nieszczęśliwych wypadków. Gdy z tego zrezygnowano i obowiązkowe stało się tylko OC, ceny AC poszły w górę. Wielu kierowców nie było stać na taką polisę. Dlatego niektórzy zaczęli oszukiwać, by zdobyć pieniądze na naprawę aut.

 

- W jaki sposób wyłudzali gotówkę?


- Są dwa typy oszustów: okazjonalni i sytuacyjni. Ci drudzy zazwyczaj łamią prawo tylko raz w życiu. Przykładowo kierowca wpada w poślizg i uderza w słup. Nie ma AC i brakuje mu pieniędzy na remont samochodu. Szuka więc "sprawcy". Zazwyczaj dogaduje się ze znajomym lub kimś z rodziny, by wziął odpowiedzialność na siebie. Naprawia samochód z jego polisy OC, zwraca mu równowartość utraconej zniżki, dzieli się odszkodowaniem lub w inny, wcześniej ustalony sposób odwdzięcza się za przysługę.

- A jak działa oszust okazjonalny?

- Częściej. I to nie okazja czyni złodzieja, ale złodziej tej okazji szuka lub ją tworzy. Sposobów oszukiwania jest wiele - między innymi "jazda na stłuczkę". Kierowca ma już uszkodzony wóz. Ale nie chce z własnej kieszeni płacić za naprawę lub wymianę części. Jeździ więc tak, aby ktoś w niego uderzył. Zorganizowane grupy przestępców mają nawet swoich tzw. żołnierzy, którzy poobijanym samochodem krążą na przykład po rondzie Bernardyńskim w Bydgoszczy. Wiedzą jak zajechać komuś drogę, by ten uderzył w ich pojazd. Wina przypisywana jest przypadkowemu kierowcy, a oszust może ubiegać się o odszkodowanie jego z polisy OC.



- Jeśli oszukują w ten sam sposób wiele razy, to przecież w końcu firma ubezpieczeniowa musi zwrócić na nich uwagę.


- Jednak niekoniecznie zrobi to szybko. Towarzystwa mają mnóstwo spraw, pośród których giną te drobniejsze. Dopiero gdy pracownik firmy przejrzy dane Kowalskiego, to zauważy, że przez rok miał on kilkanaście kolizji. Problem w tym, że zakłady ubezpieczeń nie zawsze chcą zajmować się wyłudzaniem mniejszych odszkodowań. To błąd! Bo takich spraw jest sporo, przestępcy czują się bezkarni i straty branży rosną.

Mój rekordzista miał 36 stłuczek. Mężczyzna ładował swoje zniszczone BMW na lawetę. Zawoził je w różne miejsca w kraju, pozorował kolizję i wyłudzał odszkodowanie. W końcu wpadł. Umówił się z rolnikiem, że ten wjedzie w niego traktorem. W zamian obiecał mu cztery skrzynki taniego wina. Po stłuczce dał gospodarzowi jednak tylko dwie skrzynki. Rolnik wściekł się i o wszystkim opowiedział policji. Okazało się, że kierowca wyłudził z różnych firm około 40 odszkodowań. Zarobił na tym w przybliżeniu 150 tysięcy złotych.

- Ludzie często informują o oszustwach?

- Tak. Zazwyczaj wolą anonimowo skontaktować się z firmą ubezpieczeniową, niż z policją. Idąc na komendę, obawiają się, że będą musieli zeznawać przed sądem. Niektórzy wolą tego uniknąć. Tym bardziej jeśli donoszą na kolegów, na których chcą się zemścić.

- Jak udawało się pani ustalić, że ktoś próbuje wyłudzić odszkodowanie?

- Szkody są weryfikowane według różnych parametrów, które budzą wątpliwości, podejrzenia. Przykładowo sprawca był młody lub w podobnym wieku co właściciel zniszczonego samochodu albo poszkodowany jechał nowym autem, zaś sprawca starym gratem. Miałam zebrane dowody - między innymi oględziny miejsca zdarzenie, wstępne analizy techniczne. W oparciu o te dokumenty rozmawiałam ze stronami i świadkami. Sprawdzałam, czy wszystko do siebie pasuje. Jeśli nie, a dowody wskazywały, że to oszustwo, musiałam zawiadomić o nim prokuraturę. Przekonywałam też rozmówców, aby opowiedzieli o prawdziwych okoliczności uszkodzenia samochodu jeszcze gdy sprawą zajmuje się zakład ubezpieczeń.



- Co mogli oni na tym zyskać?


- W polskim prawie istnieje instytucja czynnego żalu. Gdy podejrzany przyznaje się do winy, prokuratura umarza przeciwko niemu sprawę i nie zostaje on ukarany. Jeśli nie okaże czynnego żalu, to już za samą próbę wyłudzenia odszkodowania może dostać od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

 

- Oszuści ubezpieczeniowi idą siedzieć?

- Tylko członkowie grup przestępczych. Pozostali dostają co najwyżej wyrok w zawieszeniu. Proszę jednak pamiętać, że teraz prawie każdy pracodawca żąda od nowego pracownika zaświadczenia o niekaralności.

- Jaki jest profil typowego wyłudzacza odszkodowań?

- Coraz częściej wśród tych okazjonalnych są osoby, urodzone w latach 80. Dość dużo oszustów to osoby z branży motoryzacyjnej - między innymi mechanicy. Tymczasem sytuacyjni wyłudzacze często są budowlańcami, kucharzami, stolarzami. Tak przynajmniej wynika z moich dotychczasowych obserwacji. Wraz z dwoma kolegami otworzyłam firmę. Będę między innymi przyjmowała zlecenia od różnych towarzystw i wspierała je w walce z przestępczością ubezpieczeniową. Może wtedy trochę zmieni się mój profil typowego oszusta.

- Dużo mówiła pani o ubezpieczeniach komunikacyjnych. A co się dzieje z pieniędzmi z innych polis?

- Też nie zawsze trafiają we właściwe ręce. Częściowo dzieje się tak z powodu wadliwych przepisów. Gdy ktoś ubezpiecza mieszkanie lub dom, agent nie musi nawet zobaczyć tego lokalu. Tymczasem klient może twierdzić iż posiada bardzo drogi sprzęt elektroniczny. Podaje ogólną kwotę nie wskazując jakiej marki oraz jakości jest jego telewizor, DVD, komputer i tym podobne urządzenia. To błąd! Przedstawiciel towarzystwa powinien dokładnie wiedzieć co ubezpiecza.

- Czy oszuści zmienili ostatnio sposoby działania?

- Nowymi graczami na rynku są kancelarie odszkodowawcze, które walczą o pieniądze dla swoich klientów. Wiele firm działa jednak nieuczciwie i nieetycznie. Klientów szukają w szpitalach. Biorą wysokie prowizje i to nie tylko od odszkodowań, ale nawet od pieniędzy przeznaczonych na leczenie czy zakup protez. Niektóre kancelarie namawiają klientów do kłamstw lub - mając ich pełnomocnictwa - sami podają nieprawdziwe informacje. Przykładowo kilka lat temu kobieta złamała rękę w swoim ogrodzie. Teraz zgłasza się do kancelarii i słyszy, że ma szansę otrzymać odszkodowanie. Pracownik firmy wymyśla, że do wypadku doszło zaledwie rok temu po tym jak klientka spadła ze zniszczonych schodów w przychodni. Zwraca się więc do ubezpieczyciela tej placówki z prośbą o wypłatę odszkodowania.

- Polacy skarżą się, że są okradani przez ubezpieczalnie...

- ... i dlatego sami próbują wyłudzić odszkodowania. Też słyszałam takie tłumaczenia. Co gorsze, jest duże przyzwolenie społeczne na oszukiwanie firm ubezpieczeniowych. Tak jakby ludzie nie rozumieli, że odszkodowania wypłacane są z tego samego worka, do którego wpadają ich składki. Jeśli zaś tak wiele pieniędzy trafia do nieuczciwych klientów, towarzystwa muszą podnosić ceny. I wszyscy płacą za to, że niektórzy wyłudzili mniejsze lub większe sumy. 

Czytaj też: Warta, MTU, HDI i PZU ukarane! Bo nie wypłacały na czas odszkodowań z polis komunikacyjnych

Czytaj też:Podwyżka VAT. Kierowcy złapią się za głowę - OC i AC w górę!