Świat chciwości i nienasycenia, który stworzyliśmy musi się zmienić, aby dało się w nim jeszcze żyć

Karina Obara
Karina Obara
Monika Kostera-Kociatkiewicz – prof. nauk zarządzania, nauk ekonomicznych i humanistycznych na Södertörn University w Szwecji. Była też profesorem na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Autorka i redaktorka naukowa ponad 40 książek w języku polskim i angielskim. Jest członkinią Spółdzielni Poetów Erbacce w Liverpoolu. Obecnie zajmuje się zarządzaniem humanistycznym, a w szczególności etnografią organizacji, samorządnością i pracą bez alienacji. Prowadzi badania w terenie w ramach projektu badawczego Unii Europejskiej FP7 na temat organizacji zorientowanych na wartości.
Monika Kostera-Kociatkiewicz – prof. nauk zarządzania, nauk ekonomicznych i humanistycznych na Södertörn University w Szwecji. Była też profesorem na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Autorka i redaktorka naukowa ponad 40 książek w języku polskim i angielskim. Jest członkinią Spółdzielni Poetów Erbacce w Liverpoolu. Obecnie zajmuje się zarządzaniem humanistycznym, a w szczególności etnografią organizacji, samorządnością i pracą bez alienacji. Prowadzi badania w terenie w ramach projektu badawczego Unii Europejskiej FP7 na temat organizacji zorientowanych na wartości. Archiwum prywatne
Udostępnij:
Rozmowa z prof. Moniką Kosterą-Kociatkiewicz, o tym, jak przetrwać we współczesnym świecie

- Skoro rządzi pieniądz i arogancja władzy, co ekonomia może nam powiedzieć o zdrowiu psychicznym jednostki w 2021 r.?

- Peter Fleming, australijski profesor zarządzania w książce „The death of Homo Economicus”, wyjaśnia, jak z konstruktu człowieka ekonomicznego zrodził się moralny imperatyw i jakie to ma obecnie demoralizujące konsekwencje dla menedżerów i pracowników. Kiedyś był to model, wcale nieoczywisty, często krytykowany, ale nawet przez zwolenników traktowany jako zestaw założeń. W dobie neoliberalizmu homo economicus stał się normą - tacy mamy być. Fleming na podstawie swoich badań pokazuje, do jakich patologii to prowadzi – człowiek nie jest bowiem homo economicusem i nie może się wpasować w te niemożliwie ciasne ramy. Stwarza to sytuacje, gdy praca staje się cierpieniem. Ludzie jej nienawidzą, a jednocześnie nie są w stanie żyć bez niej, bo w neoliberalizmie siatka zabezpieczeń społecznych nie działa, nawet na osoby ciężko chore wywierana jest presja, że mają na siebie zarabiać. Bez pracy współczesny człowiek nie potrafi znaleźć tożsamości ani źródła szacunku dla samego siebie. A i dla organizacji to zła formuła. Model zarządzania, którego częścią jest współczesna wersja homo economicusa, czyli oparty głównie na wartości akcjonariusza, jest na dłuższą metę szkodliwy dla człowieka, dla środowiska naturalnego, ale także dla gospodarki. Powoduje tworzenie coraz większych nierówności, bo akcjonariusze zarabiają coraz więcej, menedżerowie zarządzający firmami również zarabiają coraz więcej, i to całkiem niezależnie od tego, czy w dłuższym okresie ta firma się umacnia, czy upada, a wartości niefinansowe, takie jak środowisko naturalne, poświęcenie czy przyjaźń są niedoceniane. Taka gospodarka zagrożona jest tąpnięciem, ponieważ koncentruje się na permanentnym wzroście, nie do utrzymania, ani też niedającym się kontrolować. Chyba że wcześniej zniszczy życie na naszej planecie.
Czytaj także:
Pandemia to skutek naszego dewastowania planety. Handlarze wątpliwościami i ich sponsorzy powinni ponieść odpowiedzialność

- I co się dzieje z człowiekiem, który w tym żyje?
- Mamy coś w rodzaju epidemii depresji, narkomanii, nadużyć, narcyzmu – to wszystko efekt życia w takich niezgodnych z ludzką kondycją warunkach. W epoce wiktoriańskiej mieszczanki ciągle mdlały, a histeria była jednym z powszechnych problemów zdrowia psychicznego. Teraz też zdarzają się osoby, które mdleją, ale nie jest to plagą, bo nie nosimy ciasnych gorsetów. Zmieniły się społeczne instytucje zdrowia, taki ubiór jest uważany w oczywisty sposób za niezdrowy. Zmieniła się też rola społeczna kobiety, a więc ważna część struktury społecznej. Mamy inne ideały piękna. Zmieniona rola społeczna kobiety nie wtłacza nas w rygor, który czynił życie osób z tamtych czasów nieznośnym. Za to mamy plagi zawodowego wypalenia. To jest sygnał tragiczny, ale też budujący, bo mówi o nas tyle, że nie jesteśmy tacy, jak ten system nas opisuje, nie jesteśmy homo economicusami. Jesteśmy czymś więcej, bo jesteśmy skomplikowani, złożeni, wystajemy poza Prokrustowe łoże tego płaskiego modelu. Owszem, tak jak wiktoriańskie kobiety sznurowały się do bólu w gorsetach, tak i my dziś na jakiś czas możemy się zmusić, stłamsić swoje potrzeby, ale to nas zniewala, ogranicza. Bycie człowiekiem to istnienie z całym bogatym krajobrazem wewnętrznym – od smutku po radość. Nawet gdy przez kilka lat wykrzesamy z siebie psychopatyczny redukcjonizm w działaniu, to płacimy cenę naszej ludzkiej złożoności.

- Jednak to przecież człowiek tworzy te wszystkie toksyczne miejsca pracy, które są tak uwierające.
- Tak, ale kiedy mówimy o większych społecznych organizacjach, to, przypomnę, kluczowe są struktury, które umożliwiają płynne współdziałanie – to one zmieniają zestaw jednostek w funkcjonujący system społeczno-techniczny, czyli właśnie organizację. Człowiek je tworzy w ramach tych struktur, które ma do dyspozycji. A one są w neoliberalizmie coraz bardziej upośledzone. Dynamika odcinająca marginesy powoduje zaś, że nie ma przestrzeni na eksperymentowanie, wprowadzanie oddechu, otwieranie się na coś nowego. Mamy więc organizacje coraz bardziej jednowymiarowe, jednoznaczne i coraz bardziej jakby dotknięte demencją, bez radości życia, bez beztroski, bez rozkoszy błądzenia, bez zdolności tworzenia, bez pamięci. Takie twory oczywiście zdarzają się zawsze, ale w zdrowym systemowym kontekście coś lub ktoś wcześniej lub później – czasami niestety w wyniku walki, nawet wojny – zakwestionuje ich funkcjonowanie. Organizacje to, jak się mówi, systemy otwarte, czyli muszą pozostawać w stałym kontakcie z otoczeniem. Niestety, dziś nie wystarczy, że ktoś tam powie, że król jest nagi. Tak było kiedyś, gdy istniały marginesy i z nich można było wrócić w chwale z nowym pomysłem na nowe struktury. W praktyce rola komunikacji między tym, co nowe i zmarginalizowane a masową publicznością należała do mediów. Teraz, gdy wypada się z rynku, na ogół kończy się to tragicznie. Istnieją maleńkie wysepki, na których żyją wspólnoty, ale one są odcięte od systemu. Jest ich zbyt mało, by miały realny wpływ na zmianę świata. A całe jądro systemu, zdecydowana większość nas, w ogóle nie wie o ich istnieniu, bo zostały wywalone na zewnątrz.

- Jak to się stało, że zamiast cieszyć się większą wolnością, stajemy się dziś bardziej lękliwi i zachłanni?
- Krawiec kraje, jak materii staje. Tu problem tkwi w wyobraźni i w języku – nie możemy cieszyć się czymś, czego nie umiemy sobie wyobrazić i o czym nie umiemy rozmawiać. Robert i Edward Skidelsky, ojciec i syn, ekonomista i filozof, napisali świetną książkę na ten temat: „How much is enough?” Oparli się na staroświeckiej, arystotelesowskiej kategorii dobrego życia. Gdy dawniej ta kategoria istniała, można było wyobrażać sobie taki stan, kiedy jest naprawdę dobrze, jest wszystko, czego potrzeba. Już „wystarczy”, bo po co więcej? Jak mawiały nasze babki: co za dużo, to i świnie nie chcą. Gdy nie ma, jest źle. Ale w którymś momencie, jak jest za dużo, to też przestaje być zdrowe i fajne. Niesamowitość ambrozji polegała na tym, że się ją jadło raz w roku, gdy się przyszło ze świadectwem do domu. Teraz można jeść codziennie jakieś superdelikatesy, aż nas zemdli, a później wpędzi w poczucie winy, że utyjemy, że kupimy kolejną parę spodni, których wcale nie potrzebujemy. Na ten lęk i winę kategoria „dobrego życia” ma lekarstwo - „wystarczy”. Współczesność, która zgubiła tę wartość, ma inne rozwiązanie - „więcej, więcej, więcej”. Mdli mnie po dziesiątym ciastku? Muszę kupić i zjeść jedenaste na pocieszenie. Mam wyrzuty sumienia, że mam za dużo ciuchów? Na niepokój jest najlepsza rada - „go shopping”, jak poradził Amerykanom GW Bush po ataku na World Trade Center. Kiedy nie ma żadnych granic, nie jesteśmy wcale szczęśliwi. Brak granic, to Kosmos. W przestrzeni kosmicznej panuje totalna entropia i i nie da się żyć. Dlatego wszelkie mechanizmy ukierunkowujące uwagę w takich warunkach stają się tak silne, np. chciwość, zachłanność. Owszem, one opierają się na czymś, co naprawdę w nas jest, inaczej nie działałyby tak sprawnie. Ale gdy są centralne, zastępują wartości wyższe, mieszane uczucia, niepokój, zmieszanie, nieśmiałość – mamy problem. To wygląda jak sekta – jednomyślność, jednodążność, spójność celów.

- Tylko co tu jest przedmiotem kultu?
- Chyba szmal, czysty, żywy. Ale w odróżnieniu od nawet najbardziej fałszywych proroków, szmal nie ma twarzy, nie ma rąk ani nóg i nie można stanąć z nim twarzą w twarz i domagać się szczerych odpowiedzi. Ten współczesny niby-kult kapitalizmu, myśląc za Walterem Benjaminem, jest pozbawiony duszy, a przez to szczególnie trudny do ogarnięcia, do ograniczenia. Staje się czymś permanentnym, kolonizuje wszystko. Żeruje na poczuciu winy i obwinianiu innych, nie obiecując w zamian wybawienia ani rozgrzeszenia.

- Renata Salecl w książce „Tyrania wyboru” ocenia, że nieograniczona konsumpcja sprawia, że ludzie często zaczynają po prostu konsumować siebie samych. Samookaleczenia, anoreksja, bulimia, uzależnienia, to najczęściej spotykane przykłady tego zjawiska. Ale może tacy jesteśmy i próby zmiany ludzkiej kondycji nigdy się nie powiodą?
- Nie tylko tacy jesteśmy. I na tym polega problem systemowy. Owszem, są tacy ludzie, zawsze byli. A obecnie mamy plagę tego typu zachowań, prawdziwą epidemię. Zygmunt Bauman w książce „Konsumowanie życia” pisze o tym, że do pewnego momentu wszystko było w porządku. Istniał rynek, na którym ludzie kupowali i sprzedawali, spotykali się i rozmawiali, lecz w którymś momencie nastąpiła kolonizacja naszego życia przez sprzedaż, rynek i konsumowanie. Kiedyś przyjaźń była absolutną wartością, przyjaciel miał prawo być kimś, kto ma słabe i mocne strony, obecnie przyjaźń konsumujemy, więc nie możemy przyjaźnić się z kimś, kto np. robi literówki, bo to felerny produkt i może nam nie przynieść pełnej satysfakcji. Student nie może marzyć i walczyć o lepszy świat, bo jest klientem i konsumuje edukację. W wielu krajach musi płacić ogromne czesne, a nawet tam, gdzie edukacja jest za darmo, ocenia wykładowców w ankietach podobnych do tych, jakich używa się do oceny zakupów w Amazonie lub hoteli w booking.comie. Brytyjskie uniwersytety wprost nakazują mu oceniać „student experience”, na wzór doznań turystycznych, i potem reklamują, jak bardzo mają wysokie w tym obszarze wskaźniki. Poradniki samopomocowe radzą nam, by maksymalizować satysfakcję z własnych dzieci, dążyć do jak największego zwrotu z inwestycji w ich wychowanie.

- Konsumujemy wszystko, nawet duchowość?
- Tak, a co miało nam pomagać, zaczyna nam szkodzić, bo nawet medytację czy mindfulness udało nam się zmienić w artykuł do skonsumowania. Pisze o tym amerykański profesor zarządzania Ronald Purser w swojej arcyciekawej książce „McMindfulness”. Taka medytacja szkodzi, a nie pomaga, czyni z ludzi zafiksowanych na sobie narcyzów, zamiast rozwijać współczucie i empatię. Ale jest tania i to się tak naprawdę liczy. Firmy zamiast podwyżek dają pracownikom sesje medytacji, aby uczynić ich jeszcze bardziej wydajnymi w pracy, odwrócić ich uwagę od opieki nad dziećmi, dbałości o życie osobiste. W dodatku, gdy ktoś źle się czuje, bo jest np. zagrożony zwolnieniem, czy ma problemy z zadłużeniem, bo np. dzieci studiują, to wysyłany jest przez szefów, a nawet coraz częściej przez brytyjskie instytucje zajmujące się zabezpieczeniem socjalnym, na sesje mindfulness, bo oczywiście jest to zarówno wina, jak i odpowiedzialność tej osoby. Boli cię głowa? Stosuj mindfulness. Chce ci się wyć? Mindfulness jest odpowiedzią. Zostałeś zwolniony z pracy, a masz wielki dług hipoteczny? Mindfullness ci pomoże. Nie złość się tak, bo udowadniasz w ten sposób swoją winę. Zmień się.
Czytaj także:
Ważne jest, żeby mieć kogoś, z kim można prawdziwie rozmawiać. Do rozpaczy i smutku mamy pełne prawo
- A czy to nie jest tak, że obsesyjne postawy promowane przez późny kapitalizm, w którym uczestniczymy wszyscy, nie pozostawiają już miejsca na wolność wyboru? Musimy dążyć do bycia naj, bo wygryzą nas silniejsi, a potem czujemy się zmuszeni, aby medykalizować stany lęku, nieradzenia sobie z presją, by utrzymać się na rynku?
- Peter Fleming ocenił to tak: współczesne miejsca pracy są zarządzane jak obozy pracy. Człowiek jest tam całkowicie pozbawiony sprawczości, do tego stopnia, że nawet nie wie, jakie ma potrzeby, oczekiwania czy marzenia. Z drugiej strony musi usilnie pracować nad tym, by nie wypaść z gry. Każdy moment nieuwagi może się skończyć brakiem powrotu do systemu, który karmi i zabezpiecza. Z jednej strony musi cały czas prezentować szczęśliwą fasadę, bo inaczej wypadnie z obiegu z powodu bycia egzemplarzem felernym, ale z drugiej, praca nie ma służyć temu, by być zadowolonym, jest rodzajem udręki. To w oczywisty sposób ogranicza wolność wyboru. Poza tym sama w sobie wolność wyboru nie jest zawsze błogosławieństwem. Struktury społeczne ograniczają wolność wyboru właśnie po to, by móc sprawnie razem działać, nie musieć się za każdym razem zastanawiać czy droga wiedzie w lewo, czy w prawo i co to właściwie jest lewo, a co prawo i co mam robić, jak facet przede mną skręca nie w tym kierunku.

- No i wreszcie, wolność wyboru – między czym a czym?
- Muszę wybierać między lekarzami, a nie znam się na tym, chciałabym móc mieć zaufanie, że lekarz, do którego pójdę, jest specjalistą. Młody człowiek musi wybierać między kierunkami studiów, potem między przedmiotami, a nie wie, co to jest epistemologia, która różni dwa kursy od siebie, bo gdyby wiedział, to nie szedłby na studia na poziomie licencjatu. Pamiętam taką historię z lat 70. Mieszkałam wtedy w Szwecji, moją polską koleżankę odwiedzała babcia z Polski. Babcia poszła do sklepu po owoce i wróciła z płaczem. Nie potrafiła wybrać, było tego wszystkiego za dużo. A niby Eldorado. I nie, to nie była historyjka o zacofaniu kontra cywilizacji. Babcia koleżanki uwielbiała targi i bazarki, wiedziała doskonale, co gdzie „dają”, ile co kosztuje. Potrafiła opowiedzieć z detalami, gdzie co można kupić, jakie są ceny, jak się zmieniają, i jakiej jakości są produkty. To była jej pasja. Ale pasja zanurzona w żywym kontekście jej znajomości, jej rozmów z handlarkami. Brała do ręki jabłko, pytała „na ile jabłuszka, kochana?” i nie dała się oszukać. W supermarkecie cały ten kontekst stawał się nieważny. Nie było z kim o owocach i warzywach pogadać. Co gorsza, były zapakowane i nie można było ich obejrzeć ani dotknąć. By wybór był wolnością i przyjemnością, musi funkcjonować w kontekście dla nas zrozumiałym i sensownym.

- Badania pokazują, że mamy w Polsce problem z zaufaniem, stąd mogą wynikać też problemy z lękiem. Czy społeczeństwo, gdzie ludzie nie ufają sobie nawzajem ani swojemu prawu, ani władzy, jest w stanie wytworzyć własną nowoczesność?
- Zaufanie nie jest rzeczą. To relacja, która ma swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ono z czegoś wynika i do czegoś się odnosi. Jeśli nie mamy zaufania, to nie dlatego, że jesteśmy źli i głupi, ale być może nie mamy podstaw, by ufać instytucjom, które nie traktowały nas dobrze. Kultywowanie zaufania związane jest z solidnością, odpowiedzialnością i sprawczością. Do ufności potrzebne są instytucje społeczne, które wspierają ludzi i ich potrzeby, a nie przemawiają do nich po mentorsku, jak feudał do chłopów pańszczyźnianych, bo pan „wie lepiej”. Jak można mieć zaufanie do takich instytucji? Racjonalny chłop udaje, że go nie ma i że nie ma żadnego zdania.

- W Norwegi czy Szwajcarii, kultura chłopska wsparła procesy modernizacji i współtworzyła najdojrzalsze dziś demokracje, w Polsce jakby nie dokonało się polityczne upodmiotowienie kultury chłopskiej. Pisze o tym prof. Ryszard Koziołek, analizując powieść Władysława Reymonta „Chłopi” i szukając analogii do tego, jak teraz wygląda polskie społeczeństwo. Mimo że wiejską społeczność w „Chłopach” trawią konflikty i niesprawiedliwość, lud tkwi w przekonaniu o beznadziejnej niezmienności świata, w jakim żyje. Słowem - jest przekonany, że nic nie można poradzić. Bo jest, jak jest. I tak już zostanie?
- Nie wszyscy chłopi w ten sposób funkcjonowali. Chłopi łowiccy – tak zwani Księżacy – zostali uwłaszczeni i mieli czas i warunki do tego, by rozwijać przecudną , barwną kulturę. Mieli swoją ziemię, ta ziemia była wysokiej jakości, dbali o gospodarstwa i mogli komponować radosne piosenki dla otuchy, rozwinęli sztukę i rzemiosło. W okresie międzywojennym byli aktywni politycznie. Mieli społeczność, kontakt ze sztuką, mam tu na myśli na przykład łowicką kolegiatę, piękny barokowy kościół, który inspirował i nadal inspiruje ludowych twórców. Zawsze jednak bywało tak, że ludzie, w tym większość chłopów w Polsce, z jednego zaplątania wpadali w inne. Z wielu powodów: bo takie miejsce w Europie, że rozbiory, wojny, grabieże, a ludu na ogół nikt nie pytał o zdanie. Lud w tym huraganie historii zawsze zostawał na uboczu, chyba że właśnie w pewnych szczególnych miejscach wybił się na zbiorowe względne samostanowienie.

- Odebranie ludziom wpływu na rzeczywistość, to jest coś, co nas różni od krajów skandynawskich?
- Tam była bieda, ale nie było takiej ogromnej historycznej zawieruchy. Skandynawia leżała na uboczu wielkich przeciągów historii aż do ubiegłego stulecia. Szwecja nawet nie brała aktywnego udziału w II wojnie światowej. Trudno się dziwić, że tam udało się wypracować jakieś trwalsze solidarności klasom nieuprzywilejowanym. Tam nadal istnieje polityczność rozumiana jako solidarność – nawet jeśli w ostatnich dziesięcioleciach zaczęła szwankować w działaniu, to przetrwała jako wartość, jako miara tego, co się dzieje i daje ludziom tworzywo, język do marzeń. Odnoszą się do niej nawet niedemokratyczne ruchy i partie społeczne, bo ona wyznacza ważny wymiar wyobraźni i języka społecznego. U nas tego wciąż brakuje. O wiele łatwiej odczuwać sprawczość, gdy działa więź między ludźmi, silne są miejsca, które ludzi wiążą i pozwalają wypracować zaufanie. Do siebie nawzajem i do instytucji, które realnie dbają o poczucie dobra wspólnego. I to pewnego dnia przyjdzie. Nie z marginesów, bo one zostały zredukowane, a więc nie jako odnowa, odwilż. Przyjdzie nagle, nieoczekiwanie, znikąd - spoza systemu, a więc ze społecznych przestrzeni, o których nie mówi ani prasa ani edukacja, takie współczesne hic sunt leones, pewnie brzmiałoby to teraz: tu są świry. Może właśnie te „świry”, które badamy, działające w organizacjach alternatywnych, dających zatrudnienie, zarządzanych demokratycznie, koncentrujących się na wartościach i ideach takich jak klimat, drzewa, ekofeminizm, żywa poezja, anarchosocjalizm, gdzie ludziom żyje się dobrze, mogą być smutni i radośni. I marzyć o świecie, gdzie można się będzie podzielić swoim dobrym życiem z innymi.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Koniec stanu epidemii w Polsce

Wideo

Materiał oryginalny: Świat chciwości i nienasycenia, który stworzyliśmy musi się zmienić, aby dało się w nim jeszcze żyć - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Gazeta Pomorska
Dodaj ogłoszenie