Z góry widać więcej, czyli wielka pasja Dariusza Ligęzy z Inowrocławia

Dariusz Nawrocki
Dariusz Ligęza na skałkach
Dariusz Ligęza na skałkach Archiwum Dariusza Ligęzy
Już jako dzieciak skakał po garażach. Wchodził na drzewa, mury i płoty. Był w stanie stosunkowo szybko czmychnąć przed psem czy bez problemu sięgnąć piłkę, która wpadła mu na dach budynku.

- Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Niemal każdy chłopak tak się wtedy zachowywał - przekonuje Dariusz Ligęza, prezes Stowarzyszenia Rozwoju Inicjatyw activeXtreme w Inowrocławiu.

Ze wczesnego dzieciństwa pamięta jednak, jak wielkie wrażenie robiło na nim jedno konkretne zdjęcie znalezione w encyklopedii. - W górnym prawym rogu był wspinacz i parę zdań o wspinaczce. Po latach uświadomiłem sobie, że na tej stronie zatrzymywałem się najczęściej. Już wtedy fascynowała mnie wspinaczka, ale jednocześnie wydawała się nieosiągalna - wspomina Dariusz Ligęza.

Był harcerzem. Dzięki temu wiele rzeczy smakował. Fascynowały go konie, spływy kajakowe. Zawsze pociągała go turystyka, głównie górska. Brał udział w wielu harcerskich wyprawach. Pojawiały się więc elementy mniej lub bardziej zaawansowanego wspinania. Ciągle jednak tylko elementy.

Czytaj: Anna Milewska o Andrzeju Zawadzie: - Szedł w góry, a ja ufałam, że wróci

Na "moście Hitlera"

Coraz częściej sięgał po książki dotyczące wspinaczki. Z czasem zaczął zauważać, że nie tylko po jego głowie krążą myśli dotyczące konkretnego wspinania. Inowrocław i okolice to jednak płaski teren. Trudno tu znaleźć choćby wzniesienie, którego pokonanie sprawiłoby młodemu człowiekowi jakikolwiek problem. Szukali więc większych lub mniejszych murków i murów, które mogliby zdobyć. W końcu przypomnieli sobie o... "moście Hitlera". - Tak nazywaliśmy pozostałości po moście, wiadukcie, które znajdują się na tyłach huty "Irena". Ktoś malował tam swastyki, inny nazwał to mostem Hitlera, a nazwa się przyjęła - opowiada.

Kiedy odwiedzili to miejsce po raz pierwszy, było strasznie zaniedbane. Królowały chaszcze, śmieci, rozbite butelki, prezerwatywy. W powietrzu czuć było smród rozkładającego się psa. Stały jednak mury, które idealnie nadawały się na zdobywanie pierwszego wspinaczkowego doświadczenia. Zaczęli więc wpadać tu częściej. Bywało, że natrafili na parę, która w krzakach oddawała się miłosnym igraszkom, a bywało też, że i na imprezę mocno zakrapianą alkoholem. Czasami więc trzeba było się odwrócić i pójść w inną stronę. Zazwyczaj był tu jednak spokój.

Najpierw wspinali się w korkotrampkach. Woreczki na magnezję szyła im jego mama. Przychodzili, trenowali. Coraz szybciej i sprawniej pokonywali coraz wyższe i trudniejsze ściany. Murki były stosunkowo niskie, więc nie potrzebowali asekuracji. Wystarczyła jedna osoba, która łapała delikwenta odpadającego od ściany. Z czasem zaczęli uczyć się korzystać z profesjonalnej liny alpinistycznej. - Most był naszym miejscem. Beton strasznie jednak niszczył palce i buty. Nasze umiejętności ciągle były małe, a właściwie żadne. Coraz bardziej jednak ta wspinaczka nas pochłaniała - wyznaje.

Z czasem zaczęli trenować na sztucznej ściance w Toruniu. Trafili na instruktora, który jeszcze bardziej rozbudził w nich tę pasję. Darka pochłonęło to do tego stopnia, że wspólnie z kolegą zdecydował się przejść profesjonalny kurs skałkowy. Wspinacze przyjęli ich z otwartymi rękami. Od razu poczuł, że to w tym środowisku zawsze będzie czuł się dobrze.

Pokonać siebie

Coraz częściej brał udział w wyprawach. Zdobywał mniejsze i większe skałki. Pokonywał siebie. - Bo wspinaczka to jest właśnie pokonywanie siebie, swoich słabości i niemocy. To jest taki taniec na ścianie. Człowiek skupia się na tym, jak ułożyć swoje ciało, by wspiąć się trochę wyżej i zbliżyć się do założonego celu - tłumaczy.

Przyznaje, że wspinaczka do doskonała forma ucieczki od problemów dnia codziennego. To również sprawdzian umiejętności pracy z drugim człowiekiem lub w grupie. - Wbrew pozorom wspinaczka to praca zespołowa. Ludzie powiązani są jedną liną. Czasami ich oddech musi być zsynchronizowany. Wpadka jednego powoduje, że mogą nie osiągnąć celu lub ulec wypadkowi - podkreśla.

Darek przekonuje, że gdy zdobywa jakąś skałkę, nie ma czasu na podziwianie okolicy. Przekonuje, że gdy zdobędzie szczyt, osiągnie założony cel, długo nie delektuje się tą chwilą.

- Gdy zdobywa się dość trudną skałę, do której podchodzi się kilka razy, satysfakcja z jej zdobycia jest na pewno ogromna. Człowiek czuje się zmęczony, siada, rozgląda się. Ja nie konsumuję jednak tej satysfakcji w kategorii mega euforii. W mojej głowie szybko pojawia się bowiem kolejna myśl: "co następne" - wyznaje. I tak skałka po skałce. Aż do zmierzchu albo do wyczerpania sił.

- Zawsze czerpałem radość z tego co robiłem na takim poziomie, na jakim aktualnie byłem. Na skałki można wchodzić bardzo łatwymi drogami. Można też podchodzić do wręcz hardcorowych skał, gdzie trzeba się wykazać bardzo dużymi umiejętnościami - podkreśla.

Z czasem w tajniki wspinaczki zaczął wprowadzać swoich znajomych. Jedni chwycili bakcyla. Inni traktowali wspólny wypad jako oryginalny pomysł na biwak z atrakcjami.

Praca na ściance

W końcu w Inowrocławiu spełniły się marzenia chłopców z lat 90. W 2005 roku w hali sportowej otwarto jedną z największych w regionie sztucznych ścianek wspinaczkowych.

- Zabrzmi to paradoksalnie, ale to w pewnym sensie przyhamowało częstotliwość moich wypadów na skałki. Jednak nie dlatego, że wreszcie w Inowrocławiu było gdzie trenować. Zostałem w pewnym stopniu przypisany do tego, żeby tę ściankę obsługiwać - wspomina. Pracował na ściance. Uczył innych "maszerować" po ścianie. Na wyjazdy na skałki na Jurę Krakowsko-Częstochowską brakowało czasu.

W końcu dostał lepszą pracę, ożenił się, założył rodzinę. Ostatni raz na skałkach był dwa lata temu. - Ta pasja ciągle jest jednak we mnie żywa. To jest styl życia. Kompletnie bez niej nie da się funkcjonować. Ciągle przeglądam specjalistyczne portale i prasę, książki, zdjęcia. Tematycznie ze wspinaczką związana jest nawet tapeta w telefonie - opowiada.

Ludzie często zaczepiają go i pytają, kiedy wróci na skałki. Nie wyklucza, że kiedyś ten dzień nastąpi. Być może razem z nim wspinać się będzie jego 2,5-letni synek Filip, który już dziś pali się do zdobywania mniejszych i większych wysokości. - Wspinaczka ciągle jest dla mnie ważna, ale ona nie może mi przysłonić rodziny i pracy zawodowej - podkreśla i od razu zapewnia: - Nigdy nie odczuwałem dyskomfortu z tego powodu, że nie mogę się wspinać.

Trampolina na skałki

Przy sztucznej ściance wspinaczkowej pojawia się dziś rzadziej niż 10 lat temu, ale pojawia się. Jest prezesem Stowarzyszenia Rozwoju Inicjatyw activeXtreme, które ściankę dzierżawi. Obsługuje klientów, uczy ich, dba o to, by bezpiecznie spędzali czas na sporej wysokości.

- To jest dobre miejsce do trenowania na co dzień. Sztuczna ścianka to jednak przede wszystkim wspaniała trampolina, by później móc skoczyć na skałki - wyznaje.

Osoby zainteresowane zajęciami na inowrocławskiej ściance odsyłamy na stronę: www.activextreme.pl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie