Zbrodnia i "bestie". Brat oskarżonego: - Do gwałtu się nie...

    Zbrodnia i "bestie". Brat oskarżonego: - Do gwałtu się nie przyznawaj!

    Maciej Czerniak

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

     Zbrodnia i "bestie". Brat oskarżonego: - Do gwałtu się nie przyznawaj!

    ©Policja

    Wioletta D. stoi na klatce schodowej. Przymyka drzwi do mieszkania. Wywraca przy tym oczami i machnięciem wskazuje za siebie. Chodzi o męża, który siedząc w dużym pokoju, co jakiś czas pomrukiem niezadowolenia komentuje rozmowę na schodach. Wioletta D. zgadza się odpowiedzieć na pytania, ale mówi, że musi iść po papierosa. Po chwili wraca zaciągając się. Opowiada bez cienia zażenowania całą tą sytuacją, jakby mówiła o wyjściu po zakupy czy wizycie u znajomej.
     Zbrodnia i "bestie". Brat oskarżonego: - Do gwałtu się nie przyznawaj!

    ©Policja

    - Ja nie wiem, czemu oni wszyscy, te pismaki wypisują takie bzdury o moim Kubie - zaciąga się cienkim "mentolem" i pstryka wyłącznik światła na klatce - żarówka gaśnie co parę minut. Taka oszczędność. A przy wejściu do kamienicy wisi nawet tabliczka: "Dbaj o czystość".

    Jezus, Maria! To jakiś dzieciak!
    - Nigdy nie miałam z nim problemów. Nie pozwalałam kupować alkoholu. To, jak już przestałam pić. Bo ja już nie piję - zaznacza, jakby akurat ten fakt miał najwyższą wagę w całej koszmarnej historii, która wydarzyła się w mieszkaniu Wioletty niemal przed rokiem, w listopadzie 2013.
    Czternastego listopada ubiegłego roku wróciła do Nakła z Wielkiej Brytanii. Byłaby wcześniej, ale samolot nie mógł wylądować w Poznaniu, tylko we Wrocławiu. No i pasażerów dowieziono autobusem do stolicy Wielkopolski. Na wyspach spędziła jedenaście dni. Poleciała do męża, który tam dorywczo pracował.
    - Wie pan, mam taki głupi zwyczaj, że jak wracam do domu, to od razu włączam telewizor - opowiada. - Patrzę, a tu nie ma dekodera. Co jest?! W ogóle bajzel straszny, szmaty jakieś na podłodze, krew. W pierwszej chwili, myślałam, że się po prostu pobili?
    - Kto? Kto z kim się pobił?
    - No, chłopaki. Wie pan, jak to chłopaki... czasem się pobiją, no nie? - rozkłada ręce.
    - Co dalej?

    Czytaj: W Nakle przy Jackowskiego zabili Kamila. I zgwałcili

    Zadzwoniła na policję. Zgłosiła kradzież dekodera.
    - I mówię o tym całym bałaganie. A policjant, co na to? On do mnie: "A co, może jeszcze mamy przyjechać i posprzątać?" Z takim tekstem do mnie... I pyta, kto był w domu pod moją nieobecność. No to mówię, że syn. Nic. Mam się z nim skontaktować.

    Wioletta wspomina, że postanowiła posprzątać mieszkanie. Wtedy był z nią brat, Waldemar. Chciała uprzątnąć butelki po wódce, śmieci, cały ten bajzel po całonocnej imprezie, jaką widać syn urządził podczas jej nieobecności. - Te rzeczy okrwawione chciałam do tapczanu schować. Otwieram skrzynię. Jezus, Maria! Tam jakiś dzieciak leży. Zakrwawiony. Nieżywy! Wybiegłam z mieszkania. Nie widziałam, co robić.

    Pozbyli się narzędzia zbrodni
    Zadzwoniła do krewnej. Powiedziała o makabrycznym znalezisku: - Już nie wiedziałam, czy to nie jakaś poduszka zakrwawiona... Ale nie, to człowiek. Taki chłopak, dzieciak jeszcze!

    Gdy do mieszkania przy Jackowskiego 6 (w samym centrum Nakła) przyjechali policjanci, Wioletta była już po rozmowie telefonicznej z synem. - Mówi mi, że w Pile jest. Ja na to: Co ty tam robisz? Przecież ty nie znasz Piły! Wie pan, sama byłam w Pile raz w życiu i to za dzieciaka jeszcze.
    Jak wynika z ustaleń śledczych Prokuratury Rejonowej w Nakle - Jakub D. wraz z kumplem, Dawidem R., nazywanym przez znajomych "Różko" rankiem 13 listopada wyjechali z Nakła pociągiem właśnie w tym kierunku.

    Ojciec liczącego 24 lata Dawida powiedział później przesłuchującym go policjantom, że syn wrócił do domu 14 listopada o 5 rano. Przyszedł z jakimś wysokim chłopakiem. Przebrał spodnie. Wziął plecak i powiedział: "Długo się nie zobaczymy".

    Ojciec twierdzi, że Dawid nie powiedział, gdzie ani po co jedzie. Po prostu wyszli razem z tym drugim chłopakiem. Wyszli i ślad po nich zaginął.
    Pierwszym przystankiem w krótkiej kilkudniowej tułaczce Jakuba i Dawida po Polsce była rzeczywiście Piła. Potem pojechali do Szczecina, Świnoujścia. Wrócili na południe, do Poznania. Gdzieś na trasie, podczas podróży pociągiem przez lasy Dawid wyrzucił przez okno wagonu swój pasek od spodni. Pozbył się tym samym narzędzia zbrodni.

    Ostatnim przystankiem dla uciekinierów był Krzyż Wielkopolski. Co spowodowało ostatecznie, że postanowili zgłosić się na policję? To ustali sąd. Tak czy inaczej 16 listopada Jakub i Dawid stawili się w tamtejszym komisariacie policji i oświadczyli, że zamordowali człowieka.
    Z początku przyznawali się do gwałtu i zabójstwa. Teraz, gdy w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy rozpoczął się ich proces, przyznają się biorą na siebie śmierć szesnastoletniego Kamila, ale gwałtu już się wypierają.

    Biedny chłopak z blokowiska
    Przy lekturze kroniki kaźni - bo tak można nazwać akt oskarżenia wobec Jakuba D. i Dawida R., który trafił do bydgoskiego sądu 27 czerwca tego roku - jeżą się włosy. - Piekło zgotowali temu biednemu chłopakowi - mówią zgodnie mieszkańcy Nakła, z ulic Jackowskiego, placu Szkolnego, bloków przy Krzywoustego i Gizmnazjalnej. To przy tej ostatniej ulicy mieszkał Kamil G., ofiara bestialskiego mordu.

    Chłopaka wychowywała ciocia. Już, gdy Kamil miał kilka lat, sąd ustanowił ją opiekunem prawnym chłopca. Kobieta w średnim wieku najpierw sprawdza przez wizjer, kto dzwoni do mieszkania. Otwiera, przez szczelinę uchylonych drzwi wybiega kundelek, obwąchuje przybysza i macha ogonem. Oczy kobiety są spokojne, ale widać, że tragedia sprzed roku zgasiła w nich płomyk nadziei.- Nie chcę o tym rozmawiać, to dla mnie zbyt ciężki temat - ucina wszelkie pytania.
    Sąsiedzi dobrze pamiętają Kamila. Pamiętają, mimo że to jeden z tych chłopaków, którzy na osiedlu się niczym nie wyróżniają. Ot, czasem wyprowadzał psa.

    - Raz nawet zagaiłam z nim rozmowę, właśnie, gdy wyszedł z pieskiem przed blok - mówi jednak z sąsiadek. - To było jakoś tak przed przerwą świąteczną czy może przed feriami zimowymi. Rzuciłam coś w rodzaju: "Idą ferie, to odpoczniesz od nauki, co?". A on na to, że mu nauka w ogóle nie idzie. Ale on był raczej taki spokojny, nie wadził nikomu. To nie był jakiś tam chuligan. Biedy chłopak, bo i dzieciństwo miał trudne. Ciocia zajmowała się nim najlepiej, jak potrafiła - dodaje lokatorka.

    Jeden z sąsiadów pamięta ojca Kamila jeszcze z czasów, gdy ten nie pił tak dużo. Sprzed wielu lat, gdy jeszcze pracował. Ale na tym refleksje się kończą. Zaczyna się chronologia zbrodni.

    Z aktu oskarżenia: 10 listopada Kamil G. wychodzi z domu. 12 listopada szuka go Waldemar, syn ciotki Kamila. Idzie do mieszkania Wioletty D., w którym zastaje Jakuba R. Ten twierdzi, że Kamila nie ma w środku.
    Tego samego wieczora w mieszkaniu przy ul. Jackowskiego 6 przebywają: Dawid R., Jakub D., Piotr W., Jakub R., Jakub S., Kamil G. Piją, palą papierosy, a nawet - jeśli wierzyć zeznaniom oskarżonych, które powtórzyli jeszcze w sądzie - nawet tańczy. Najmłodsi mają 16, 17 lat.
    - Ja mówiłam Kubie: "Ty się z tymi gówniarzami nie zadawaj!" - przypomina sobie Wioletta D. Opowiada o synu wciąż oparta o futrynę drzwi na klatce schodowej - Ale najgorszy z nich to był jednak ten "Różko".

    Podobno to jego nazwisko od razu wymienił Łukasz, starszy syn Wioletty. Krótko po aresztowaniu Jakuba zadzwonił do matki z więzienia w Potulicach, gdzie odsiaduje wyrok, między innymi za kradzieże. - To ten "Różko", mówiłem, żeby się Kuba od niego trzymał z daleka.
    Starszy brat, bogatszy o sądowe i więzienne doświadczenia miał też później instruować Kubę, by ten nie przyznawał się do gwałtu na Kamilu. - Nie wiem, co teraz zrobię. Chyba napiszę do niego list. Do Kuby. Nie widziałam go od zeszłego roku. Robią z niego w sądzie takiego, co to tylko w kącie stał. A on taki nie jest. Oj nie. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go przestawiał z kąta w kąt...

    Złamali nóż, sięgnęli po tasak
    Akt oskarżenia: godzina 22. W mieszkaniu zostali już tylko Jakub D., Dawid R., Kamil G. i Jakub R. Po tego ostatniego przyjdzie w końcu matka i zabierze syna do domu.

    Czytaj: Coraz więcej brutalnych zabójstw w regionie

    Jakub D. zaczął podjudzać Jakuba R. i Kamila G. do bijatyki. Dokładnie nie wiadomo, dlaczego. Gdy w mieszkaniu Wioletty D. zostało już tylko trzech mężczyzn, D. i R. skierowali agresję na najmłodszego, szesnastoletniego Kamila. Jak twierdzą śledczy nakielskiej prokuratury, zadawali mu ciosy rękami, na głowę i tułów Kamila spadały kopniaki. Na ciele chłopaka biegli zauważyli później liczne rany kłute. Okazało się, że były zadawane nożem. Gdy złamało się ostrze, oprawcy sięgnęli po drugi nóż. Później po kuchenny "tłuczko-tasak" (określenie z aktu oskarżenia, red.). Nie mieli dość, Dawid R. zgwałcił chłopaka, a gdy - w opinii śledczych - Jakub D. nie był w stanie tego powtórzyć, oskarżeni sięgnęli po trzonek, który odpadł od tasaka. Kilka razy zamykali i wyjmowali Kamila ze skrzyni tapczanu. Dusili go paskiem od spodni R. Zacisnęli pętlę na szyi i ciągnęli w obie strony, aż pękła kość gnykowa. Kaźń trwała cztery godziny. Kamil zmarł uduszony. Nad ranem 13 listopada wyszli z mieszkania.

    R. jest dobrze znany policji. Był wielokrotnie zatrzymywany. Chwali się znajomościami z lokalnymi kryminalistami. D. jeszcze kilka lat temu chodził na spotkania świadków Jehowy. Wybrał inną drogę życiową. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem obu grozi dożywocie


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Wideo