A to za sprawą listu gończego, który niemal wszyscy już zdołali obśmiać, ponieważ wina Macieja Ż. polegała na stosowaniu wulgaryzmów w miejscach publicznych.
Ale w zasadzie skąd ten śmiech? „Sami z siebie się śmiejecie” - rzekłby Gogol. Tworzymy prawo, które nas rozwesela.
Ale najpierw o Macieju Ż. Rzecz trafiła do sądu rejonowego, a ten ostatecznie zasądził grzywnę, której pan Ż. nie był łaskaw zapłacić. A więc – zgodnie z przepisami - zamieniono mu grzywnę na 2 dni kary aresztu. A że od stycznia sąd ma prawo poszukiwać listem gończym nie tylko sprawców przestępstw, ale i wykroczeń, nakazał policji wystawienie takiego listu. I nagle sprawa nabrała tempo, bo nasz vulgus hominum błyskawicznie grzywnę opłacił.
Zgodnie z kodeksem wykroczeń, kto w miejscu publicznym używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1.500 złotych albo karze nagany.
No dobrze, ale cóż właściwie znaczy przyzwoitość? Według słownika jest to „postawa zgodna z obowiązującymi zasadami etycznymi i moralnymi; porządność, uczciwość, solidność”. Niby wszystko jasne, ale tylko do momentu, gdy spróbujemy ustalić co to właściwie jest ta moralność. No więc sięgnijmy znowu do słownika. Moralność to „zespół ocen, norm i zasad określających zakres poglądów i zachowań uważanych za właściwe”. A więc znowu zjeżdżamy na tyłku ze schodów – bo niby „uważanych za właściwie” - przez kogo?
Powiecie, że sprawa niby prosta, bo mamy przecież uniwersalny Dekalog. Tyle, że trzeba by było sięgnąć po nożyczki i kilka paragrafów z biblijnego kodeksu wyciachać, żeby nóż się nie otworzył w kieszeni współczesnym moralizatorom. I nie chodzi już nawet o świętowanie szabasu i nieużywanie imienia Boga nadaremnie. Również nakaz czci wobec rodziców czy zakaz pożądania cudzej żony niekoniecznie zyskałyby status uniwersalnego nakazu.
Jeśli więc już nawet w Teatrze Horzycy czy Teatrze Polskim wulgaryzmy sypią wysypują się jak cukier z papierowe torebki, to może przestały być niemoralne? Może włączyć je do sloganów reklamowych i szkolnych dyktand? Może namówić polityków, żeby umieścili je na banerach i w spotach?
A może wulgaryzmy to po prostu dobry probierz moralnej rozsypki, w której znalazła się współczesna cywilizacja? Nie da się już nawet dojść do ściany, bo ściana jest z kartonu.
