Ja tam tylko gram... Rozmowa z Krzysztofem "Zalefem"...

    Ja tam tylko gram... Rozmowa z Krzysztofem "Zalefem" Zalewskim

    Monika Wieczorkowska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Krzysztof Zalewski dorosły, ale ciągle niepokorny.

    Krzysztof Zalewski dorosły, ale ciągle niepokorny. ©Materiały prasowe/kayax

    Krzysztof Zalewski dorósł. Po dziewięciu latach terminowania u największych muzyków wraca z własną płytą. Rozmowa z Krzysztofem "Zalefem" Zalewskim wokalistą, multiinstrumentalistą i kompozytorem.
    Krzysztof Zalewski dorosły, ale ciągle niepokorny.

    Krzysztof Zalewski dorosły, ale ciągle niepokorny. ©Materiały prasowe/kayax

    - Czy rozmawiam z pasjonatem dorobku filmowego Woody Allena, który swoją "powrotową" płytę nazywa tytułem jednego z najważniejszych filmów w kanonie tego reżysera - "Zelig"?
    - Allena to akurat bardziej lubię "Miłość i śmierć" oraz "Annie Hall". Nazwałem tak płytę ze względu na to, że ten tytuł koresponduje z jej zawartością. Ja też w każdej piosence odsłaniam trochę inną twarz.

    - Odsłaniasz sobie właściwe cechy, a filmowy Zelig, zresztą świetnie rozgrywany przez Allena, był człowiekiem bez właściwości…
    - …podobnym z twarzy zupełnie do nikogo, czyli charakterystyka aktora idealnego - taki człowiek-kameleon.
    Odrobinę o sobie mówię tą płytą. Z racji, że grałem i gram nadal z kompletnie różnymi muzykami i rozmaitymi składami: raz z Brodką, raz z Muchami, raz z Kasią Nosowską i Heyem (a każdy prezentuje inny rodzaj muzyki) wystarczy, że pobędę chwilę w jakimś środowisku i po powrocie do Wrocławia ludzie mnie często nie poznają. Więc rzeczywiście, posiadam takie ponadprzeciętne zdolności adaptacyjne.

    - Leonard Zelig robił to wszystko z potrzeby akceptacji. A ty?
    - Na pewno każdy artysta, czyli człowiek, który coś tworzy i chce ludziom wcisnąć swoją muzykę, film czy obraz - siłą rzeczy szuka akceptacji. Jak ktoś opowiada, że pisze piosenki i nie obchodzi go, czy ludzie tego słuchają czy nie, i mógłby grać w piwnicy dla trzech osób - to niech siedzi w piwnicy z trzema osobami. Każdy, kto wychodzi do ludzi z własną twórczością, na maksa pragnie ich akceptacji i tego, żeby go słuchali i żeby im się podobało. Nie ma co się czarować, że jest inaczej.

    - I najczęściej wymusza to różnego rodzaju kompromisy i uproszczenia. Tymczasem twój materiał jest zadziorny, nie łasisz się do publiczności, nie starasz się nikomu przypodobać. Od swojego debiutu 9 lat temu, jako cudownego dziecka "Idola", wykonałeś zwrot o 180 stopni.
    - Nie tyle taką woltę wymóżdżyłem, co zwyczajnie dorosłem. Miałem wtedy 19 lat i debiutancką płytę musiałem zrobić bardzo szybko, bo taki był wymóg kontraktowy, związany z "Idolem" (Krzysztof Zalewski wygrał w 2004 roku 2. edycję tego programu - przyp. red.) Zrobiłem ją, jak umiałem, naskrobałem tyle tekstów, ile potrafiłem, piosenki kleciłem z różnymi ludźmi i siłą rzeczy to nie mogła być dobra płyta. Wypadkowa pośpiechu, pragnień, aspiracji i znajomości w tamtej chwili. Nie była kompromisem, bo nie godziłem się na piosenki z publishingu, które wytwórnia chciała mi narzucić, ale cóż, nie przeskoczysz braku doświadczenia w komponowaniu, pisaniu tekstów i obyciu scenicznym.

    - Rzadko jednak się zdarza, żeby debiutantom teksty na ich płytę pisała sama Nosowska.
    - Kaśka oglądała wtedy telewizję, można powiedzieć, że kibicowała w trakcie robienia obiadu. Hey był na początku hardcorowym zespołem, więc widocznie przypomniałem jej własną młodzieńczą zadziorność. Byłem wielkim fanem Heya, pierwszy raz pojechałem na ich koncert, gdy miałem 10 lat. Teksty znałem na pamięć wszystkie, każdego roku jeździłem na wszystkie koncerty. Więc kiedy mnie zapytali w wytwórni, kto mógłby mi szybko napisać teksty, jeśli bym się nie wyrobił - wskazałem Kaśkę pierwszą. Od razu się polubiliśmy, znamy się już wiele lat i bardzo cenię sobie tę znajomość. Można by rzec, dumny jestem, że się kumpluję z Kachą. A choć ostatecznie płyta "Pistolet" to był pierwszy strzał, trochę może falstart, absolutnie dobrze się stało, bo przez te parę lat mogłem się do tego odnosić.

    - Parę? Prawie dekada twórczej przerwy, tyle czasu w muzycznym świecie to jak epoka.
    - Miałem wrażenie, że trochę za szybko wyszedłem na pierwszy plan, bez odpowiedniego zaplecza rzemieślniczego, więc przez ostatnią dekadę nagrałem pewnie ze sto chórków w studio "Fonoplastykon" dla innych ludzi. Byłem muzykiem w składach Nosowska-Osiecka, jeździłem w trasy z Muchami i Moniką Brodką, razem z Budyniem z zespołu Pogodno nagrywaliśmy muzykę do filmu. Przez cały ten czas żyłem z muzyki i nią się zajmowałem - tylko na drugim planie. Bo widocznie było mi to potrzebne.

    - Lekcja pokory? Wtedy to był jedyny talent show muzyczny, wygrana w nim gwarantowała pierwsze strony gazet, a i konkurencja była stosunkowo nieliczna.
    - Na pewno. Po tym, jak wszyscy ci wchodzą w tyłek, bo byłeś w telewizji, mimo że niewiele umiesz, ale wystarczy, że w tej telewizji byłeś, więc może jeszcze dwa złote na tobie zarobią (śmiech), tak przejść do ósmego rzędu na wibrafon, gdzie trudno cię nagłośnić, już nie mówię, że pokazać… Uczyłem się harmonii od kolegów jazzmanów, uczyłem się tła, tego jak funkcjonują piosenki. A ucząc się fachu wciąż pisałem piosenki do szuflady.

    - Śpiewasz, że "przeciętności lękasz się". A lękasz się?
    - Oczywiście.

    - To mówi człowiek z jednym z najpotężniejszych wokali w Polsce, z charyzmą i - przepraszam - wypromowaną twarzą, który na własne życzenie przez 9 lat krył się w kątach za innymi.
    - Bo nie byłem gotowy. Ta pierwsza płyta koniec końców jest trochę przeciętna i choć byłem 10 lat młodszy - nie byłem głupi. Może głupszy o brak doświadczenia, ale byłem tą samą osobą, którą jestem teraz i zdawałem sobie z tego sprawę, że to nie jest do końca to, o co się biłem. Zawsze byłem perfekcjonistą, a do tego natknąłem się na Marcina Borsa, który jest jeszcze większym perfekcjonistą, skrajnym pedantem i pracoholikiem, więc jak zaczęliśmy razem cyzelować piosenki, to gdy minęło pięć lat i byliśmy w połowie drogi, dostawałem powoli szału. Ale stwierdziliśmy, że skoro tyle się z tym mocujemy, to nie możemy wypuścić czegoś, co będzie średnie. Lata mijały, okroiliśmy w końcu materiał do dziesięciu piosenek, które w tej konfiguracji dały się zamknąć w albumie.

    - I jako perfekcjonista czujesz pewnie niedosyt.
    - Zawsze mogło być lepiej! Coś się na płytę nie zmieściło, z czegoś trzeba było zrezygnować. Ale już w lutym wchodzimy znowu do studia ogrywać resztę materiału, żeby nie trwało to kolejnych 8 lat. Wiadomo, na płycie nie da się przenieść tych wszystkich emocji, które wychodzą na koncertach, więc na kolejnej chcemy nagrać wszystko na żywo. Mamy wtedy większą szansę na przekazanie konkretnej informacji nie zabrudzonej tysiącem studyjnych ozdobników.

    - Jak udało ci się skłonić do współpracy najbardziej chyba zapracowanego w branży człowieka? Bors wygospodarował wolną chwilę pomiędzy produkcjami albumów dla Heya, Brodki, Lao Che, Kasi Groniec, Gaby Kulki a tworzeniem muzyki i dźwięków do filmów (m.in. Sezon na leszcza, Mała Moskwa czy Tancerze)?
    - To jest mój najlepszy przyjaciel. Od dziesięciu lat mieszkam pod jego studiem i jestem tam codziennie na kawie, więc trochę nie mieliśmy wyjścia. Przynosiłem gotowe piosenki do studia, a Marcin - jako że słyszy jak nietoperz, jest bardziej błyskotliwy i zna się na muzyce naprawdę fest - pomagał mi je przearanżowywać. Zaczynaliśmy razem grać już osiem lat temu, po pierwszym albumie "Pistolet", kiedy przeprowadziłem się do Wrocławia i próbowaliśmy w tym składzie robić nowe piosenki - niestety, różnica poziomów "kumacji" między mną a resztą załogi była zbyt duża. Ja byłem krzyczącym dzieckiem w skórzanej kurtce, a chłopy miały już po sześć zespołów za sobą. Zatem te kilka lat musiało minąć, musiałem pograć z innymi, musiałem parę razy dostać po tyłku od życia, od dziewcząt, od banków. Ot, zwykłe życie i historie, jakie każdy przechodzi, po to, żeby mieć o czym pisać. Teraz chłopaki wciąż są tyle samo starsi ode mnie, co osiem lat temu, ale różnica między nami radykalnie się zmniejszyła (śmiech).

    - Zmieniły ci się priorytety muzyczne przez te lata?
    - Na pewno się otworzyłem mocno. Zawsze słuchałem różnej muzyki i nawet gdy byłem zdeklarowanym metalurgiem, miałem włosy do pasa i tylko Iron Maiden i Metallika, to podsłuchiwałem sobie Doorsów, Zeppelinów i Queen. Ale nie będę kłamał, to Bors jest chyba największą siłą sprawczą, że odkryłem i Beatlesów, i Dawida Bowie. Wstyd, bo miałem już dwadzieścia lat. Załatwił mi korepetycje z muzyki, którą niby wcześniej znałem, ale nie zastanawiałem się nad nią. Nie mam muzycznych klapek na oczach. Gram dziś muzykę okołorockową, nie mam ram, w których muszę się mieścić.

    - Jesteś synem aktora - Stanisława Brejdyganta - chciałeś iść w ślady ojca?
    - Chciałem, dopóki mój tatuś nie wybił mi tego z głowy.

    - Po to są tatusiowie - żeby wybijać z głowy ryzykowne wybory.
    - To straszny zawód, straszliwy, najgorszy jaki można sobie wymyślić. Sto razy gorszy niż muzyk. Po moim niedawnym doświadczeniu filmowym jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wielką satysfakcję może sprawiać, jednak jako muzyk jestem w dużo większym stopniu panem własnego losu. Nawet gdy gram jako sideman w innych zespołach, oczywiście trzymam się tego, co mam zagrać, ale tu sobie wymyślę jakąś partię, tam się czymś pobawię. Sprzedaję swoje ręce i swój głos, nie całego siebie z ciałem i duszą. Miałem okazję poznać wielu młodych aktorów. Znakomici ludzie, którzy siedzą pięć lat w szkole aktorskiej, od siódmej rano do dziesiątej wieczorem, wyjęci z rzeczywistości, zaczytują się w Ibsenie i Molierze, żeby stworzyć kulturalną elitę, chcą nieść ludziom powiew inteligencji w tych naprawdę zdurniałych czasach, a potem wariują ze szczęścia, gdy dostaną epizod w telenoweli lub mogą zagrać w reklamie pasty do zębów, bo dzięki temu spłacą kredyt. Okropny, okropny zawód! Muzyk, jak nie ma co jeść, może iść do knajpy i zagrać covery, to jednak łagodniejsza forma prostytucji. Tych aktorów wychodzi co roku osiemdziesięcioro - błyskotliwi ludzie z wielkim poczuciem humoru. Ale nie ma szans, żeby wszyscy zrobili kariery i zarabiali z tego godnie czy byli spełnieni.

    - A jednak zagrałeś tytułową rolę w historyczno-biograficznym filmie "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać" w reżyserii Jerzego Zalewskiego.
    - Bo Jerzy do mnie zadzwonił, czy nie chciałbym zagrać głównej roli za dużo pieniędzy (śmiech). Umówiłem się z nim tak, że jak się po 2-3 dniach okaże, że kładę film, to on mnie wyrzuci, a ja się w ogóle nie obrażę, bo wiadomo - nie jestem aktorem. Natomiast zastanawiałem się nad tym długo, bo wiedziałem, że jak odrzucę tę ofertę, to drugiej takiej nie dostanę i będę przez trzy lata bił głową o mur, że mogłem zagrać w dużym filmie, zobaczyć, jak to jest od środka, przeżyć kolejną w swoim życiu przygodę. A ja nie jestem z tych, co się boją.

    - Dlaczego reżyser wybrał naturszczyka, zamiast jednego z osiemdziesięciu absolwentów szkół aktorskich czekających na swoją szansę?
    - Pamiętał mnie z "Idola", bo akurat gdy "Idol" leciał w telewizji, Jerzy Zalewski kręcił dokument o Mieczysławie "Roju" Dziemieszkiewiczu "Elegia na śmierć Roja". Zobaczył, że w programie komercyjnym chłopak but wsadza między drzwi i śpiewa, że się nie zgadza, jest w podobnym wieku, jak bohater kręconego przez niego filmu, a do tego tak samo się nazywa jak on - więc stwierdził, że to zrządzenie losu. Minęło 6 lat, on dostał pieniądze na film i zadzwonił do mnie, czy bym nie chciał zagrać. Czy się zdziwiłem? Bardzo się zdziwiłem. (śmiech)

    - Mieczysław "Rój" Dziemieszkiewicz to dwudziestoletni działacz podziemia antykomunistycznego, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych. Pomnikowa postać.
    - Gdy przeczytałem scenariusz, powiedziałem Jerzemu, że bardzo bym chciał zagrać ubeka, który jest w tym filmie szwarccharakterem.

    - Każdy zawsze chce grać szwarccharaktery, bo najciekawiej się potem w filmie prezentują.
    - A główna, moja, postać, strasznie mi działała na nerwy. Kompletnie innych wyborów bym dokonał - myślałem, czytając scenariusz. Ale jak już spróbowałem wejść w buty tego biednego chłopca, bo to młodziak był, zginął jak miał 26 lat, zacząłem go bardziej rozumieć. Ale nie chciałbym się wypowiadać jak aktor. Dla mnie to była przygoda i tylko mam nadzieję, że uniosłem ten temat na tyle, że nie zepsułem historii, którą Jerzy chciał opowiedzieć. I jestem daleki od wchodzenia w jakiekolwiek polemiki ideologiczne na temat filmu, czy on jest prawicowy, lewicowy, czy jakiś. Ja tam tylko gram.


    Czytaj e-wydanie »

    Czytaj treści premium w Gazecie Pomorskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (3)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (3) forum.pomorska.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Nasze Dobre 2018