Jestem niepokonany

Małgorzata Święchowicz malgorzata.swiechowicz@pomorska.pl
- Wciąż je trzymam - mówi Wojtek. Słonie na szczęście. Ten od babci, ten od siostry, siostrzenicy. A ten z podniesioną trąbą i łapami od "Pomorskiej”. Fot. jarosław Pruss
Wojtek odżył. Obiecuje, że zatańczymy na jego weselu. Pierwszy raz napisaliśmy o nim pięć lat temu. Umierał. Miał w głowie guza wielkiego, jak pięść.
- Teraz nie biorę leków, żyję miłością - mówi Wojtek Staszak. Stale się zakochuje. W dziewczynach i w życiu.
- Teraz nie biorę leków, żyję miłością - mówi Wojtek Staszak. Stale się zakochuje. W dziewczynach i w życiu.

- Teraz nie biorę leków, żyję miłością - mówi Wojtek Staszak. Stale się zakochuje. W dziewczynach i w życiu.

Ryszard Szrajber z Bydgoszczy, starszy inspektor nadzoru w PKP, przeczytał wtedy o Wojtku Staszaku. Utkwiło mu w pamięci zdjęcie chorych, wojtkowych oczu. Przez to utkwienie udało się uratować wojtkowe życie.

Ale po kolei.
Najpierw powstał reportaż
Wtedy, te pięć lat temu, jechało się do Wojtka z duszą na ramieniu. Z Bydgoszczy do jego wsi pod Borkiem Wielkopolskim jest 160 kilometrów. Ale to i tak za krótko, żeby dobrze się zastanowić, jak zacząć rozmowę ze śmiertelnie chorym dwudziestolatkiem.

Ostatecznie zeszło wtedy na lekarzy. Że niefrasobliwi, nieodpowiedzialni, źle diagnozują.
Wojtek miał 16 lat, gdy zaczął się skarżyć. Szesnaście lat! Zanim skończył osiemnaście, był u lekarzy ze czterysta razy. A oni nic. Co tam bóle głowy. Co tam zawroty, wymioty.
- Może ty, chłopie, do szkoły boisz się chodzić - mówili. - Może ty od wojska się migasz?
- Musisz rozluźnić się. Pogwizdać trochę, to pomaga na nerwy - radzili.
Miało mu przejść, jak tylko przestanie się denerwować, jak tylko trochę poćwiczy gwizdanie i pompki, jak tylko się zakocha...

Nikomu jakoś na myśl nie przyszło, że to guz. Przez lata rozepchnął się, rozrósł, zaczął schodzić do kanału kręgowego. Wojtek wył z bólu, utykał, wymiotował. No i to podwójne widzenie - patrzysz, sąsiad idzie do sklepu, naraz dwóch takich samych idzie. Ojciec stoi - dwóch ojców. Mama - dwie mamy. Naprawdę, to żadna frajda widzieć wszystkiego dwa razy więcej.

Gdy w końcu zrobiono mu szczegółowe badania głowy, żaden lekarz nie chciał już operować. - Za późno - mówili. - Za duży guz. Za duży problem. Pech...
Włożyli mu jedynie zastawkę komorowo-przedsionkową, aby ustąpiło wodogłowie. Włączyli radioterapię, dali sterydy. Ale od tego tylko włosy mu wyszły, a przyszły kilogramy. Nogi zrobiły się potężne, ciężkie, w rozstępach. Skóra zaczęła schodzić płatami. Gdy pierwszy raz pojechaliśmy do Wojtka Staszaka miał ponad 50 kilogramów nadwagi, nie wychodził już z domu. Jedyna jego trasa: fotel - ubikacja, ubikacja - fotel.

Żal mu było, że nie zrobi matury

Jestem niepokonany

- Nie mam siły - mówił.
Koledzy szykowali się do egzaminów, w weekendy biegali na dyskoteki, zawracali głowy dziewczynom, sięgali po piwo.
A on?
Sięgał do pudełka z lekami. Rano 11 pastylek, w południe 8, wieczorem znów 11. Dexamethason na głowę, amlozek i sectral na ciśnienie, venolan na napuchnięte nogi, lipancrea na trzustkę, spironol i furaginum na nerki, torecan przeciwwymiotnie...

Czasami, jak miał lepszy dzień, próbował lepić domki z zapałek.
Tak sobie żył z wyrokiem śmierci. Z tego powodu pokazali go nawet w TVN.
Zabrał gazetę z 21 marca
Tylko, że tamtego programu w telewizji nie oglądał ani Ryszard Szrajber z Bydgoszczy, ani lekarze z kliniki w Warszawie.

Szrajber, gdy natknął się na reportaż w gazecie i zaczął czytać o Wojtku Staszaku, to jakby o sobie czytał. Choć są zupełnie do siebie niepodobni. Wojtek młody, z kwietnia 1982. A Ryszard siwy. Tamtej wiosny, gdy ukazał się tekst, miał 58 lat. No i guza miał już z głowy. Lekarze z Centralnego Szpitala Klinicznego przy Szaserów w Warszawie nie robili mu nawet trepanacji czaszki - usunęli przegrodę nosową i tą drogą bezpiecznie uwolnili od gruczolaka przysadki.

Akurat, gdy ukazał się tekst o chorym Wojtku, Ryszard Szrajber wybierał się do Warszawy na badanie kontrolne. Zabrał ze sobą kilka kserokopii reportażu.
Zresztą wtedy, po lekturze "Pomorskiej", wielu ludzi myślało, jak by tu Wojtkowi pomóc - dzwonili z Bydgoszczy, ale także z Włocławka, z Gdańska, z południa Polski, z Niemiec... Ktoś zaoferował pieniądze, ktoś zioła, leki wzmacniające odporność, ktoś obiecał zawieźć do bioenergoterapeuty pod holenderską granicę.

A pani Jola ze Szwecji pytała, co lepiej Wojtkowi kupić: rower czy komputer?
Jeśli chodzi o Ryszarda Szrajbera, to po prostu nie mógł zapomnieć oczu Wojtka - tej chorej, cierpiącej twarzy, którą zobaczył w gazecie 21 marca 2003.

Fakultet można zrobić
- Ja wiem, jak to jest z guzami - mówi teraz, po latach, Ryszard Szrajber. - Mógłbym z guzów zrobić fakultet.

U niego zaczęło się podobnie, jak u Wojtka - Szrajber szedł do kościoła na mszę, to jakby wchodził do dwóch kościołów. W domu miał dwie żony, na ulicy widział tyle domów, że aż się na niego wpychały... No i ten okropny ból głowy.

Rozumiał Wojtka, jak nikt. W naturalnym odruchu zachował reportaż, pokazywał wszystkim. Pokazał też profesorowi Janowi Podgórskiemu, szefowi Kliniki Neurochirurgii przy Szaserów. Tekst przeczytał również doktor, który operował Szrajbera. Decyzja zapadła od razu: Przywieźcie Wojtka. Czemu nie spróbować?
Lekarze byli gotowi. Choć nie owijali w bawełnę: jest ryzyko. Wojtek może stracić wzrok, może stracić słuch, czucie w rękach, w nogach. Może się w ogóle po operacji nie wybudzić.

Ale z kolei bez niej - też śmierć. Może za miesiąc, może za trzy.
Wojtek pamięta, że to był pierwszy raz, kiedy uświadomił sobie umieranie. Wcześniej, nie wiadomo dlaczego, wydawało mu się, że jego choroba nie ma końca.
W klinice byli z nim szczerzy. Dla wszystkich był jakby starym znajomym. - O, to ten z gazety - mówili. I uśmiechali się życzliwie. Wiedzieli, że ma wybór niełatwy. Wahał się. Marudził. Ryzykować inwalidztwo po operacji? Czy czekać na śmierć w domowym fotelu?

13 maja odpada

Zapiszę sobie później: 18 kwietnia 2003 roku, Wielki Piątek, esemes od Wojtka, życzenia Wesołych Świąt. Ale ani słowa o operacji. Zdecydował się, nie zdecydował?

Ostatecznie w Klinice przy Szaserów wyznaczą mu termin: 13 maja. Nie można dłużej czekać, Wojtkowi coraz trudniej się poruszać, coraz gorzej widzi: ma oczopląs poziomy, pionowy, skośny... Ale kto chciałby mieć operację trzynastego? Wojtek się boi. W klinice pada kolejny termin: 17 maja. Ale akurat siedemnastego siostrzeniec Wojtka idzie do Pierwszej Komunii. Dobrze byłoby zobaczyć siostrzeńca. Przesuwają operację na 20 maja. Ale i ten termin niedobry - dwudziestego listonosz przynosi rentę. Szkoda byłoby nie odebrać renty...
W końcu 22 maja Wojtek trafia na salę operacyjną. Zabieg trwa ponad osiem godzin.

Rodzice dają na mszę.

Po operacji Wojtek jest potwornie słaby, nadal podwójnie widzi. Ale przysyła mi radosnego esemesa: ŻYJĘ!

Jest też, oczywiście, w kontakcie z Ryszardem Szrajberem, na początku dzwonią do siebie przynajmniej raz w tygodniu. Jest o czym rozmawiać - że głowa teraz taka lekka, że włosy powoli odrastają...

Później Wojtek martwi się o pana Rysia, bo to zapalony gołębiarz. Gdy zawali się hala w Katowicach, Wojtek panikuje: czy Szrajber przeżył? Okazuje się, że w ogóle nie pojechał ze swoimi gołębiami na wystawę - żona się uparła, nie dała mu pieniędzy na hotel. Szrajber będzie później żartował: - Pożałowała mi 200 złotych. A ja muszę być jej za to wdzięczny do końca życia.

Przewaga ducha nad ciałem
Latem 2003 jestem u Wojtka. Po operacji nie musi brać leków, więc przestaje tyć, ale i tak ma problem z poruszaniem się - słabo mu, nie ustępuje podwójne widzenie. Podziwiam, jak ćwiczy. Najpierw wstawanie z łóżka, później stawianie małych kroków przy balkoniku.
Mówi: - Jestem niepokonany!
Ale to wynik przewagi ducha nad ciałem. Ciało wciąż słabe.
Czasami tak bardzo słabe, że Wojtek wolałby jednak nie mieć operacji, wolałby chyba poczekać na śmierć w fotelu.
A teraz?

Ja taki kochliwy jestem

Marzec 2008. Uprzedzam Wojtka, że przyjadę z fotoreporterem. Wiosna w powietrzu - jak wtedy, gdy jechaliśmy tu pierwszy raz.

Mama Wojtka wychodzi przed dom. Wita nas, tak jak witała 5 lat temu. Przy drzwiach stoi młody chłopak, szczupły.
Wojtek? Nie Wojtek?

Trudno poznać. Oczy inne, bez obrzęków. Twarz inna. Cały jakiś inny. Węższy o ponad 50 kilogramów, wyprostowany, w dżinsach, a nie w dresach i flanelowej koszuli rozmiar: XXXL.

- Tamte ciuchy już wyrzuciłem - komunikuje na wstępie. Wywalił też buty. Teraz może nosić o dwa numery mniejsze.
Zaczął naukę w liceum.
Kupił sobie rower.
Modli się, dziękuje Bogu.
Ulepił kapliczkę przed domem.
Zbudował grilla z polnych kamieni.
Naprawił drzwi do stajni.
Zakochał się. A właściwie co chwilę się zakochuje. W dziewczynach. W życiu.

- Ja w ogóle taki kochliwy jestem - tłumaczy.
Chciałby, żeby kiedyś ogólnopolska telewizja pokazała fantastycznego neurochirurga, który go operował - ale na razie neurochirurg nie chce nawet o tym słyszeć. W rozmowie z "Pomorską" też od razu zastrzegł, żeby nie podawać nazwiska.

Znajomi tłumaczą Wojtkowi, że w żadnym wypadku nie powinien odpuszczać lekarzom, którzy przez lata hodowali mu guza w głowie. Że powinien ich pozwać.
Ale on ma to w nosie.

On chce się bawić na swoim weselu (oczywiście, że zaprosi Ryszarda Szrajbera i "Pomorską“). Chce się cieszyć, rozmawiać z dziewczynami na gadu-gadu, spotykać się z kolegami, wypić piwo.
- Wtedy czuję się naprawdę szczęśliwy - mówi. Choć piwa w ogóle nie powinien próbować - lekarz, jak się dowie, zmyje mu głowę! I lepiej żeby nie wracał do domu o północy - mama się martwi, złości. Pokrzyczy czasami na niego. I popłacze, jak sobie przypomni, co było z tym guzem. Wojtek też zaraz ma mokre oczy, wyciąga chusteczkę, trze powieki.

Dawniej nie mógł zasnąć bez prochów. Brał nitrazepam, żeby przyszedł sen, żeby nie trzeba było myśleć o jutrze.
Teraz zasypia bez pigułek. Z myślą, że jutro będzie dzień, którego miało nie być.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
m

Gratuluję lekarzom, że udało się uratować cenne życie młodego człowieka. Żałuję, że tak długo to musiało trwać zanim trafili się dobrzy lekarze. Życzę samych radości

b
billyjack

WRESZCIE PORZADNY ARTYKUL NA PIEKNY I WAZNY TEMAT. PO SERII GLUPOT NAPISALA PANI COS WZRUSZAJACEGO... ZYCZYMY PANU WOJTKOWI ZDROWIA, ZDROWIA, ZDROWIA... :-) A PANI WIECEJ WAZNYCH TEMATOW.

Dodaj ogłoszenie