O fenomenie Bronisława Malinowskiego z Grudziądza i kulisach moskiewskiej olimpiady

Adam Willma
Adam Willma
Prof. Renata Urban: Przecież my na podwórku wytyczaliśmy sobie bieżnię i biegaliśmy jak olimpijczycy. Koledzy rzucali cegłówką, imitując pchnięcie kulą.
Prof. Renata Urban: Przecież my na podwórku wytyczaliśmy sobie bieżnię i biegaliśmy jak olimpijczycy. Koledzy rzucali cegłówką, imitując pchnięcie kulą. Piotr Biski
O fenomenie Malinowskiego, kulisach moskiewskiej olimpiady i rzeczywistości sportowej w czasach PRL rozmawiamy z prof. Renatą Urban historykiem sportu z Uniwersytetu Szczecińskiego

40 lat temu zginął w wypadku Bronisław Malinowski. Legenda. Wielkich nazwisk polskiego sportu było wiele, ale w pamięć wryły się pojedyncze nazwiska. Co jest miarą naszej pamięci?
Sukces sportowy nie wystarczy. Ci, o których pamiętamy byli nie tylko niezwykłymi ludźmi, ale i nietuzinkowymi osobowościami. Jest też czynnik drugi – igrzyska olimpijskie. Mamy w historii wielu utytułowanych sportowców, których osiągnięcia popadły w zapomnienie, bo zabrakło tej kropki na „i” na igrzyskach. Kropki ze szlachetnego kruszcu, bo 4. i 5. miejsca to okrutny los dla sportowca.

Grudziądz 1980. Bronisław Malinowski pakuje się na igrzyska. Kim wówczas jest?
Utytułowanym sportowcem! Wszyscy pamiętamy o igrzyskach w Moskwie i o tym spektakularnym sukcesie. Zapominamy jednak zwykle, że były to dla Malinowskiego już trzecie igrzyska. Debiutował w Monachium, mając 21 lat i znalazł się poza podium, na tym feralnym 4. miejscu, choć dla tak młodego człowieka był to oczywiście ogromny sukces. Później mieliśmy igrzyska w Montrealu, gdzie Malinowski był już na 2. miejscu. Zdobył srebrny medal olimpijski, przegrywając z bardziej doświadczonym Szwedem Andersem Gärderudem, z którym wielokrotnie rywalizował na różnych zawodach. Ta szala zwycięstwa wielokrotnie przechylała się raz na jedną, raz na druga stronę, bo w Rzymie, na mistrzostwach Europy w 1974, to Gärderud musiał uznać się za pokonanego. Tak więc była to bardzo wyrównana walka. Progres Malinowskiego postępował bardzo systematycznie.

Szafa Malinowskiego była już pełna medali, ale Moskwa była imprezą ostatniej szansy, żeby zdobyć najważniejszy.
Jeszcze wtedy nie zdecydował ostatecznie o zakończeniu kariery. Miał zdecydować o tym po kolejnych mistrzostwach Europy. Natomiast wszyscy mieli poczucie, że Moskwa powinna być dla Malinowskiego ukoronowaniem jego kariery sportowej.

Rzeczywistość sportowa w Grudziądzu w czasach późnego Gierka wydaje się dziś dość przaśna.
Faktycznie, ale trzeba przyznać, że wymuszone, odgórne akcje „usportowienia” młodzieży miały pewne pozytywy, angażowały społeczeństwo do aktywności ruchowej. Nie bez znaczenia było to, że sport – podobnie jak dziś – dawał możliwość awansu społecznego. W moich rozmowach z wieloma wybitnymi sportowcami ten wątek często się pojawia – sport ratował ich przed ponurymi scenariuszami. Nie wyjechaliby ze swojej wsi, z małego miasteczka, gdyby nie sport. Za sprawą sportu pojawiała się też niemal nierealna dla większości społeczeństwa możliwość wyjazdów zagranicznych. Dzięki uczestnictwu w rywalizacji sportowej, obejrzeli takie zakątki świata, o których wcześniej w dzieciństwie mogli tylko pomarzyć.
Bardzo ważną rolę w wyłuskiwaniu talentów odgrywała wówczas szkoła. Przecież całkiem znaczący odsetek znakomitych pięściarzy, to byli chłopcy, którzy w szkole przodowali w bójkach. To nauczyciele wychowania fizycznego skierowali ich energię w stronę treningu sportowego. To rzecz tym bardziej warta podkreślenia, że wśród tych nauczycieli dyplom ukończenia studiów wyższych miało przecież wówczas niewielu. Większość była absolwentami co najwyżej studium nauczycielskiego albo różnych kursów. I – mimo iż nie mieli specjalistycznego przygotowania – potrafili wyłowić talenty, a później poprowadzić je w taki sposób, żeby osoby te osiągnęły sukcesy.
Do czasu Bronisława Malinowskiego, biegi nie były znakiem rozpoznawczym Grudziądza. Miasto stawiało raczej na wioślarstwo. Spektakularnych osiągnięć olimpijskich, za wyjątkiem okresu międzywojennego, gdy z Grudziądza na igrzyska olimpijskie wyjeżdżali jeźdźcy z Centrum Wyszkolenia Kawalerii, jeszcze nie było.

To był niezwykły czas dla polskich biegaczy. Sukces Bronisława Malinowskiego poprzedziła Irena Szewińska, świat mówił o polskim „wunderteamie”. Gdzie szukać źródła tych sukcesów?
To nie był zbieg okoliczności. Nie da się pominąć roli doskonałego trenera Jana Mulaka, którego można nazwać ojcem sukcesów lekkoatletycznych. To w dużej mierze jego zasługą było skupienie wokół siebie grona znakomitych trenerów. Bo przecież sukcesy pojawiły się nie tylko w biegach, ale i w konkurencjach rzutowych i w skokach. To są przecież czasy Woronina, Licznerskiego, Duneckiego, Ślusarskiego, Kozakiewicza, Komara, Wszoły. Oprócz Szewińskiej doskonałe wyniki osiągały m.in. Kłobukowska, Ciepły, Górecka, Kielan czy Rabsztyn.

Na czym polegał fenomen sportowy Malinowskiego?
Był osobą nieprawdopodobnie pracowitą i konsekwentną. Do tego bardzo zdyscyplinowaną. To powtarza się w wielu relacjach jego kolegów. Tę konsekwencję widać zresztą w moskiewskim biegu. Przez dłuższy czas był na 3-4, potem 2 miejscu – jako lider i faworyt – pozwolił się wyprzedzić największemu konkurentowi, Tunezyjczykowi Filbertowi Bayi. Ale taki dokładnie miał plan – biegł po swojemu. Miałam okazję rozmawiać z kilkoma uczestnikami igrzysk w Moskwie. Wszyscy podkreślali tę jego nadzwyczajną pracowitość i konsekwencję. Do tego był autentycznie koleżeński i serdeczny. Otwarty, sympatyczny i postępujący fair jak przystało na Mistrza.

Ale politycy nie grali fair wobec sportowców. Czas tryumfu Malinowskiego przypadł na jedne z najdziwniejszych igrzysk w historii...
Przede wszystkim ze względu na ich bojkot, którego konsekwencją było też bojkotowanie kolejnych igrzysk w Los Angeles. Z bojkotami mieliśmy do czynienia już wcześniej, ale nigdy w takiej skali. O przyznaniu Moskwie prawa do organizacji igrzysk zdecydowano w 1974 roku. Gdyby procedura ta miała miejsce 4 lata później, zapewne moskiewskich igrzysk by nie było. Ale w tamtym czasie Moskwa złagodziła nieco swoją postawę i bardzo zależało jej na ociepleniu wizerunku. To były m.in. czasy spektakularnych sukcesów Rosjan w programie kosmicznym.

Świat zobaczył łączące się statki Sojuz i Apollo, wydawało się, że sytuacja polityczna się stabilizuje. Jeszcze w 1970 roku kandydatura Moskwy przegrała z Montrealem, więc władze ZSRR wyciągnęły z tej prestiżowej porażki wnioski i lepiej przygotowały się do kolejnych wyborów. Zaproszono członków MKOl do Moskwy, żeby zaprezentować im poziom infrastruktury sportowej. To zrobiło wrażenie, bo igrzyska w Montrealu były pełne niedociągnięć organizacyjnych. Organizatorzy igrzysk olimpijskich od dawna korzystali ze wsparcia sponsorów, jednak Moskwa zadeklarowała, że poradzi sobie bez nich. Budowę wszystkich obiektów i sfinansowanie organizacji wzięło na siebie państwo. A jeśli chodzi o bojkot – wbrew pozorom – sprawa wkroczenia wojsk Związku Radzieckiego do Afganistanu przelało tylko czarę. Istotna z punktu widzenia USA, były m.in. wzrost nastrojów antykomunistycznych w USA czy restrykcyjna polityka ZSRR wobec żydowskiej emigracji i Izraela.

Rządy Stanów Zjednoczonych, Kanady i Wielkiej Brytanii już na początku stycznia 1980 r. opowiedziały się za bojkotem igrzysk w Moskwie. Ten bojkot w rzeczywistości wcale nie był spontaniczny, wprost przeciwnie – był bardzo przemyślany, ale nie do końca konsekwentny. Niektórzy sportowcy państw, bojkotujących igrzyska, startowali pod flagą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Tak więc raczej trudno zgodzić się z tezą, że na igrzyskach zabrakło kluczowych nazwisk i łatwiej było wygrać. Akurat w przypadku Malinowskiego ten bojkot nie miał większego znaczenia, o czym świadczyły wcześniejsze sukcesy w Montrealu i na mistrzostwach Europy.

Moskwę w 1980 zapamiętano również za sprawa publiczności. Pamiętamy gest Kozakiewicza czy buczenie przy skokach Ślusarskiego.
Takie nieprzyjemne reakcje mają oczywiście wpływ na sferę mentalną zawodników, ale akurat Malinowski był klasą sam dla siebie. Był na tyle dobrze przygotowany i skupiony na celu, że nie sądzę, aby wroga publiczność była stanie odebrać mu mistrzostwa.

Trzeba jednak przyznać, że atmosfera w Moskwie rzeczywiście była, hmmm… specyficzna. Zachowały się np. informacje o otwieraniu i zamykaniu wrót stadionowych, co miało wpływ na cyrkulację powietrza (ważną m.in. w skoku o tyczce). Nasi jeźdźcy wypadli wspaniale w skokach przez przeszkody, ale wukakawiści wspominali, że nie pozwolono im osobiście opiekować się własnymi końmi w stajni, a po nocy nie mogli poznać swoich koni, tak były osowiałe.

To były dziwne igrzyska także z tego powodu, że z jednej strony zasypał nas grad 32 medali – nigdy wcześniej ani nigdy później nie udało się uzyskać ich aż tylu, ale z drugiej – nerwowo wyczekiwaliśmy na złoto i ostatecznie okazało się, że zdobyliśmy tylko trzy złote medale. W igrzyskach niczego nie da się przewidzieć. Mimo wszystko odnieśliśmy tam ogromny sukces.

Ledwie rok po igrzyskach świat obiega informacja o śmierci polskiego olimpijczyka. Zapamiętała pani tamten dzień?
Pamiętam niedowierzanie, przecież to nie mogło się zdarzyć. Przecież wyjechał tylko zatankować. Był poumawiany na zawody... Byłam wtedy uczennicą grudziądzkiej szkoły podstawowej, ale wstrząsnęło to mną, jak całym miastem. Przecież my na podwórku wytyczaliśmy sobie bieżnię i biegaliśmy jak olimpijczycy. Koledzy rzucali cegłówką imitując pchnięcie kulą. Dowiedziałam się o tej tragedii od starszej siostry, która trenowała lekkoatletykę.

Gdyby nie tamten dzień, rozmawialibyśmy dziś być może o Bronisławie Malinowskim jako o wybitnym trenerze?
A może jako o działaczu Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego? Przecież taka prestiżowa rola przypadła Irenie Szewińskiej. Dla mnie ważne jest to, jak wiele dobrego stało się za sprawą pamięci o Malinowskim w lokalnej społeczności. Poświęcone mu memoriały są do dziś bardzo masowe i ważne na polskiej mapie sportowej. Cieszę się, że tyle szkół w Polsce nosi imię Malinowskiego, bo to autentycznie postać godna naśladowania. W grudziądzkiej szkole, której patronem jest Bronisław Malinowski od wielu lat uczy wychowania fizycznego mój brat. To dla mnie fantastyczny widok, gdy młodzież w różnym wieku, ale zwłaszcza te maluchy biegają na zawodach poświęconych Malinowskiemu. I choć nie odmawiam współczesnym sportowcom indywidualnych rysów, to jestem przekonana, że dobre duchy takich ikon polskiego sportu, jak Malinowski i Szewińska, współtworzą do dziś siłę naszej lekkoatletyki.

Dopłaty do cen energii

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie