Przyjaźń do grobu

Redakcja
W tym miejscu był betonowy dół, w którym zginął Przemek. Rodzina postawiła krzyż i palą się tu zawsze znicze.
W tym miejscu był betonowy dół, w którym zginął Przemek. Rodzina postawiła krzyż i palą się tu zawsze znicze. Fot. adam Lewandowski
- To oni naszego Przemka zabili! Jechali z nim z Warszawy PKS-em, wysiedli razem na krzyżówkach, pobili go i wrzucili do tego dołu!

- Brandzelewscy wersji "nieszczęśliwy wypadek" nie przyjmują do wiadomości.

ONI - to Andrzej i jego ojciec Stanisław Budnicki z tej samej co Brandzelewscy wsi - z Osięcin koło Radziejowa oraz Sławomir Kikowski z sąsiedniej miejscowości (ich imiona i nazwiska zostały zmienione).

Tak było od lat...
Andrzej i Przemek przyjaźnili się od zawsze. Tak mówi matka Przemka. Andrzej bywał u nich codziennie, wspólnie oglądali filmy, chodzili razem na dziewczyny.
- Nasz syn skończył zawodówkę, był mechanikiem, ale roboty nie miał - opowiada Danuta Brandzelewska. - Imał się różnych zajęć. Pracował przy naprawie dróg, ale płace były marne. A Andrzej z tym Sławkiem znaleźli robotę na budowie w Warszawie. Jak przyjechali, to Andrzej od razu przyszedł do nas, że jest też robota dla Przemka, że swojego ojca też do stolicy weźmie, bo montują czteroosobową brygadę budowlaną. Przemek się zgodził. Nie byliśmy zachwyceni, że nasz syn z domu wyjedzie, ale zgodziliśmy się. Jeszcze mąż odwiózł ich rano do krzyżówek na autobus.

Prawie miasteczko
Osięciny to wieś o zwartej zabudowie, leżąca dwa kilometry od trasy Inowrocław - Radziejów - Włocławek. Przystanek jest "na krzyżówkach". Tak miejscowi nazywają skrzyżowanie z drogą na Osięciny. Ale z przystanku bliżej jest do stacji benzynowej niż do samego skrzyżowania. Wysiadający z autobusu zamiast iść drogą, wolą na skróty - przez dawny plac buraczany. Dziś jest tu już tylko budynek wagowy. Bo dół dawnej wagi, w którym znaleziono martwego Przemka, zaraz po tragedii został przez właścicielkę zasypany. - Tam był kraj obraz księżycowy - opowiada Jerzy Brandzelewski, ojciec Przemka. - Porozrzucane płyty, głębokie betonowe doły po zdemontowanych wagach. Wszyscy znali to miejsce i wiedzieli jak przez ten plac skracać drogę z przystanku do Osięcin. Nasz Przemek również.

Między 2 a 18 listopada
Pojechał z nimi do Warszawy zaraz po Wszystkich Świętych. Po kilku dniach rodzice wiedzieli już, że wróci. - Telefonował, mówił, że mu w tej stolicy bardzo źle - wspomina matka. - Czekał tylko na pierwszą wypłatę.

Szef dał im kasę 18 listopada. Cała czwórka wsiadła w Warszawie do autobusu o godz. 13.45. - Kiedy byli koło Płocka, rozmawiałem z nim - opowiada Daniel, jeden z trzech braci Przemka. - Tak się cieszył, że wraca do domu... Później już telefonu nie odbierał. Pewnie zasnął w tym autobusie.

Krzyżówki 17.27
Wysiedli na krzyżówkach w Osięcinach o godz. 17.27. Tak w śledztwie odczytano tachograf. Kierowca zezna: - Wysiedli na pewno w czwórkę. Potem w monitorze na stacji benzynowej będą widoczni już tylko w trójkę. Bez Przemka. Bo Przemek miał już dość alkoholu, zobaczył światła Osięcin i chciał jak najprędzej pójść do domu. Jego koledzy z warszawskiej brygady budowlanej poszli na stację benzynową - po wódkę. O tym, że byli tam w trójkę, zezna też pracownik stacji.
Wyglądała go

- Ile razy na ulicę wychodziłam... - wspomina matka Przemka. - Niespokojna byłam, zła na męża, bo w trasę TIR-em za Łęczycę po cukier pojechał, jakby był, to z tych krzyżówek syna samochodem odebrał... To był taki ciepły dzień, nie taki chłodny i mglisty, jak dziś. Wychodząc z domu tylko kurtkę na siebie narzucałam. A naszego Przemka ciągle nie było... Pytałam ludzi, czy nie widzieli wracających z przystanku. Około godziny 19 wiedziałam już, że oni wrócili, grasują już po osiedlu, że z butelką wódki z krzyżówek wracali, tylko naszego Przemka nikt nie widział.

Poszukiwania
Najstarszy syn Brandzelewskich - Wojciech wsiadł z żoną Anną w auto i rozpoczęli - razem z Andrzejem, którego spotkali na osiedlu - poszukiwania Przemka. Odwiedzali kolegów, do których mógł zajść. Z jednym umówiony był przecież na dyskotekę. Nigdzie jednak Przemka nie było. - O godzinie 23 poszłam do domu Budnickich - wspomina matka. - Nie otworzyli. Chciałam wypytać Andrzeja, bo twierdził, że w trójkę odprowadzili z autobusu pijanego Przemka do naszej ulicy, a nikt przecież ich razem w drodze z krzyżówek nie widział. Była już noc, a jego przecież nadal nie było.

Wczesnym rankiem znowu była u Budnickich. - Stary na mnie nakrzyczał - wspomina. - Że czepiam się ich, bo nasz syn jest dorosły, poszedł sam z przystanku do Osięcin, bo nie chciał z nimi na stację pójść. Poszłam wtedy do naszego sąsiada - kumotra, czyli ojca chrzestnego jednego z naszych synów. Wsiedliśmy w jego auto i ruszyliśmy na krzyżówki. Zaglądałam do każdego rowu, byłam na stacji benzynowej, ruszyłam na ten plac buraczany.

Matka znalazła
Pomyślała: może schronił się w budynku wagi? Ale ten był zamknięty na cztery spusty. Wtedy coś ją tknęło i zajrzała do dołów. Wieść o tym, że matka znalazła syna, obiegła natychmiast Osięciny. Przyjechali policjanci, prokurator, pogotowie. Kiedy Przemek jeszcze w tym dole leżał, odzywał się jego telefon. 60 nie podjętych rozmów. Bo bracia, matka telefonowali do niego przez cały wieczór i noc.

- To oni zabili!
- Przyszli na miejsce śmierci naszego Przemka Budniccy, ojciec i syn, ale ich kumoter odegnał - mówi Danuta Brandze lewska. - Od razu powiedzieliśmy policjantom, że to oni go zabili. Nie przyszli potem na pogrzeb Przemka. Ponoć dlatego, że musieli wrócić do Warszawy, do roboty. A przecież Andrzej był najlepszym przyjacielem naszego syna... Miałam wtedy jeszcze jeden problem. Nasz Przemek nie żył, a ja nie mogłam zawiadomić o tym męża. Bałam się, że jak sie dowie, to tym TIR-em trzaśnie w drzewo. Straciłam już syna, nie chciałam stracić również męża. Jego szef wysłał natychmiast zmiennika. Kiedy przedzwoniłam, usłyszałam krzyk.
Policja zgarnęła całą trójkę. Na przesłuchania.

Pytania bez odpowiedzi
- To skandal, że ci, którzy odpowiadają za śmierć naszego syna, byli przesłuchiwani w roli świadków! - Jerzy Brandze lewski nie ukrywa żalu do organów ścigania. - W Osięcinach są ludzie, którzy donieśli nam, że słyszeli, jak jeden do drugiego mówił: - Za mocno go trzasnąłeś. Za dużo jest tu znaków zapytania. Przemek, jakby sam wpadł do tego betonowego dołu, to leżałby w nim od strony szosy, a nie od Osięcin. Dlaczego okulary były całe i leżały w nogach? Dlaczego piszą: utopił się, skoro było tam niewiele wody, i telefon był suchy, skoro działał do końca? Skąd tyle ran na twarzy, głowie, na ciele? I dlaczego radziejowska policja nie potrafi rozwiązać takich zagadek? Przecież w ostatnich latach w naszych okolicach to już czwarta śmierć bez wskazanych sprawców.

Jerzy Brandzelewski pokazuje zdjęcia syna. Jak leżał w tym betonowym dole - twarzą do ziemi i rękoma z tyłu; zbliżenia twarzy, gdy Przemek był już w trumnie.

W Osięcinach po roku
18 listopada minął rok od śmierci Przemka. Miał wtedy 22 lata. Byłem z jego matką na cmentarzu, z ojcem i bratem w miejscu, w którym zginął. Brandzelewscy nigdy nie pogodzą się ze śmiercią syna. Nie uwierzą, że mógł to być zbieg nieszczęśliwych okoliczności.

Byłem też w domu Budnickich. Zastałem tylko matkę Andrzeja. Jej mąż nadal pracuje w Warszawie, Sławomir Kikowski, dawno temu niezły zawodnik kickboksu, który według Brandzelewskich miał uderzyć Przemka - również pracuje w Warszawie. Andrzej - nigdzie, bo siedzi w więzieniu. Jak dowiedziałem się w radziejowskiej Komendzie Powiatowej Policji - za posiadanie narkotyków. - Były kogoś innego, ale on wziął wszystko na siebie - mówi jego matka. Dała mi telefon do Kikowskiego.

Niewiele chce mówić
- Nie ma takiego numeru - usłyszałem w słuchawce. Ona sama niewiele chciała powiedzieć. Prosiła tylko, by rodzina Brandzelewskich dała jej rodzinie wreszcie spokój: - Przecież wtedy rano, kiedy ona, Brandzelewska, przyszła do nas, od razu zerwali się i poszli szukać Przemka, pobiegli na krzyżówkę! Pomagał też im w poszukiwaniach nasz Andrzej. Co jeszcze mogli zrobić?! A oni ciągle nas oskarżają! Dość!

Z akt wynika
Przejrzałem kserokopie zeznań składanych w śledztwie, opinie biegłych, postanowienia o umorzeniu śledztwa - częściowym, bo sprawa przeciwko właścicielce placu buraczanego trafiła do sądu.

Z zeznań Budnickich i Kikowskiego wynika, że Przemek w przeddzień wyjazdu z Warszawy pobił się na budowie z kimś z Kielc. Miał mocno podbite oko. Ale o tym nie wspominał w swych zeznaniach kierowca autobusu. Na drogę kupili alkohol i wypili sporo. A Przemek, jak wypił, stawał się zadziorny. Kiedy go budzili przed Osięcinami, nie był dla nich...

Sekcja zwłok wykazała, że miał w moczu 3,7 promila alkoholu.

Adam Lewandowski
[email protected]

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie