Tych troje młodych ludzi połączyły choroby, na które tradycyjna medycyna nie znalazła sposobu

Hanna Sowińska
Lipiec 2012 r. Prof. Marek Harat (po lewej) wraz z dr. Marcinem Rudasiem (po prawej)  wykonali pierwszą w kraju operację głębokiej stymulacji mózgu u pacjentki cierpiącej na patologiczną otyłość
Lipiec 2012 r. Prof. Marek Harat (po lewej) wraz z dr. Marcinem Rudasiem (po prawej) wykonali pierwszą w kraju operację głębokiej stymulacji mózgu u pacjentki cierpiącej na patologiczną otyłość archiwum GP / Andrzej Muszyński
By zaspokoić głód Marta już nie musi kraść jedzenia. Nie ma też napadów żarłoczności. Ewa jest "nowym człowiekiem". Ataki autoagresji to przeszłość. A Dawid? Złagodniał. Już tak nie wojuje i przesypia noce.

Marta studiuje w Poznaniu, Ewa podróżuje samolotami, jeździ na wycieczki rowerowe, wszystkim się interesuje, jakby chciała nadrobić stracony czas. - U Dawida poprawa jest w pięćdziesięciu procentach. Cieszy nas to, co jest, bo dotąd nasze życie było straszne - mówi ojciec.

Tych troje młodych ludzi połączyły choroby, na które tradycyjna medycyna nie znalazła sposobu. Ratunkiem okazała się głęboka stymulacja mózgu. Eksperymentalne operacje wykonał w minionych trzech latach prof. Marek Harat, szef kliniki neurochirurgii w 10. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Bydgoszczy, we współpracy z dr. n. med. Marcinem Rudasiem.

Przeczytaj także: Nowatorska operacja w Bydgoszczy. 26-latka po 10 latach wolna od kaftanu bezpieczeństwa

Dobrze, że mózg stracił apetyt

Przy wzroście 169 cm Marta ważyła 151,4 kg. Utyła tak bardzo, bo nie potrafiła opanować wilczego apetytu. Jej życie zmieniły wszczepione w odpowiednie miejsce w mózgu dwie elektrody.

- Wiemy już, że nie w przewodzie pokarmowym tkwi choroba, a w głowie. Najcięższe przypadki patologicznej otyłości związane są z zaburzeniami mózgu, w ośrodkach zlokalizowanych w podwzgórzu - chodzi o ośrodek sytości i głodu. Gra pomiędzy tymi ośrodkami odpowiada za chęć przyjmowania pokarmów bądź uczucie sytości - tak po udanym zabiegu u młodej wielkopolanki (lipiec 2012 r.) tłumaczył prof. Harat.

Gdy miała 11 lat operowano ją z powodu łagodnego guza mózgu. "Intruz" usadowił się w podwzgórzu. Od tego czasu cierpiała na wielohormonalną niedoczynność przysadki. Dominującym problemem, z którym zaczęła się zmagać, było zaburzenie czynności podwzgórza, objawiające się brakiem kontroli nad przyjmowaniem pokarmów. Stale była głodna, więc jadła. Była w stanie zrobić wszystko, by zdobyć jedzenie.

Ogromna tusza okazała się nie tylko "defektem kosmetycznym". Była także przyczyną innych chorób, które mogły zagrozić jej życiu. Po operacji, w niespełna dwa miesiące, zrzuciła 13,4 kg! W październiku 2012 roku rozpoczęła studia na polonistyce.

Jak po trzech latach efekty zabiegu ocenia prof. Harat?
- Ona żyje tak jak jej rówieśnicy. Nie musi już kraść jedzenia ani pieniędzy na jedzenie. Przed operacją myślenie o jedzeniu wypełniało jej prawie cały dzień. To się zmieniło. I to właśnie było głównym celem leczenia, który udało się osiągnąć. Efekt chudnięcia nie jest tu najważniejszy. Wiem, że straciła przeszło 20 kg. Chudnie wtedy, kiedy ma wakacje i zdecydowanie więcej ruchu. Teraz tylko od niej zależy, czy będzie ważyć na przykład 60 czy 120 kilogramów.

Zagrożeniem tak dla Marty, jak i pozostałych pacjentów z wszczepionym stymulatorem, jest znalezienie się w polu magnetycznym.

- Od czasu operacji kilkakrotnie spotykałem się z pacjentką. Przyjechała do kliniki, bo zauważyła, że coś się dzieje niedobrego. Okazało się, że pod wpływem pola magnetycznego w bibliotece, wyłączył się stymulator. Innym razem doszło do przerwania przewodu. Wystarczyło wymienić przewód i włączyć stymulator - mówi neurochirurg.

Druga eksperymentalna operacja z powodu patologicznej otyłości została przeprowadzona w bydgoskiej klinice u pacjentki z USA. U niej, tak jak i u Marty, też były uszkodzone ośrodki głodu i sytości.

Uzdrowiona cała rodzina

Ewa nie mówi (urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym), ale posługuje się językiem migowym. Jednak do tego, by okazać radość z powrotu do normalnego życia, nie potrzebuje słów. Uśmiecha się, wszystkim się interesuje.
- Sprawia wrażenie, jakby chciała nadrobić stracony czas. Jesteśmy przeszczęśliwi. Od półtora roku córka nie ma ataków autoagresji. Ta operacja uzdrowiła całą naszą rodzinę - pani Aleksandra, matka Ewy nie kryje radości z efektów operacji.

Zanim rodzice dowiedzieli się, że jest szansa wykonanie eksperymentalnego zabiegu, latami przeżywali koszmar. Ataki autoagresji pojawiały się coraz częściej. Ewa potwornie krzyczała, okładała się pięściami po głowie, gryzła ręce, darła odzież. W napadzie szału miała nadludzką siłę. Nie tak łatwo dała się zapiąć w pasy bezpieczeństwa.

- Przez ostatnie dwa lata ataki występowały prawie codziennie, a od pół roku były w dzień i noc. A teraz spokój - mówiła w drugiej dobie po operacji pani Aleksandra. Był marzec 2013 r.

- Pacjentka nie wykazuje żadnych zachowań agresywnych - ani w stosunku do siebie, ani otoczenia. Po raz pierwszy do dziesięciu lat nie jest w pasach bezpieczeństwa. Mamy z nią dobry kontakt - informował wtedy prof. Harat.

Ewa od wielu lat przyjmowała leki. Niestety, farmakoterapia nie powodowała zmniejszenia agresywnych zachowań. Dopiero głęboka stymulacja tylno przyśrodkowej części podwzgórza sprawiła, że nastąpiła zmiana zachowania. - W sierpniu 2013 roku córce wszczepione kolejne dwie elektrody i drugi stymulator. Minęło jeszcze kilka miesięcy i Ewa stała się "nowym człowiekiem". Lata z nami samolotami, jeździ na rowerze, chodzi na spacery - mówi matka.

Pułapką jest pole magnetyczne. Potrafi naraz wyłączyć oba stymulatory. - Dlatego sprawiliśmy Ewie specjalną pelerynę. Jeśli wiemy, że znajdziemy się w niebezpiecznym dla niej miejscu, np. w dużym sklepie, gdzie są "bramki", zabieramy to okrycie. Zlikwidowaliśmy też w domu kuchenkę indukcyjną.
Prof. Harat pytany o skutki przeprowadzonej u Ewy operacji, rozpromienia się.

- To coś fantastycznego. Efekt tego leczenia przeszedł moje oczekiwania. Ta kobieta wróciła do normalnego życia.

U Dawida agresja i autoagresja

Wprowadzany do gabinetu uderzył głową we framugę, po czym kopnął biurko. - Ratowałem komputer, a jak się podniosłem, plunął mi w oko - tak prof. Harat wspomina pierwsze sekundy wizyty Dawida.

To drugi pacjent, u którego bydgoscy neurochirurdzy zastosowali eksperymentalny zabieg implantacji stymulatora. Powodem niepoddająca się leczeniu agresja i autoagresja.

Postawny młody mężczyzna - 185 centymetrów wzrostu, prawie 90 kilogramów. Szybki, bardzo sprawny.
- Gdyby był zdrowy, gdyby wieloletnie ataki padaczki nie zrobiły w jego mózgu spustoszenia, mógłby wiele osiągnąć - mówi ojciec.

Rodzina przeżywała piekło. Latami. Dorastającemu Dawidowi (dziś ma 23 lata), cierpiącemu na lekooporną padaczkę, lekarze nie byli w stanie pomóc. Dochodziło do dziesięciu ataków na dobę. Chłopak tracił przytomność.

- Był w wielu szpitalach psychiatrycznych - w Krakowie, Łodzi, Bełchatowie. Lekarze zmieniali leki, kombinowali i nic z tego nie wychodziło. Zamiast poprawy, było jeszcze gorzej. Po atakach padaczki wpadał w stany lękowe. Pojawiły się objawy autyzmu. W zasadzie nikt nie postawił diagnozy. Choroba, która dotknęła naszego syna ma nieznane pochodzenie - dodaje ojciec.

Dawid rósł, stawał się coraz silniejszy i bardziej agresywny. Demolował mieszkanie. Z wersalką, na której spał, potrafił rozprawić się w jednej chwili. Zrywał podłogę. Kilka razy wybił szyby w swoim pokoju (teraz ma szyby z hartowanego szkła). - Nie tylko niszczył, co mu wpadło w ręce, ale był niebezpieczny dla otoczenia. Rzucał się na nas - na żonę, na mnie. Miałem złamany nos, potłuczone żebra. W atakach autoagresji walił głową w ścianę. Cuda się w naszym domu działy - mówi pan Piotr.

Choroba Dawida odbijała się na całej rodzinie. - Mamy starszego syna, który już z nami nie mieszka i 13-letnią córkę. Bardzo boi się chorego brata. Chcąc zapewnić córce spokój wywoziliśmy ją do siostry żony lub teściowej.
Kiedy Dawid wpadł w szał przeraźliwie krzyczał i niszczył, co miał pod ręką. Każdy dzień był walką o to, by sobie nic nie zrobił, a przede wszystkim, by nikt z obcych nie ucierpiał. Każda noc nieprzespana, dla obojga rodziców.
Gdy już nie liczyli na odmianę losu, nadzieja nadeszła z bydgoskiej kliniki. Wcześniej o Dawidzie mowa była w jednym z programów "Sprawa dla reportera", po którym odezwał się dr Jerzy Pobocha, psychiatra ze Szczecina. - Początkowo wydawało się, że będzie dobrze, bo leki działały. Ale przestały. W październiku 2014 roku prof. Harat wykonał u syna operację. Dawid ma wszczepione dwie elektrody i jeden stymulator. Poprawa jest połowiczna. Syn przesypia noce, jego organizm reaguje na leki uspokajające. Cieszymy się z tego, co jest.

Dawid będzie miał jeszcze jeden zabieg. W sierpniu. - Jestem ciekaw efektów - kończy ojciec Dawida.

Imię pacjentki leczonej z powodu patologicznej otyłości zostało zmienione.

Czytaj e-wydanie »

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie