Epidemie depresji, narkomanii, narcyzmu – to wszystko efekt życia w warunkach niezgodnych z ludzką kondycją

Karina Obara
Karina Obara
Monika Kostera-Kociatkiewicz – prof. nauk zarządzania, nauk ekonomicznych i humanistycznych na Södertörn University w Szwecji; była też profesorem na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Autorka i redaktorka naukowa ponad 40 książek w języku polskim i angielskim. Jest członkinią Spółdzielni Poetów Erbacce w Liverpoolu Obecnie zajmuje się zarządzaniem humanistycznym, a w szczególności etnografią organizacji, samorządnością i pracą bez alienacji. Prowadzi badania w terenie w ramach projektu badawczego Unii Europejskiej FP7 na temat organizacji zorientowanych na wartości.
Monika Kostera-Kociatkiewicz – prof. nauk zarządzania, nauk ekonomicznych i humanistycznych na Södertörn University w Szwecji; była też profesorem na Uniwersytecie w Durham w Wielkiej Brytanii. Autorka i redaktorka naukowa ponad 40 książek w języku polskim i angielskim. Jest członkinią Spółdzielni Poetów Erbacce w Liverpoolu Obecnie zajmuje się zarządzaniem humanistycznym, a w szczególności etnografią organizacji, samorządnością i pracą bez alienacji. Prowadzi badania w terenie w ramach projektu badawczego Unii Europejskiej FP7 na temat organizacji zorientowanych na wartości. Archiwum prywatne
Udostępnij:
Rozmowa z prof. Moniką Kosterą-Kociatkiewicz, o tym dlaczego permanentne szczęście jest raczej otumanieniem niż prawdziwym życiem.

- Polska psychiatria jest w fatalnej kondycji, a potrzebujących pomocy przybywa. Co czwarty zgon w grupie wiekowej 11-15-latków to śmierć samobójcza. Polska młodzież jest na drugim miejscu w Europie w statystyce samobójstw. Ale skoro dzieci mają się tak źle, to chyba ich rodzice też nie najlepiej?
- Jako badaczka od organizacji i zarządzania, mogę powiedzieć, że wiele badań z mojej dziedziny i pokrewnych wskazuje na to, że żyjemy w czasach, w których i dzieci, i dorośli czują się coraz gorzej. Zła kondycja dzieci jest boleśnie widoczna, ale mówi coś zatrważająco ważnego o kondycji całego społeczeństwa. Paradoksalnie, wciąż jesteśmy bombardowani przekazem, że musimy być szczęśliwi. Jest to widoczne zwłaszcza w popularnym zarządzaniu, takim poradnikowo-konsultanckim. W książce „Pętla dobrego samopoczucia” badacze zarządzania Andre Spicer i Carl Cederström opisują, jak poczucie szczęśliwości stało się obowiązkiem każdego pracownika i obywatela. Dobre samopoczucie przekształciło się w przymus i obróciło się przeciwko nam. Pętla dobrego samopoczucia nie tylko odbiera nam możliwość przyznawania się do bezsilności, bezradności, niewiedzy i smutku. Zabrania nam też decydować o tym, co jest dla nas przyjemne – szczęśliwość jest obiektywizowana w postaci miar i rzeczy, tak jakby doświadczenie nie miało z tym nic wspólnego. Nie mówiąc już o tym, że szczęście nie polega na permanentnej ekstazie. Takie permanentne ekstatyczne szczęście kojarzy się raczej z otumanieniem, a nie z ludzkim życiem. Tymczasem współcześni stosują rozmaite aplikacje, aby mierzyć liczbę wykonanych kroków, spożywanych kalorii i czy pasują do kanonu przyjętego przez społeczeństwo. To powoduje nieustającą presję, życie pod ustawiczną kontrolą, z dala od doświadczanych potrzeb, za to w ciągłej frustracji. W ten sposób nie można odpocząć, bo dyktat norm wtłacza nasze ciała i umysły w systemowe normy, niszczy społeczne zachowania. Zatopieni w studiowanie własnego ciała jak obiektu, rzeczy, którą trzeba ciągle kontrolować i mierzyć, pozbawiamy się możliwości odczuwania, rujnujemy relacje ze światem. A przecież mieliśmy być – zgodnie z panującymi trendami - ciągle w dobrym nastroju, tylko on jednak wciąż się pogarsza.
Czytaj także:
Ważne jest, żeby mieć kogoś, z kim można prawdziwie rozmawiać. Do rozpaczy i smutku mamy pełne prawo
- I następuje efekt domina? Rodzic zakaża dziecko swoim stanem emocjonalnym, czy dziecko jest odbiciem problemów w rodzinie?
- Człowiek nie jest wyspą, dlatego problemy psychiczne dziecka powinny skłaniać psychiatrów do pracy z całą rodziną. W latach 70. istniały takie szkoły w psychologii i psychiatrii, by wymienić choćby wybitnego szkockiego psychiatrę egzystencjalistę – R..D. Lainga. W mojej dyscyplinie też jest wiele ciekawych badań na ten temat. Yiannis Gabriel, profesor zarządzania pochodzenia greckiego, pracujący w Wielkiej Brytanii, prowadził badania tzw. miazmy (z grec. plama, zanieczyszczenie, skaza), pokazując, że problemy w organizacjach nie są jednostkowe, nawet nie są grupowe, tylko przepajają całą kulturę. Na przykład, gdy podczas redukcji zatrudnienia zwalnia się ludzi, powstaje po tych ludziach pustka, która domaga się uwagi, jątrzy się i przekłada na postawy apatii, stany depresyjne, fundamentalne problemy komunikacyjne. Zaczyna się wytwarzać kultura osamotnienia i obcości. Dochodzi wreszcie do takiej sytuacji, że w firmie nie ma już żadnego ducha współpracy, ludzie są nieszczęśliwi, a nawet targają się na własne życie.
- A co spowodowałoby zmianę w takiej firmie?
- Jeśli mamy sytuację miazmatyczną, o której pisze Gabriel, to nic już nie pomoże. Zanim do tego dojdzie, dobrze jest pracować z całą organizacją. Na przykład, jeśli powtarza się jakiś problem: spóźnienia czy nieobecności, można zastanowić się, co sprawia, że tak się dzieje, może to problemy z dojazdami do pracy, a może niskie morale. Na przykład, problemem może być – i często jest – autokratyczny, przemocowy szef. W latach 80. istniał szczebel średni pracowników: menedżerowie, średni zarząd, on był buforem między pracownikami a szefostwem wysokiego szczebla. Te średnie szczeble były likwidowane jako pierwsze, począwszy od lat 80., jako element „racjonalizacji struktur” w organizacjach. A tak naprawdę chodzi o cięcie kosztów, zwalnianie ludzi. Teraz już nie ma tego poziomu, nie ma więc buforu między najwyższym szefem a pracownikami. Jeśli np. naczelny dyrektor jest psychopatą, co coraz częściej się zdarza, to ma zawsze bezpośredni kontakt ze wszystkimi pracownikami, nic i nikt nie absorbuje w kulturze ani w strukturze organizacji konsekwencji takich toksycznych relacji. Takiego szefa nie da się uniknąć. Ba, nawet dobry szef w nowoczesnej firmie ma problemy z kierowaniem ludźmi, których nie miałby kilkadziesiąt lat temu – rozpiętość kierowania robi się gigantyczna, mówiąc potocznym językiem – ma za dużo ludzi pod sobą i nie jest w stanie tego ogarnąć. To tylko jeden z możliwych problemów. Takich psujących organiczną wspólnotę organizacji zmian strukturalnych ostatnich dziesięcioleci było za dużo. A do tego dominujący model shareholder value, czyli wartości dla akcjonariuszy, gdzie jedynym celem firmy stała się maksymalizacja zysku – to spowodowało wiele patologii, które skutkują coraz większą alienacją, wyobcowaniem pracowników, pozbawieniem ich poczucia sprawczości i sensu pracy, związku z tym, co robią i po co. I z tym jest już o wiele większy problem. Wiele miejsc pracy wygląda jak dotknięte miazmatem, który opisuje Gabriel. I tu potrzeba czegoś rewolucyjnego, pochodzącego całkiem spoza systemu.

- Spoza kapitalizmu?
- Otóż to. Wraz z profesorami zarządzania Martinem Parkerem i Jerzym Kociatkiewiczem badamy organizacje, które działają poza głównym nurtem. Ten typ znany jest jako organizacje alternatywne, co jest celową aluzją do hasła „nie ma alternatywy”, rzuconego przez brytyjską premier Margaret Thatcher w latach 80. i powtarzanego jak dogmat w różnych kontekstach, także zarządczych. Otóż alternatywy istnieją. Czasami nawet całkiem zgrabnie działają. W tych, które my badamy – kooperatywach, anarchistycznych kolektywach wytwórczych, niezależnych organizacjach edukacji i kultury, ludzie tam pracujący, czują się jak u siebie w domu. Nazywamy to procesem dezalienacji, bo działa w odwrotnym kierunku niż główny systemowy nurt. A jednocześnie te organizacje zarabiają na siebie i wytwarzają wartości dla otoczenia, na przykład sprzedają pyszne i zdrowe warzywa.

- Jak to robią?
- Te organizacje są demokratyczne, także własnościowo. Dają ludziom udział we własnościach środków produkcji i w kierowaniu, czyli stawiają na współodpowiedzialność. Często powstają właśnie dlatego, by zatrudniać poza kapitalistycznym rynkiem pracy. Ludzie mają ogromną potrzebę pracy, robienia rzeczy pożytecznych. Istnieje cała tradycja zarządzania opartego na tej potrzebnie, polegająca na decentralizacji i demokratyzacji. Te organizacje korzystają z istniejącej wiedzy, ale robią to po swojemu, na swoich warunkach. To taki radykalny recykling wiedzy, który pokazuje, że inne zarządzanie jest możliwe.

- W Stanach Zjednoczonych leki typu Prozac są już oferowane przez przez psychiatrów nie po to, aby leczyć, ale zwiększać efektywność w wyścigu szczurów. My jesteśmy trochę zapóźnieni w stosunku do Zachodu, ale chyba powoli zaczynamy go doganiać w tej niechlubnej dziedzinie?
- Kapitalistyczny rynek pracy wytwarza ogromną presję. Struktury społeczne, czyli względnie stabilne wzorce, które umożliwiają ludziom współdziałanie, ulegają teraz erozji, stają się coraz słabsze, niewydolne. Bez struktur nie da się skutecznie razem działać. To jest dramat, bo dzięki strukturom ludzie wiedzą co robić, w jakiej sytuacji. Nie trzeba za każdym razem zastanawiać się, podejmować decyzji. Wiadomo, że jak się jest sprzedawcą, to robi się to i tamto, a opiekunka do dzieci zachowuje się tak, a tak. To ogranicza osoby, często blokuje ludziom awans społeczny i emancypację, ale sprawia, że społeczeństwo działa. Taką solidną nowoczesność, jak to określa Bauman, mieliśmy w połowie ubiegłego stulecia. Instytucje społeczne są jakby gruntem, na którym stoimy. Dajmy na to, instytucja higieny osobistej – wiadomo że tak trzeba, to nie podlega dyskusji. I istnieją społeczne struktury, które w tym pomagają, na przykład powszechne lecznictwo, infrastruktura, taka jak wodociągi. Zaczynamy ufać, że woda z kranu jest czysta i zdrowa. A tu zdarza się sytuacja we Flint w USA, gdzie z powodów oszczędnościowych woda w wodociągach stała się poważnie zanieczyszczona, m.in ołowiem, i spowodowało to kryzys zdrowia publicznego w 2014 r. W świecie bez wiarygodnych, stabilnych struktur i instytucji mamy z jednej strony większą zdolność wyboru, ale z drugiej, okropnie ciężko jest współdziałać, jeśli nie ma zasad, niejako z automatu, które struktury zapewniają. Dlatego jedynym motorem działania zaczyna się stawać bezpośredni i osobisty przymus. W końcu rzeczywiście trzeba ludzi zmuszać do wspólnego działania. Psychopata zaczyna być jedynym efektywnym typem kierownika, ale za jaką cenę! Ta efektywność jest krótkookresowa i okupiona paleniem mostów, „po nas choćby potop”. Psychopata zużywa i niszczy resztki społecznego zaufania i dobrej woli między ludźmi, jakie w takim chaotycznym systemie jeszcze się tlą. Oczywiście, to się nie dzieje w próżni. Są osoby, które głośno mówią o tym, że trzeba zmienić warunki pracy, aby uzdrowić społeczeństwo, ale są poczytywane za naiwniaków. Jeśli w ogóle to się przebije do społecznej świadomości, bo z komunikacją społeczną też są problemy, to także jest instytucja społeczna i ma swoją strukturę. By te głosy stały się słyszalne, potrzeba zmiany, nowych struktur, nowej polityczności.

Czytaj także:
Jeśli człowiek koncentruje się na fasadowym istnieniu, nie ma czasu na wypełnianie siebie, staje się wydmuszką

- A wracając do pytania o leki i narkotyki.
- Obecnie ich używanie stało się odmienne w swoim celu i przeznaczeniu. Teraz chodzi ewidentnie o to, by wydobyć z siebie więcej, szybciej, bardziej efektywnie. Tajemnicą poliszynela jest, że pracownicy wysokich szczebli, na przykład banków, korzystają z chemii „poprawiającej funkcjonowanie” w warunkach ogromnego stresu. Robią na nas wrażenie osób, które nie znają ograniczeń, przeszkody usuwają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale funkcjonowanie na chemii przez długi czas, ostatecznie dużo kosztuje. Często nawet życie. Przepracowanie, porażki bliskich relacji, ataki serca, samobójstwa – to wszystko dotyczy tych, którzy stymulują organizm do granic wytrzymałości. Bo najbardziej boją się, że popełnią błąd i będą skończeni.

- W świecie, w którym wygrywają najlepsi popełnianie błędów jest niedopuszczalne i dyskwalifikujące.
- Właśnie! Już podczas studiów, a później w życiu zawodowym, ludzie nie mogą się uczyć, bo wiedzą, że nie wolno im popełnić błędu. Bo w każdej chwili musimy się sprzedać, błyszczeć, wygrywać, wszystko robić od razu doskonale. Żadne osiągnięcia nie liczą się już do tego, co kiedyś nazywało się dorobkiem, nic się nie akumuluje, musimy wciąż od nowa udowadniać, że się nadajemy, spełniamy coraz bardziej wyśrubowane, wręcz niemożliwe do spełnienia warunki na stanowisko pracy. Teraz istotne jest, by mieć codziennie nowe wyniki, wyrabiać spektakularne normy, podnosić poprzeczkę. A przecież ludzie muszą mieć możliwość popełniania błędów i zdolność wyciągania wniosków z pomyłek. To jest jedyny sposób, w jaki się uczymy. Proces uczenia się polega na tym, że istnieją relacje, w których ktoś pokazuje, co się zrobiło nie tak, co można poprawić, zrobić lepiej. To jednak wymaga oddania, czasu, cierpliwości.

- Teraz cierpliwi są wystawiani za burtę. Opowiadanie, że coś jest procesem, że potrzebuje dojrzeć, wzbudza raczej pobłażliwy uśmiech. Nie ma czasu, zrób to na wczoraj, masz normę do wyrobienia. Co po drodze zatracamy w tym ciągłym pośpiechu?
- Przede wszystkim sens tego, co robimy. Ludziom tak się spieszy nie dlatego, że człowiek zrobił się motorkiem, istotą wredną i nieżyczliwą innym, tylko dlatego, że cały system, czyli ten taki wielki społeczny twór składający się ze struktur, instytucji, tego co uchodzi za wiedzę, jest obecnie tak skonstruowany, że ciągły pośpiech stał się normą. Wymaga od nas takiego funkcjonowania, ciągłego brylowania. Tylko przed kim? Aktor w teatrze ma publiczność i stara się z nią nawiązać więź, a współczesny obywatel i pracownik, czyli jak to mówimy - aktor społeczny, nie ma żadnej publiczności, mającej czas na to, by podziwiać czyjeś przedstawienie, gdy ktoś stara się nas olśnić, by osiągnąć sukces. Niewiele osób może sobie pozwolić na cierpliwość. W momencie, kiedy trzeba prezentować idealną, lśniącą fasadę wobec świata, nie ma czasu na rozejrzenie się wokół. Ani na to, by pracować nad tym, co się poza tą fasada kryje, bo czas człowieka jest ograniczony. Jeśli cała para idzie w szlifowanie CV i wpisywanie tam kolejnych modnych rzeczy – trzeba wiedzieć, co jest aktualnie modne, a co nie, czego unikać, czym się chwalić – to nie ma czasu na faktyczne, czasochłonne i pracochłonne zdobywanie doświadczeń. Innymi słowy, albo uczymy się mozolnie łaciny i cieszy nas coraz bliższe obcowanie z kulturą Antyku, albo cały czas jesteśmy czujni i uważamy, czym należy się pochwalić, bo dziś to jest mandaryński, a wczoraj był koreański, jutro, kto wie, ale na pewno nie można się przyznać do rosyjskiego. Zatraciło się pojęcie treści poza fasadą, stąd tak bardzo rozpowszechniła się kultura narcyzmu, gdzie idealna prezentacja oczadzonego własnymi osiągnięciami „ja” zasłania świat kojących związków i odpoczynku od nieznośnego siebie, który chce coraz więcej, albo nie potrafi się cieszyć z tego, co ma. W tej sytuacji nawet gdy człowiek coś zdobędzie, przypuszcza, że nie zasłużył i czuje się strasznie nieszczęśliwy. I często słusznie – to, co się zdobywa to nagrody, symbole sukcesu, a droga do nich jest całkowicie społecznie ignorowana.

- Ale wtedy na kursach pozytywnego myślenia taki ktoś zostaje wyprostowany, by miał o sobie dobre mniemanie.
- Albo przekonanie, że jak nie dostał nagrody, jest nikim, jest przegrany i niech się zwija z rynku. By na takim rynku się utrzymać, trzeba starać się być nieczułym na sygnały płynące gdzieś z naszych uczuć, na poczucie, że nagroda „za frajer” jest porażką, tak jak sukces bez oddania i poświęcenia, praca bez poczucia sensu i możliwości wpływu – to co często wrzuca się do worka zwanego „wypaleniem zawodowym”. Czujemy, że jesteśmy fejkami i podejrzewamy, że fejkami są inni. Wszędzie wokół wszystko jest fejkiem, a więc nie jest nim nic. I my, współcześni, czujemy, że coś jest nie tak. Ale nie możemy się z tego poczucia uczyć, bo nie ma ku temu warunków. Więc zagłuszamy to na różne sposoby, staramy się nie słyszeć tego dudnienia wewnętrznej pustki. W dobie koronawirusa, wszystkie problemy, o których tu mówimy, przybrały tylko na sile.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rosjanie atakują swoich

Wideo

Materiał oryginalny: Epidemie depresji, narkomanii, narcyzmu – to wszystko efekt życia w warunkach niezgodnych z ludzką kondycją - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Gazeta Pomorska
Dodaj ogłoszenie